<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298</id><updated>2012-02-12T17:04:49.601+01:00</updated><category term='pakowanie'/><category term='praca'/><category term='urlop'/><category term='Łukasz'/><category term='http://www.blogger.com/img/blank.gif'/><category term='zwierzęta'/><category term='nasza-klasa'/><category term='wyjazd'/><category term='Amelka'/><category term='Kamisio'/><title type='text'>Going on... Keeping up...!</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>562</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5801730131908427728</id><published>2012-02-12T17:04:00.002+01:00</published><updated>2012-02-12T17:04:49.610+01:00</updated><title type='text'>Łikend z kaszą</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Któregoś popołudnia naszła mnie ochota na kaszę. Nie wiem skąd mi się to umaniło, bo nie jestem wielką amatorką kaszy, chociaż niewykluczone, że zmienię zdanie na ten temat. Zamarzyła mi się kasza gryczana z sosem pieczarkowym i ogórkiem kiszonym.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Moja Mama gotuje kaszę dosyć regularnie - gryczaną, jęczmienną, jaglaną. Tata lubi kaszę, ich dzieci jednakże średniawo. Raczej wielkimi fanami kaszy nigdy nie byliśmy. Nie mniej jednak kaszę jadaliśmy, a że bywała co jakiś czas, to nie zażyliśmy za nią zatęsknić. Sosy Mamy są zawsze pyszne, mięsne czy bezmięsne - każdy jest dobry. A dobry sos nadrabia za kaszę, która sama w sobie jest taka sobie - raczej mało apetyczna. A ogórek kiszony to już jest nieodłączny element takiego dania. Ogórek kiszony  poprawi smak wszystkiego!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Od czasu wyprowadzki od rodziców, nie przypominam sobie jednak, aby jadła kaszę. Gdziekolwiek. Sama ugotowałam raz wielkiego pęcaka, nie pamiętam już do czego, ale poza tym jakoś nie kojarzę kaszy na talerzu. Nic więc dziwnego, że w końcu mi się jej zachciało. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałam tą kaszę ugotować tydzień temu w piątek, ale akurat tak się złożyło, że nocowała u nas Amelka i między jej przyjazdem, a wieczorem jakoś nie miałam czasu zrobić zakupy na ten obiad. Nic z tego nie wyszło, zadowoliliśmy się serdelkami zapieczonymi w cieście francuskim. Z resztą ku uciesze Łukasza, który nie lubi kaszy i prawie protestował przeciwko niej. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W tygodniu nie gotowałam nic, bo w niedzielę rodzice zaopatrzyli nas w pierogi, paszteciki i flaczki i mieliśmy obiady na calutki tydzień. A że Łukasz pracował na popołudnia, to ja sama nie miałam żadnej motywacji do gotowania czegoś ambitniejszego niż mleko do płatków.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W międzyczasie Jaroszka narobiła mi ochoty na inne danie: kaszę jęczmienną z sosem mięsnym i ogórkiem kiszonym. Teraz już chodziły za mną dwie kasze i nie mogłam się od nich opędzić.&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Ale w piątek po pracy poszłam do Stokrotki na naszym osiedlu i zakupiłam kaszę gryczaną, kaszę jęczmienną, pieczarki, mięso i ogórki kiszone. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wczoraj ugotowałam kaszę gryczaną i zrobiłam do niej super delikatny sos pieczarkowy. Wiadomo co było do tego - ogór kiszony. Łukasz nawet to przełknął bez marudzenia, doszedł nawet do wniosku, że kasza nie jest taka najgorsza.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dzisiaj ugotowałam kaszę jęczmienną z sosem mięsnym (ale i tak z dodatkiem&amp;nbsp; pieczarek) i - wiadomo - ogórkiem kiszonym. Ta wypadła lepiej jednak, Łukaszowi też bardziej smakowała, bo jest zwyczajnie delikatniejsza i ma gładszy smak. Sos wyszedł wyśmienity, z cebulką i odrobiną marchewki. Zjadłam ją z wielkim apetytem, który wynikał chyba bardziej nawet z głodu, niż z samej chęci na to danie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W pudełkach z kaszami było po 5 woreczków, nam wystarcza jeden na dwoje. Mamy więc jeszcze 4 takie zestawy łikendowe kasz obiadowych. Zamierzam je wykorzystać, chociaż może nie tylko na obiady łikendowe.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nie ma to jednak, jak zaspokoić swoje zachcianki. Oba obiady mi super smakowały i spełniły moje marzenie o kaszy z sosem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5801730131908427728?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5801730131908427728/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5801730131908427728' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5801730131908427728'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5801730131908427728'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/02/ikend-z-kasza.html' title='Łikend z kaszą'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5432002103654178510</id><published>2012-02-12T16:35:00.002+01:00</published><updated>2012-02-12T16:35:25.636+01:00</updated><title type='text'>Tetr po raz kolejny</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wczoraj byliśmy w teatrze. Grupowo oczywiście - to już jest tradycją, że organizuję wyjścia grupowe. Zaczęło się od grupy kilku nastu osób przy pierwszym wyjściu. Przy trzecim było już nas ponad dwadzieścia. Tym razem było to mniej więcej piąte nasze wyjście do teatru (straciłam rachubę gdzieś po drodze), a grupa chętnych urosła do 71 osób!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Pierwotnie zrobiłam rezerwację na 75 miejsc. Udało mi się trafić na świeżo wystawiony repertuar na luty i mogliśmy wybrać najlepsze miejsca. Wszyscy zdecydowali się w mgnieniu oka! W jeden dzień miałam listę 75 chętnych. W zasadzie to prawie każdy jest na teatr chętny. Mało kto odmawia. Większość ludzie zabiera ze sobą przyjaciół i tym sposobem grupa się tak mocno rozrasta. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Rezerwację zrobiłam w grudniu! Dawno temu! Wtedy wydawało mi się, że do spektaklu jest jeszcze tak wiele czasu! A to szybko zleciało i już jesteśmy po spektaklu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Termin wykupu biletów wypadał na 1 lutego. Odpowiednio wcześniej wysłałam maila z numerem rachunku do przelewu pieniędzy za bilet, wszyscy się sprężyli i określili bardzo sprawnie czy idą i w ile osób. Koniec końców kupiłam 71 biletów. Kilka osób zrezygnowało, kilka osób znalazło nowych chętnych, wszystko się pięknie zgrało. Zajęliśmy więc tak pi razy drzwi pół widowni w naszym niezbyt wielkim teatrze.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałam pomysł, że wszyscy mogliśmy się ubrać w jakiś jeden kolor - np. założyć niebieskie koszule. Bylibyśmy super wielką grupą, od razu widać by było, kto jest z nami. Pomysł jednak nie doszedł do skutku. Chociaż niewykluczone, że przy kolejnej takiej okazji go spróbuję uskutecznić.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Przy rezerwacji grupowej dostajemy bilety ulgowe. Mimo tego jednak cena ich wyniosła około 2000 zł. To był największe wyjście, jakie dotąd zorganizowałam. I bardzo udane. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Spektakl- "Komedia teatralna" - jakaś skandynawska sztuka, chyba fińskiego autora - był naprawdę udaną komedią. Niby długi, bo całość trwałą 150 minut, a mijał błyskawicznie. Grunt to dobra sztuka. Poprzednim razem, gdzieś wiosną 2011 byliśmy na "Bogu" Woodego Allena. Ta sztuka to wg mnie totalna porażka. Nie wiem za co ona dostała takie świetne recenzje? Albo ja jestem za głupia na Allena, albo on ma faktycznie przekombinowane te swoje filmy i sztuki. Jego filmy zaczęłam przyswajać dopiero ostatnio&amp;nbsp; od kiedy przerzucił się z filozoficznie egzystencjalnych mega długich dyskusji, wywodów i monologów, na bardziej komercyjną i strawialną formę utworów. Filmy robi już fajne, sztuki najwyraźniej nadal pisze ciężkie do obejrzenia. Kiedy brnę przez jego stare filmy, czuję się jak totalny głupek - w ogóle tego nie łapię, nie czuję i nie podzielam. Zdecydowanie nie wszystko Allena da się znieść. Za to kiedyś wpadła mi w ręce jego książka, zbiór jakiś felietonów czy jakkolwiek by nazwać takie krótkie rozprawki - bardzo błyskotliwe i bardzo zabawne. I to do mnie przemówiło. Chociaż może kluczem w tej zagadce jest forma, a nie treść.. Może książki przyswajam łatwiej niż filmy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wracając jednak do "Komedii teatralnej" - humor skandynawski jest nam wyraźnie bliski. Teatr czy nie teatr, rozterki i problemy w każdej pracy są podobne. Sztuka podobała się chyba wszystkim, były do dobrze spędzone 2,5 godziny. Wyszliśmy z teatru w dobrym nastroju i tacy... rozruszani. Chętni do działania. Siłą rozpędu poszliśmy się więc zintegrować przy grzańcu. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Teatrowicze nabrali teraz apetytu na coś więcej niż tylko lubelski teatr Osterwy. Domagają się zorganizowania wyjazdu do teatru w Warszawie. Przy czym "domagają się" to jest dobre określenie, bo już mnie mianowali głównym organizatorem i zażyczyli sobie jakiś dobry spektakl w dobrym teatrze w stolicy. Strasznie mnie to ubawiło, bo oczywiście lista życzeń nie ograniczyła się tylko do transportu tam i z powrotem oraz samego spektaklu - mamy jeszcze w programie uwzględnić jakąś formę integracji w pubie, element oczywiście obowiązkowy. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No trzeba by to jakoś ugryźć. Muszę zrobić rekonesans, jak to jest z kupowaniem biletów do Warszawskich teatrów. Na pewno da się to zrobić, czemu nie... :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5432002103654178510?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5432002103654178510/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5432002103654178510' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5432002103654178510'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5432002103654178510'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/02/tetr-po-raz-kolejny.html' title='Tetr po raz kolejny'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3409459804522480844</id><published>2012-01-22T21:10:00.002+01:00</published><updated>2012-01-22T21:10:27.648+01:00</updated><title type='text'>Mega katar</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Pojechałam dzisiaj rano na ciąg dalszy pasjonującego szkolenia, ale dzisiaj nie byłam w formie na takie ambitne przedsięwzięcia. Od rana męczył mnie mega katar.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Ostatnio często jestem smarkata. Moje uczulenie na milion rzeczy dawało mi w kość przez cały zeszły rok. Nie dość, że mam stare uczulenia na sierść zwierzaków, pióra i roztocza, to jeszcze ujawniło się nowe, którego przez długi czas nie mogłam sprecyzować. Włączało mi się w lato. 2 lata temu było małe, ale w zeszłym roku było już apokaliptyczne! Miałam katar praktycznie codziennie, a co kilka dni taki wielki, że siedziałam z chusteczką przy nosie całe dnie. W końcu zlokalizowałam przyczynę - najprawdopodobniej mam uczulenie na grzyby z klimatyzacji. No widocznie mamy taki gratisowy dodatek wzbogacający w lecie powietrze. Zidentyfikowałam to dlatego, że przy każdej wizycie u znajomych, którzy walczyli z grzybem na ścianie w domu, po jakiejś godzinie siedzenia u nich dostawałam takiego kataru, że nie mogłam oddychać, ani mówić i prawie przestawałam widzieć na oczy. Wracałam do domu i cały wieczór leciało mi z nosa. Kładłam się spać totalnie rozłożona. Tym tropem doszłam do wniosku, że właśnie takie grzybki latają w powietrzu z klimy co lato i mnie uczulają. Wszystko się zgadza, bo nie mam kataru przed dojściem do pracy, ani nie nasila mi się on po wyjściu z pracy, wręcz przeciwnie - zanika, więc nie może mnie uczulać nic pylącego w lato, ani nic poza budynkiem pracy. No chyba, że mam alergię na pracę...&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nigdy nie słyszałam, żeby była jakaś akcja czyszczenia klimy w tym budynku. Czyszczenia w sensie: gruntownego czyszczenia i odgrzybiania,a&amp;nbsp; nie takiego zabiegu pro forma. Budynek ma już ładnych kilka lat, więc miały kiedy się tam rozwinąć takie okazy natury.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Ostatnio zgadałam się z koleżanką, że ona ma uczulenie na grzyby i to potwierdziło&amp;nbsp; moje domysły - a więc jest to możliwe.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dzisiaj jednak chyba mój katar nie jest wynikiem alergii, bo mi nie minął do tej pory. I mam chyba temperaturę. Może w efekcie wyląduję na zwolnieniu. To nie było by takie złe...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3409459804522480844?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3409459804522480844/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3409459804522480844' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3409459804522480844'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3409459804522480844'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/01/mega-katar.html' title='Mega katar'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8002748152873947479</id><published>2012-01-21T23:53:00.000+01:00</published><updated>2012-01-21T23:53:57.495+01:00</updated><title type='text'>Głód wiedzy</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Ostatnio ujawnił mi się chyba jakiś głód wiedzy, bo mam potrzebę przyswajania nowych informacji. Padło na tą nieszczęsną astrofizykę. I tak mi już zostało. Od jesieni moja pasja do astronomii i fizyki nie maleje. Poza tym, że oglądam programy TV, dopadłam też stertę książek w tej tematyce i je powoli zgłębiam.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Znalazłam na necie nowy serial dokumentalny o kosmosie i nie tylko. Ten nazywa się Wszechświat. Poprzedni nazywał się Jak działa wszechświat, więc wszystko obraca się wokół tego samego. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wszechświat niestety znalazłam tylko w wersji anglojęzycznej, a większość odcinków nie ma tłumaczeń, będę więc pogłębiać swoją znajomość słownictwa specjalistycznego w tej dziedzinie. W gruncie rzeczy mówią całkiem zrozumiale, po tym, jak łyknęłam Jak działa wszechświat, większość nazewnictwa angielskiego już poznałam, ale oni co chwila dokładają coś nowego, co jest czymś czarnym (do wyboru już jest cała gama czarnych wynalazków: dziury, materia, antymateria, energia, wszystko z przymiotnikiem: czarne), karłem lub olbrzymem w rożnych kolorach (białe karły, czerwone karły, czerwone olbrzymy, niebieskie supergwiazdy) albo kombinacją innych rzeczy, które brzmią w połowie tylko znajomo.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Łukasz pożyczył mi z biblioteki książkę Nieskończone życie nieboszczyka - Marcusa Chown. DOsyć niefortunny tytuł, jak dla mnie. Myślałam, że jest o życiu pozagrobowym i zastanawiałam się, jak to się ma wg Łukasza do moich zainteresowań z dziedziny astrofizyki. Okazało się jednak, że to jest książka o fizyce teoretycznej, która w dodatku jest mocno teoretyczna. I naprawdę jest tak teoretycznie abstrakcyjna, że aż nie zmogłam jej, bo kiedy doszłam po 50 stronach do kalkulacji jak daleko od nas jest najbliższy nam świat równoległy, w którym znajduje się nasz sobowtór (a nie jest to tak znowu daleko, jak się okazało) to już siły mi osłabły. Ze zgłębianiem tak teoretycznej fizyki poczekam do wtedy, kiedy znajdą jakiś sposób, aby ją odteoretyzować. Może będzie jakiś przełom w fizyce i znajdą ten piąty wymiar w końcu. Czwarty już znalazł Einstein, jest to czas.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Od Kasi mam super fajną książkę Apokalipsa 2012 o możliwych scenariuszach końca świata 21 grudnia 2012 (tak, to już lada chwila) i nie jest to taka znowu abstrakcja. Czyta się ja świetnie. Ale chwilowo wyparła ją inna książka, na którą Łukasz wymienił w bibliotece tego nieskończonego nieboszczyka. Tą napisał taki profesor fizyki teoretycznej &lt;a href="http://mkaku.org/"&gt;Michio Kaku&lt;/a&gt;, który występuje w Jak działa wszechświat i który ma wypisany na twarzy  swój entuzjazm dla tej nauki. W pełni go rozumiem. Jakbym była fizykiem (nawet teoretycznym) to bym się pewnie tak samo tym entuzjazmowała. A jeszcze jakbym miała takiego profesora, jak on, to już na pewno. Po samej jego twarzy widać, ile mu daje ta nauka radości. To nie może nie być zaraźliwe.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Po 2 miesiącach zgłębiania astrofizyki doszłam do głębokiego przekonania, że pomimo kiepskich doświadczeń z fizyką w szkole średniej, kiedy to liczyliśmy jakieś zadania z treścią - kompletnie niezrozumiałą dla mnie i męczyliśmy się nad tym przez bite 2 lata - to teraz okazuje się, że fizykę da się pojąc nawet tak kompletnie laickim umysłem, jak mój. Pod warunkiem, że nie muszę nic liczyć. Pewnie też dlatego mi nie podeszło to dzisiejsze szkolenie z czytania sprawozdań finansowych, bo tam, trzeba było liczyć. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Mimo wszystko jednak i w tej książce pan Michio Kaku pisze o światach równoległych i innych pobożnych życzeniach fizyków teoretyków. Widocznie oni nic innego nie robią, tylko wymyślają takie teorie, a potem głowią się, jak je udowodnić. Na razie żaden na to nie wpadł i są to tylko teorie. Ale zabawa musi być fajna... :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8002748152873947479?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8002748152873947479/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8002748152873947479' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8002748152873947479'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8002748152873947479'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/01/god-wiedzy.html' title='Głód wiedzy'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4122513937679080413</id><published>2012-01-21T23:28:00.002+01:00</published><updated>2012-01-21T23:28:17.456+01:00</updated><title type='text'>Szkolenie od którego się głupieje</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Półtora roku temu złożyłam dokumenty na szkolenia z Lubelskiej Fundacji Rozwoju dla pracowników banków czy instytucji finansowych. Było kilka modułów, kilka tematów do wyboru.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Na moduł z certyfikatem samodzielnego pracownika bankowego się nie załapałam, bo wymagania wyjściowe co do poziomu wiedzy przekroczyły moje możliwości. Zabrakło mi kilku punktów, co prawda niewielu, ale zabrakło. Punktów ogólnie nie przyznawali wiele, w sensie skala dla punktacji była krótka, więc wielce polec się nie dało, ale mimo wszystko jakbym miała ze 3 punkty więcej, to bym się już załapała.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No nic, nie robię szkolenia, trudno.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Mniej więcej pół roku po złożeniu papierów, zaprosili mnie i Łukasza na jedno szkolenie. Asertywność. To jest zawsze dobry temat! Jak powiedzieć komuś "spadaj! aby nie poczuł się dotknięty. Albo jak mu powiedzieć, że jest głupkiem i się myli, aby tego nie powiedzieć dosłownie. :) Oczywiście to jest parodia tematyki asertywności, nie mniej jednak coś w tym jest, prawda?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Szkolenie z asertywności było super fajne. Łukaszowi się super bardzo nie podobało. Bawiłam się na nim bardzo dobrze, grupa była fajna, a szkolenie ciekawe. Dzisiaj poznałam dziewczynę, która też była na takim samym szkoleniu, tylko w innym terminie i miała po nim tak samo dobre wrażenia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Myślałam, że skoro od wiosny zeszłego roku nic się w temacie tych szkoleń nie dzieje, to już jest to koniec mojego udziału w tym programie. A tu nagle - ni stąd ni zowąd - zadzwoniła do mnie tydzień temu jakaś pani z pytaniem czy chcę iść na szkolenie z drugiego wybranego przeze mnie tematu. Jasne, czemu nie. Zachęcona tą asertywnością, zgodziłam się chętnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Szkolenie było dziś, jutro drugi dzień. Umiejętność czytania dokumentów finansowych. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No i po pierwszym dniu - czyli połowie szkolenia mam taki wniosek: na ogół, aby umieć czytać w jakimś języku, to trzeba go najpierw na tyle opanować, aby go rozumieć. A kiedy próbuje się czytać w języku, którego się kompletnie nie zna, to wychodzą ciekawe rzeczy. Na pewno nie jest to jednak efekt, jaki chciało by się osiągnąć.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Szkolenie z umiejętności czytania dokumentów finansowych okazało się szkoleniem z czytania dokumentów finansowych bez umiejętności. Ja to się czuję na nim, jakbym trafiła na kazanie chińskiego mandaryna i zapomniała zabrać tłumacza, tudzież słownika. Ogólnie łapię sens zagadnienia, ale szczególnie to się na tym nie wyznaję. Dosłownie czuję się, jakbym cofnęła się do pierwszej klasy LO, kiedy to ślęczałam nad książką do biologii, w której nagle pojawiło się stado ufoludków o dziwacznych nazwach typu: mitochondria, wakuola, rybosomy itp. A ja nie wiedziałam, co te nazwy znaczą. I wtedy zderzyłam się z tym momentem, kiedy trzeba przyjąć do wiadomości te nazwy, bo poza nazwą i wyjaśnieniem co ten element robi, nie ma już do tego obrazka więcej legendy. Do tego momentu biologia była dla mnie łatwa i zrozumiała. Ale te pierwsze lekcje w szkole średniej doprowadziły mnie do łez (a ja rzadko płaczę) i rozpaczy. Potem załapałam, że muszę po prostu uznać, że te dziwne twory mają takie imiona i muszę się z nimi zapoznać, bo inaczej jedynka murowana, nauczyłam się więc ich nazw na pamięć, nauczyłam się, za co w komórce odpowiadają i załapałam, że od tego momentu moja nauka wkracza na zupełnie inny poziom abstrakcji. Na marginesie, to biologii nauczyłam się potem bardzo świetnie i na maturze dostałam z niej 5 i 6, więc moi nowi komórkowi koledzy i ja żyliśmy ze sobą w zgodzie ever after. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-sTEkguHHlmE/Txs4YczxbII/AAAAAAAAFI0/HH0M06LTeX4/s1600/kom-roslinna.gif" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="276" src="http://4.bp.blogspot.com/-sTEkguHHlmE/Txs4YczxbII/AAAAAAAAFI0/HH0M06LTeX4/s320/kom-roslinna.gif" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; font-size: x-small;"&gt;Dzisiaj przekonałam się, że można osiągnąć jeszcze wyższy stopień abstrakcji i nawet się w tym odnajdywać. Szkolenie okazało się szkoleniem z umiejętności czytania bilansów spółek. No i jak ruszyliśmy z kopyta, to po pierwszej godzinie słuchania teorii w pigułce i szkolenia z tego, jak szybko i po łebkach przeczytać ustawę o księgowości - dostaliśmy zadanie przeanalizowania bilansu 2 firm&amp;nbsp; i wybrania lepszej. Ciekawe, jak to zrobić, skoro trzeba liczyć jakieś wskaźniki wg bliżej nieokreślonego wzoru. To było ciekawe. Pomimo tego, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; font-size: x-small;"&gt;bardo mi brakowało narzędzi do zrobienia tego zadania, to okazało się, że na czuja też się da z tego wybrnąć i to z całkiem niegłupim wynikiem. Liczyć potrafiłam jeden z 4 wskaźników, bo do pozostałych 3 nie wiedziałam, czy się bierze jakiś dochód ze sprzedaży netto, czy brutoo, EBIT, czy jakiś inny zagadkowy parametr. To czy tamto. No niestety, ja mam może skrzywienie zawodowe, ale do takiego konkretnego zadania, to potrzebuję konkretnych, precyzyjnych wskazówek.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Ale nic to! Potem zrobiło się jeszcze lepiej!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W drugim zadaniu okazało się, że z 2 tabelek jakiś wskaźników można wyczytać takie rzeczy, że humanista mógłby książkę napisać! Można wyczytać to, czego tam nie ma!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Chciałabym to potrafić, bo to ciekawe. Niestety po 2 dniach szkolenia, to ja to zaledwie liznę. A że na odzień nie mam z tym styczności, to mi wyleci z głowy pewnie w ciągu tygodnia, wyparte przez milion innych rzeczy, które muszę zapamiętać.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; font-size: x-small;"&gt;Ale szkolenie jest fajowe. Trochę mi przypomina mechanikę kwantową, swoją szczegółowością i abstrakcyjnością, więc z fascynacją słucham tego wszystkiego. A że prowadzi je zapalony specjalista, to naprawdę nie da się ponudzić. Dla równowagi przyznam, że opowieści z życia wzięte, którymi ilustruje wiedzę ogólną, na ogół rozumiem wszystkie. To jest pocieszające. No i to, że pomimo braku orientacji w temacie, jednak intuicyjnie łapię coś z tych tabelek wskaźników. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4122513937679080413?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4122513937679080413/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4122513937679080413' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4122513937679080413'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4122513937679080413'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/01/szkolenie-od-ktorego-sie-gupieje.html' title='Szkolenie od którego się głupieje'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-sTEkguHHlmE/Txs4YczxbII/AAAAAAAAFI0/HH0M06LTeX4/s72-c/kom-roslinna.gif' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7843934743487879433</id><published>2012-01-21T22:55:00.002+01:00</published><updated>2012-01-21T22:55:22.110+01:00</updated><title type='text'>Co z tym żółtkiem</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A nic właściwie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałam tylko napisać, że odruchowo zawsze chcę napisać rzadko przez samo ż i albo mi word podkreśli i przypomni, że tak się nie pisze, albo gdzieś przy pisaniu ostatniej literki zaświta mi w głowie to powiedzenie "żółtko na rzadko" i tylko dlatego mi się kojarzy, że gdzieś tu robię błąd. Jest kilka takich oporników, których nijak nie idzie się nauczyć i zawsze muszę je poprawiać: lektura - aż się prosi, aby o zakreskować, to samo w: biurko. Zupełnie nielogiczne to jest.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Na szczęście jedna z pińdziesięciu naszych polonistek w liceum, w którym przewinęło się chyba więcej nauczycieli niż uczniów (nie żartuję) nauczyła mnie takiej pożytecznej mądrości prawie-że-ludowej i dzięki temu sama sobie poprawiam ten błąd.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7843934743487879433?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7843934743487879433/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7843934743487879433' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7843934743487879433'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7843934743487879433'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/01/co-z-tym-zotkiem.html' title='Co z tym żółtkiem'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1714325772895513838</id><published>2012-01-21T22:50:00.003+01:00</published><updated>2012-01-21T22:50:23.639+01:00</updated><title type='text'>Żółtko na rzadko</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zdecydowanie za rzadko się tu loguję i coś piszę. Ostatnio to bardziej nie piszę niż piszę. Ale z jakiegos powodu nie mam wcale ochoty na pisanie jakiś radosnych farmazonów, nie-radosnych nie pisuję, a same farmazony jakoś mnie nie kuszą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Blog zamiera. Za to blogger jako serwis widzę, że się rozwija ostro. I zmienia. Albo tylko zmienia. Ale wierzę jednak, że się rozwija. Od jakiegoś czasu, co się zaloguję, to widzę jakieś zmiany, a ponieważ rzadko się loguję, to zmiany rzucają mi się w oczy za każdym logowaniem! Czyli mniej więcej raz na dwa miesiące.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Aż wstyd.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nie wiem tylko, czy te ich zmiany są takie fajne... Póki co trochę się zdezorientowałam, gdzie co się znajduje. Wszystko jest teraz nowe, układ elementów na stronie, ikony, jakieś nowe opcje... Siła przyzwyczajenia jest jednak duża, jak już się człowiek przyzwyczai, to mu się robi wygodnie. A kiedy wszystko pozmieniają i wywrócą do góry nogami, to poziom wygody drastycznie spada.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No nic, przyzwyczaję się na nowo.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Byle tylko blogger nie zrobił się drugim fejsbukiem, bo ten to dopiero jest antyteza wygodnego serwisu! Mam na FB konto już bardzo długo, ale używam go pięć razy rzadziej, niż bloggera ostatnio i niestety nic się nie poprawia, ani nie zanosi się na to, aby się miało poprawić. Ani mi, ani im (czytaj: twórcom FB). Serwis jak dla mnie jest totalnie nieintuicyjny i kiedy go używam czuję się, jak totalny głupek. A może im o to chodziło...&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Konto na tym jakimś badoo, które mi się założyło samo przez przypadek, bo przecież to jest powiązane z FB - mam nadal. Nie używam, ale mam, bo nie wiem, jak zlikwidować. Dostaję co jakiś czas maile z informacją o tym, kto chce mnie poznać, a czasem nawet - kto chce się ze mną spotkać. Czasem to głupie badoo robi mi nawet przyjemność i załącza zdjęcia tych ludzi. Ku mojej radości. I przerażeniu czasem. Oczywiście, jak na portal randkowy przystało, spotkać chcieli by się jacyś poszukujący szczęścia single. Na ogół wyglądają całkiem spoko, ale od czasu do czasu dostanę wizytówkę z jakąś zakazaną gębą, dosłownie 5lat bez wyroku i wtedy wolę te maile bez zdjęć. A najlepiej, kiedy te maile wpadają grzecznie same do spamu i nie muszę ich przenosić nawet do kosza. Słyszałam od kogoś, że tego konta na badoo może nie dać się usunąć wcale. To ciekawe... Może upadną, albo ktoś ich zaora i przestaną mnie molestować. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jak widać więc, wszystko po staremu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt; &lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1714325772895513838?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1714325772895513838/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1714325772895513838' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1714325772895513838'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1714325772895513838'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2012/01/zotko-na-rzadko.html' title='Żółtko na rzadko'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7543662606638839690</id><published>2011-12-04T22:43:00.001+01:00</published><updated>2011-12-04T23:05:22.175+01:00</updated><title type='text'>Pasjonująca astronomia</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Czy ktoś wie, jak nazywa się galaktyka, w której żyjemy?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No, drogie dzieci? Kto wie? Podpowiedź: nazywa się tak samo, jak batonik. I nie mylić z Marsem! &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Galaktyka, w której my żyjemy to Droga Mleczna. Jak ten batonik Milky Way. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Założę się, że każdy to wie, ale niewielu wie, co wie. Nazwę zna każdy, ale co ona dokładnie oznacza?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A teraz drugie pytanie - trudniejsze: co znajduje się w środku naszej galaktyki?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nie, nie jest to Słońce. Słońce jest w środku naszego układu planetarnego. A w środku naszej galaktyki znajduje się Czarna Dziura.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jest to takie ciało niebieskie, które ma ogromną grawitację, więc wciąga wszystko w głąb siebie. Wokół Czarnej Dziury krążą planety, a im bliżej niej się znajdują, tym szybciej krążą. Te najbliżej Czarnej Dziury pokonują codziennie miliony kilometrów. Szybko, prawda? Zwolennikom szybkich przejażdżek z zimnym łokciem, ich łokcie by zamarzły i poodpadały.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W zeszły łikend odkryłam fascynujący program: Jak działa wszechświat.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Seria 8miu godzinnych odcinków, z których każdy omawia inny temat: Galaktyki, Księżyce, Planety, Wielki wybuch, Supernowe itp. Są pasjonujące! &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Na ten program natrafiłam przypadkiem w zeszłą sobotę. Przecież siedziałam w domu, lecząc się z mojego grypo-przeziębienia. W sobotę w środku dnia akurat skakałam po kanałach TV i kiedy przełączyłam na Discovery science leciało coś o kosmosie. Więc zaczęłam oglądać. Jak widzę kosmos, to nie potrzebuję zachęty. Ten temat mnie interesuje od zawsze i wciąga w mgnieniu oka - niczym swoista czarna dziura.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W sb obejrzałam tylko jeden odcinek, ostatni z trzech emitowanych. Wieczorem jednak sprawdziłam ramówkę Discovery science i odkryłam, że w ndz będą kolejne trzy odcinki. W dosyć niefortunnych godzinach, bo od 13tej do 17tej - trzy odcinki pod rząd. Ale co można lepszego robić lecząc przeziębienie?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zasiadłam więc przed TV w ndz i łyknęłam 2 odcinki ciurkiem. Akurat Łukasz był w pracy, wiec TV był mój na własność.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Obejrzałam więc połowę odcinków. Od razu rozpoczęłam poszukiwania powtórek, bo telewizja komercyjna ma to do siebie, że powtarza wszystko w nieskończoność. I znalazłam, w najbliższą środę o 21.30 rozpoczynają powtórki i co tydzień będzie o tej porze jeden odcinek leciał.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Już zapowiedziałam Łukaszowi, że musi zwolnić trochę miejsca na dysku dekodera, bo muszę sobie te programy nagrać. I nauczyć się ich na pamięć. Bo po obejrzeniu raz, nie zapamiętuję wszystkich tych niuansów, nazw i schematów wydarzeń, o których opowiadają. Muszę się ich naoglądać dopóki, nie scalę wiedzy z wszystkich 8miu odcinków i nie przyswoję jej całkowicie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Pomimo, że są łatwe w odbiorze - dla takiego laika, jak ja, niosą bardzo dużo informacji. A jakich ciekawych! Nie miałam pojęcia, o tym wszystkim, co już obejrzałam! Jak powstały planety, jakie są planety, jak powstały księżyce i jakie są, a są bardzo różnorodne. Skąd jest złoto na ziemi? I wszystkie inne pierwiastki. No i co jest w środku naszej galaktyki, której nazwę kojarzyłam, aczkolwiek na pewno nie z galaktyką, jako taką, raczej z jasną ścieżką gwiazd na niebie. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Takie programy powodują, że żałuję, że nie poszłam na jakieś studia z rodzaju chociażby geografii. Geografia jest dla mnie najbardziej interesującym przedmiotem. Biologia była jeszcze fajna, ale biologia jest w miarę oczywista i dosyć dobrze się jej nauczyłam do matury, więc trochę zaspokoiłam swoją ciekawość. A geografię zakończyłam w drugiej klasie liceum i od wtedy mam z nią do czynienia tylko kiedy wpadnie mi w ręce coś ciekawego z tej dziedziny. Astronomia chyba jest bardziej częścią fizyki... albo leży na pograniczu tych dwóch dziedzin nauki. Jest jednak zdecydowanie najciekawsza. Pasjonująca!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Seria Jak działa wszechświat jest oczywiście do obejrzenia na sieci, ale nie ma to takiego efektu, jak na dużym TV, gdzie jest dobra rozdzielczość i widać wszystkie te szczegóły symulacji kosmosu. Nie mogę się doczekać środy!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Łukasz biedny wysłuchuje moich relacji z tego, co się dowiedziałam i z przymusu&amp;nbsp; sam zgłębia tajniki kosmosu i praw nimi&amp;nbsp; rządzących. No cóż, nie zaszkodzi mu to, przecież. :) A że się tym bardzo emocjonuję, to potrzebuję się z kimś podzielić tymi ciekawostkami. Siłą rzeczy - pada to zawsze na Łukasza, bo mam go najbliżej. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7543662606638839690?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7543662606638839690/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7543662606638839690' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7543662606638839690'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7543662606638839690'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/12/pasjonujaca-astronomia.html' title='Pasjonująca astronomia'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5674253924783326059</id><published>2011-12-03T23:48:00.001+01:00</published><updated>2011-12-03T23:51:59.606+01:00</updated><title type='text'>System overload</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dzisiaj to już padłam na nos. Nie dosłownie, ale prawie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Po ostatnim tygodniu, w którym było dużo stresów i nerwów, dzisiaj po prostu musiałam jakoś to odreagować. A że od 2 dni byłam mega niewyspana i po wczorajszym wyjeździe byłam zmęczona, więc odreagowałam śpiąc. Śpiąca królewna. A spałam snem iście z bajki – kamiennym i nieprzytomnym. Rano przebudziłam się koło 7mej, chociaż godziny nie jestem pewna, bo oczy mi się nie otworzyły i nawet nie spojrzałam na zegarek. Przypuszczam, że była to mniej więcej siódma, bo o tej porze zazwyczaj wstaję, a dzisiaj rano mój organizm wykazywał oznaki porannej mobilizacji. Szybko go jednak zdemobilizowałam i kazałam spać dalej, bo nie byłam w stanie się jeszcze uruchomić. W efekcie zapadłam w drugą porcję mocnego snu i obudziłam się dopiero w południe. W samo południe. Nie mogłam uwierzyć, która jest godzina! &lt;br /&gt;Samo spanie jednak nie pomaga na wyczerpany organizm, trzeba trochę wypocząć. Połaziłam więc w szlafroku z dwie godziny, porozmawiałam z Mamą przez telefon, próbując przy tym nie zasnąć, bo jeszcze leżałam w łóżku. Potem przeniosłam się na kanapę przed TV i obejrzałam jakiś „Przyjaciół”. Niespecjalnie mnie to rozruszało. Zjadłam kanapkę na śniadanie, przy czym chyba z półtorej godziny zajęło mi odkrycie, gdzie się podział mój apetyt.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A potem uznałam, że już dłużej nie dam rady trzymać otwartych oczu i poszłam z powrotem spać. :) &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Słowo daję, soboty w tym tygodniu nie miałam wcale!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Łukasz dał za wygraną czekanie, że wstanę i poszedł do pracy. Teoretycznie miał dzisiaj wolne. &lt;br /&gt;Za to późnym popołudniem, kiedy się reaktywowałam zrobiłam pyszne kotleciki mielone, o których marzył Łukasz. Potem siłą rozpędu zrobiłam porządek z kwiatkami na balkonie, zapewne ku uciesze naszego ciecia osiedlowego, który moich kwiatków niecierpi, bo lecą z nich płatki i suche liście, a on to musi zamiatać… Trochę posprzątałam, wymieniłam szczurowi wiórki, co nieodmiennie go wkurza. &lt;br /&gt;Teraz dochodzi północ, a mi się nie za bardzo chce spać. Chociaż pewnie, kiedy położę się do łóżka, to usnę błyskawicznie. &lt;br /&gt;Niecierpię być taka zmęczona. Chociaż zmęczona to za małe określenie tego stanu. Byłam wyczerpana! Jest to o tyle wkurzające, że zanim się odzyska jako taką siłę do życia, to już mija co najmniej pół dnia, który jest oczywiście zmarnowany. Miałam na dzisiaj zaplanowane o wiele więcej niż kotlety mielone i sprzątanie. Muszę to przełożyć na inny dzień, co zrobić…&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5674253924783326059?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5674253924783326059/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5674253924783326059' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5674253924783326059'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5674253924783326059'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/12/system-overload.html' title='System overload'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4935415452793275840</id><published>2011-11-26T21:48:00.002+01:00</published><updated>2011-11-26T22:15:47.850+01:00</updated><title type='text'>Akcja: Szczepienie na życzenie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mniej więcej w połowie października urządziłyśmy ze Szwedką spontaniczną akcję szczepienia się na grypę.&lt;br /&gt;któregoś poniedziałku wybrałyśmy się razem we dwie na spacer z pracy do domu. W połowie drogi rozmowa zeszła się nam na temat szczepień. Planowałam się zaszczepić w tym roku na grypę. Zbierałam się do tego tematu od jakiegoś miesiąca i nigdy mi się nie składało, aby pójść do przychodni i o to dopytać. I powiedziałam o tym Szwedce, a ona na to, że też chciała się zaszczepić, bo w przeciwieństwie do mnie robi to co roku. Nie ma to jak towarzystwo, zawsze to jakaś motywacja do działania. Od słowa do słowa postanowiłyśmy zapytać w osiedlowym ośrodku, kiedy można się zaszczepić. Zaszłyśmy więc do tej przychodni, pytamy, a tu pani z recepcji mówi do nas, że najpierw trzeba dostać od lekarza receptę, wykupić szczepionkę i wrócić do nich na zastrzyk. No i dobrze się składa, bo lekarka jeszcze jest, nie ma chorych (o dziwo!) i może nam recepty wypisać już od ręki.&lt;br /&gt;Nie było na co czekać i tak już było późno, bo październik, a szczepienia robi się raczej we wrześniu. W dodatku obie miałyśmy plany na kolejne dni i nie było na co tego odkładać. Potem by się pewnie okazało, że nie mamy czasu na przyłażenie do przychodni ponownie, a grypa już się zaczynała.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Szwedka nie chciała iść tak z marszu po receptę, wysłała mnie pierwszą, aby sprawdzić czy będzie musiała się rozbierać do osłuchania. Ale że lekarka mnie nie badała, tylko zapytała czy jestem zdrowa i wypisała receptę to i w końcu Szwedka się zdecydowała. Dostałyśmy recepty w 10 min.&lt;br /&gt;Sytuacja się zrobiła bardzo ciekawa, kiedy lekarka powiedziała, że jeśli  kupimy sobie szczepionkę szybko i zdążymy z nią dojechać na 18.30 z  powrotem do przychodni, to zaszczepią nas jeszcze tego samego dnia. Była  godz. 17.20, uprzejma pielęgniarka kazała nam jechać na Wallenroda, bo  tam szczepionka kosztowała jakieś 11zł taniej niż w osiedlowych  aptekach.&lt;br /&gt;Ale że szczepionki nie można przechowywać w domu, musi być w specjalnej labolatoryjnej&lt;br /&gt;chłodziarce, w dodatku przewozi się je w warunkach termosowych, w torbach chłodniczych, wiec był cały korowód z tym.&lt;br /&gt;Szwedka poszła po auto, bo ja swojego nie miałam, Łukasz był jeszcze w pracy. Ja poszłam po torbę chłodniczą i w 10 minut już jechałyśmy na Walla. Kupiłyśmy szczepionki błyskawicznie i o 18-tej już nasz szczepili w przychodni.&lt;br /&gt;Szwedka mi powiedziała, że po tym szczepieniu nic nie jest, tylko boli ręka. Myślałam więc, że faktycznie nic mi po niej nie będzie. Pielęgniarka zapytała się nas z 3 razy czy nie jesteśmy chore, czy jesteśmy zdrowe i czy jesteśmy pewne, że jesteśmy zdrowe. Czułam się trochę, jak dziecko w przedszkolu. A najlepsze było to, że ja już wtedy miałam swój lekki kaszel, więc chyba tak do końca zdrowa to nie byłam. Ale nie byłam też chora, wiec nie widziałam problemu.&lt;br /&gt;Zaczepiłyśmy się i pożegnałyśmy pod przychodnią, po czym poszłyśmy do domu, każda w swoją stronę.&lt;br /&gt;Zanim uszłam sto metrów,miałam już dziwne uczucie, że mnie coś zamracza. No i kiedy doszłam do domu, czułam się już naprawdę kiepsko. Zjadłam szybko obiad i musiałam się położyć do łóżka. I normalnie mnie rozłożyło! Przez jakieś 3h myślałam, że zejdę na szczepionkę przeciw grypie. Byłam najzwyczajniej w świecie chora. Przez te 3h miałam grypę w wersji okrojonej z objawów.&lt;br /&gt;Kiedy już odżyłam na tyle, że mogłam napisać SMSa, pożaliłam się Szwedce, że tak się źle czuję. A ona co? Zamiast mi współczuć, kazała mi wstawać i robić paprykę. Był to poniedziałek po tym łikendzie pod hasłem wekowania papryki i jedna porcja została mi do zrobienia właśnie na poniedziałek. Była to wersja z chili, więc napisałam Szwedce, że zrobię tą paprykę i jej dam słoik, żeby jej wyparzył ten cięty jęzor. :)&lt;br /&gt;Wcale się tym nie przejęła. Odpisała, że wtedy ja się będę nudziła z nią, ale ludzie od niej z pracy mogą mi za to nawet podziękować.&lt;br /&gt;A ja co zrobiłam?&lt;br /&gt;Wstałam wieczorem, reaktywowałam się i zrobiłam tą paprykę do końca. Szwedce jednak jej nie dałam, dostała słoik normalnej niewypalającej języka. Nie ma to, jak odpowiednia motywacja.&lt;br /&gt;Zanim mi to jednak przeszło, przez te 3 koszmarne godziny chorowania na szczepionkę przeciw grypie - zastanawiałam się, co mnie podkusiło aby się w ogóle szczepić!!?? Grypa na życzenie!  Ale koniec końców chyba mi to na złe nie wyjdzie... Chociaż potem przez jakieś 3 dni nie czułam się do końca dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4935415452793275840?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4935415452793275840/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4935415452793275840' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4935415452793275840'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4935415452793275840'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/akcja-szczepienie-na-zyczenie.html' title='Akcja: Szczepienie na życzenie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1678113178480020923</id><published>2011-11-26T21:27:00.002+01:00</published><updated>2011-11-26T21:46:59.207+01:00</updated><title type='text'>Nic ciekawego</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W tym tygodniu moje plany popsuło przeziębienie. Całkiem mnie rozłożyło.&lt;br /&gt;Najpierw miałam "postępujące zapalenie oskrzeli", ku uciesze Łukasza, który mnie wyśmiewał za każdym razem, kiedy o tym mówiłam. Diagnozę oczywiście postawiłam sobie sama, moje zapalenie oskrzeli objawiało się tym, że miałam ciągle kaszel i dusiło mnie, kiedy wciągałam powietrze. Leczyłam się też sama Bioparoxem - taki antybiotyk w sprayu, działa miejscowo, więc nie plądruje całego organizmu.&lt;br /&gt;Zapalenia oskrzeli oczywiście nie miałam, to pewne. Zapewne była to jakaś infekcja na tchawicy czy krtani, nie pamiętam dokładnie czego, ale rok temu też to miałam. Nie pamiętam też, co na to wtedy dostałam, bo rok temu do lekarza poszłam, skoro już nie mogłam prawie oddychnąć bez kaszlenia. W tym roku uznałam, że do lekarza już iść nie muszę, przecież z tymi objawiami już raz byłam. Mogę więc wyleczyć się sama. Poza tym mam niechęć do chodzenia do lekarza. Bioparox miałam, więc psikałam go przez jakieś półtora miesiąca, aż mi się skończył. Niestety psikałam go rzadko, zazwyczaj raz - w porywach do dwóch razy na dzień.&lt;br /&gt;Nie pogarszało mi się, ale też nie polepszało wcale. Ale nagle przestało mnie dusić, więc uznałam, że wyzdrowiałam. Na szczęście, bo bioparoxu już nie mam.&lt;br /&gt;No to dla odmiany we wtorek poczułam się totalnie chora. I to nie na duszący kaszel, a na wszystko inne. W środę mi się pogorszyło i już miałam lekką temperaturę chyba, a to mi się często nie zdarza.&lt;br /&gt;W czwartek cały dzień męczył mnie katar. Nie chcę nawet myśleć o tej symfonii, jaką wysłuchali wszyscy w pokoju w pracy. Cały dzień trąbienia i siąpania. Normalnie dramat. A pech chciał, ze nie miałam żadnej tabletki na katar, bo odkąd wyłączyli naszą zagrzybioną klimatyzację w budynku, mój katar się skończył i już nie potrzebowałam na niego żadnych specyfików. Po południu, kiedy wróciłam do domu, wzięłam cirrus i magicznie katar mi przeszedł w ciągu godziny. I na tym się zakończył. Słowo daję, że to chorowanie było jakieś dziwaczne, zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to nie jest grypa, którą przechodzę wyjątkowo lekko, bo przecież się zaszczepiłam w tym roku na grypę. Oczywiście calutkie czwartkowe popołudnie przespałam, podobnie, jak i większość środowego. Ale trochę się zregenerowałam  i w pt poszłam już do pracy we w miarę normalnym stanie.&lt;br /&gt;Za to ubrałam się, jak na wycieczkę na Syberię. Normalnie zaprzeczyłam sama sobie. Założyłam grubaśne rajstopy - chyba z 600 den! Nie żartuję, robią takie. Mama mi je kupiła rok temu na zimę, ale nie chodziłam w nich, bo uznałam, że to lekka przesada takie grubaśne rajstopiska,  dodatku ocieplane czymś od spodu. Wczoraj jednak je założyłam, a na to wełnianą sukienkę, wełniany sweter do kolan (!) i jeszcze chustkę na szyję.&lt;br /&gt;No ale co miałam robić, kiedy od 3 dni było mi non stop zimno?&lt;br /&gt;W efekcie koło 14tej zrobiło mi się prawie gorąco. Nareszcie!&lt;br /&gt;Łukasz się też przeziębił i to z 2 dni wcześniej niż ja. Kaszle, jak gruźlik i chrypi. Momentami to nawet zabawne, wczoraj moja siostra go podsumowała, że mniej więcej tak musiał brzmieć, kiedy mutację przechodził. Łukasz dzisiaj cały dzień się kuruje. Chyba mu się poprawia. Dużo czasu nie ma, bo jutro idzie do pracy, więc musi szybko zdrowieć.&lt;br /&gt;Kamisio wczoraj zaproponowała, żebym nasmarowała Łukasza smalcem. Boże, place mnie bolą, kiedy to piszę, uszy mnie bolały, kiedy to słyszałam. Mam nadzieję, że Łukasz nie jest zwolennikiem takich chałupniczych metod leczenia, ja jestem przeciwnikiem (i to mało powiedziane) i nie zamierzam niczego takiego praktykować. Na całe szczęście - smalcu nawet nie mamy w domu, bo nie używamy w kuchni. W KUCHNI Kamisiu, tam jest jego miejsce! :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1678113178480020923?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1678113178480020923/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1678113178480020923' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1678113178480020923'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1678113178480020923'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/nic-ciekawego.html' title='Nic ciekawego'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7170692197819732770</id><published>2011-11-26T21:15:00.002+01:00</published><updated>2011-11-26T21:27:08.686+01:00</updated><title type='text'>Music Theme</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj odkryłam nowy theme song. Tym razem coś polskiego.&lt;br /&gt;Trochę nietypowo dla mnie, bo ja nie za bardzo jestem patriotką w dziedzinie muzyki, a jeszcze mniej jeśli chodzi o filmy. Ale od czasu do czasu i coś polskiego mi się spodoba.&lt;br /&gt;Dzisiaj skakałam po muzycznych kanałach i czekałam kiedy Kamisio się wyszykuje do pracy i na jakieś eska TV trafiłam na nową piosenkę Yugopolis i Maleńczuka "Ostatnia nocka".&lt;br /&gt;Super świetna. :)&lt;br /&gt;Dzisiaj cały dzień za mną chodzi, a że jest taka... prosta i łatwo wpadająca w ucho, to nie trudno się ją nuci.&lt;br /&gt;Teledysk mi się też podobał. Tylko nie do końca potrafię wykombinować, co to niby za rodzaj więzienia jest w nim pokazany, bo nijak mi to nie pasuje na żadne prawdziwe więzienie. Nie ma to jak się czegoś czepić. Więzienie, to każdy wie, jak wygląda. Na filmach pokazują je często, chociaż na filmach są te więzienia na zdecydowanie lepszym poziomie, niż w rzeczywistości. Są obskurne, okratowane, przeludnione i odstraszają z daleka. A tu na tym teledysku to jest taki nie wiadomo co. Wariatkowo? No nie wiem z jakiego więzienia można sobie tak po prostu wstać rano i wyjść. I jakiego więzienia pilnują młode pielęgniarki...&lt;br /&gt;No ale mniejsza z tym, uznam, że to fikcja filmowa. Taka radosna twórczość własna reżysera.&lt;br /&gt;No i jest to jedna z nielicznych piosenek, która nie mówi o tym, że uuu bejbe, tak cię kocham, uuu bejbe, dlaczego mnie zostawiłaś...&lt;br /&gt;Podziwiam tych nielicznych twórców, którzy potrafią napisać tekst piosenki oderwany od miłości, a nie zdarza się to często. No to teraz, dla odmiany, mamy coś o wychodzeniu z więzienia. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/FIPXqZh6q8s" allowfullscreen="" width="560" frameborder="0" height="315"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7170692197819732770?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7170692197819732770/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7170692197819732770' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7170692197819732770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7170692197819732770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/music-theme.html' title='Music Theme'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/FIPXqZh6q8s/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5813936161459960979</id><published>2011-11-03T20:58:00.004+01:00</published><updated>2011-11-03T21:19:42.694+01:00</updated><title type='text'>Sterowniki? po co komu...</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie tak dawno temu siadłam przed komputerem i po raz kolejny doszłam do wniosku, że strasznie wolno chodzi ostatnio. Pomyślałam więc odkrywczo, że na pewno trzeba mu pomóc i coś mu poczyścić, albo zdefragmentować. Wiadomo, defragmentacja trochę trwa, więc znacznie szybsze jest czyszczenie. Od jednego pomysłu do drugiego zaczęłam robić na kompie generalne porządki.&lt;br /&gt;Wyczyściłam pamięć podręczną, ale niewiele to dało, bo w sumie czyszczę ją regularnie i niewiele tam było do usunięcia.&lt;br /&gt;Zabrałam się więc za odinstalowywanie jakiś zbędnych programów, bo przecież po co mi to?&lt;br /&gt;Odpaliłam listę programów i leciałam po nazwach. Wywaliłam kilka różnych, po czym natrafiłam na coś nazwanego "motorola-coś-tam-coś-tam". Pomyślałam, że to na pewno jakiś sterownik od mojego starego telefonu komórkowego - właśnie motoroli, która była pod wieloma względami okropna. I której kariera dobiegła końca na całe szczęście, zastąpił ją wypasiony htc.&lt;br /&gt;Niewiele myśląc usunęłam więc sterownik o nazwie "motorola-coś-tam-coś-tam".&lt;br /&gt;W tle moich porządków, leciał na komputerze jakiś film. I nagle coś pobrzdąkało w tym filmie i został sam obraz! Film stracił głos!&lt;br /&gt;No wyobraźcie sobie moje zdumienie!&lt;br /&gt;Od razu domyśliłam się, że usunęłam sobie o jeden sterownik za dużo i że zapewne był to sterownik od karty dźwiękowej. No to miałam.&lt;br /&gt;Sama nie wiem, czy lepiej już kiedy myślę i wymyślam takie głupawe akcje typu: czyszczenie komputera, czy lepiej kiedy nie myślę, tylko robię takie głupawe akcje typu: usuwanie sterownika, bo mi się nie podoba nazwa.&lt;br /&gt;Co ja się oszukałam na necie odpowiedniego sterownika, to już tylko ja wiem. I Łukasz, który w tym samym pokoju wtedy oglądał TV (z głosem, bo z TV nie umiem na szczęście nic usunąć). Śmiać mi się chciało strasznie, bo sama sobie tak dobrze zrobiłam.&lt;br /&gt;Nie po raz pierwszy z resztą.&lt;br /&gt;Kamisio mi przypomniała, że kiedyś z naszego komputera rodzinnego też coś usunęłam, jakieś pliki systemowe (sic!) i potem komp się zwyczajnie nie włączał. Trzeba mu było stawiać system od nowa. Zapomniałam już o tym. Zupełnie, nawet mi się nie przypomniało. Może, jakbym pamiętała, to bym więcej się za czyszczenie plików i programów nie brała. Wiadomo, że pamięć jest podstawą rozwoju i ewolucji... Nie będę więc mówić wprost, o czym to świadczy. :)&lt;br /&gt;Szukałam więc tego nieszczęsnego sterownika do karty dźwiękowej całe wieki. Zmarnowałam chyba z godzinę na to. Poinstalowałam całą rzeszę jakiś durnych driver-testerów i innych driver-checków, które bardzo inteligentnie skanowały komputer, mówiły mi, że brakuje mi sterownika do karty dźwiękowej, po czym chciały mnie namówić na kupienie tego sterownika. Za pieniądze. No dobra, ale ja już za niego raz zapłaciłam, kiedy kupiłam laptopa. Mam na pewno na płytce recovery kopię wszystkiego, co potrzebne mi do tego, aby lapek działał sprawnie, ale kto chce przeinstalowywać sobie cały system tylko dlatego, że brakuje jednego drivera? Potem ma się goły system operacyjny i całe wieki trwa, zanim się poinsatluje wszystkie programy.&lt;br /&gt;W końcu wpadłam na pomysł, że Windows, jak by badziewny nie był, ma takie magiczne narzędzie typu Windows update, więc nic, tylko sobie ściągnie ten sterownik sam!&lt;br /&gt;Uruchomiłam windows update i faktycznie! Powiedział mi, że brakuje mi sterownika do karty dźwiękowej (też mi odkrycie! Tego wieczora często to mi mówiły rożne programy) i zaproponował update. Skorzystałam z tej opcji, co trwało dosłownie z pół godziny albo dłużej, ale koniec końców sterownik się znalazł i na laptopie wrócił dźwięk.&lt;br /&gt;Coś jednak nie działa do końca dobrze, bo teraz ten dźwięk mi pyka, kiedy np. coś się włącza. Słychać takie głośne trzeszczenie "pyk, pyk" i już potem wszystko działa dobrze. No cóż, może kiedyś pokuszę się o reinstalację Visty. Na razie nie chce mi się o tym myśleć nawet. W sumie... nie przeszkadza mi to pykanie tak bardzo... Grunt, że mam dźwięk z powrotem, bo era niemego kina skończyła się w okolicach lat 20-tych ubiegłego wieku! :)&lt;br /&gt;Nadal jednak nie mogę się nadziwić, kto nazywa "motorola-bla-bla" sterownik do karty dźwiękowej w Asusie!!??&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5813936161459960979?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5813936161459960979/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5813936161459960979' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5813936161459960979'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5813936161459960979'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/sterowniki-po-co-komu.html' title='Sterowniki? po co komu...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5790046549597329596</id><published>2011-11-03T20:02:00.002+01:00</published><updated>2011-11-03T20:29:41.920+01:00</updated><title type='text'>Ozzy morderca kurczaków</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Justi dała mi do przeczytania biografię Ozzy’ego Osbourna. Dała mi ją z tekstem „Nie wiem czy dla ciebie nie będzie miejscami za mocna, ale spróbuj…”&lt;br /&gt;O Ozzym nie wiedziałam kompletnie nic, dopóki nie przeczytałam tej książki. Na dobrą sprawę nie kojarzyłam nawet jednej piosenki Black Sabbath, chociaż w trakcie lektury dowiedziałam się, że Paranoid jest ich, więc coś jednak znam.&lt;br /&gt;Za to teraz, po przeczytaniu biografii, wiem o Ozzym aż za dużo. Chyba trochę jestem w szoku. Nie wiem tylko od czego bardziej. Ale po kolei.&lt;br /&gt;Po pierwsze książka jest napisana takim językiem, że jakby go ocenzurować, to połowę tekstu by wyleciało, bo to same ozdobniki z łaciny podwórkowej. Dziwi mnie, że ktoś to w ogóle wydał. Co prawda nie przeszkadza mi takie przeklinanie, chociaż nigdy nie czytałam tekstu, w którym było by tyle wszelkiego rodzaju przekleństw i tak potoczny język. W sumie ten język pasował do treści, więc zamiast całego szeregu czasowników były „jeby”i „pierdolniki” odmienione na różne sposoby. A „kurwa” występowało w roli przecinka.&lt;br /&gt;Może ja po swojej resocjalizacji zrobiłam się  niewrażliwa na takie ozdobniki. Podobnie, jak i na pewne historie, które on opisywał. Nie wiem, nie raziło mnie to za bardzo, bo trochę się takich kwiatków naoglądałam na studiach. Ale jednak mnie trochę dziwiły. Chyba najbardziej dlatego, że facet pił i ćpał na potęgę przez jakieś 40 lat swojego życia. Miewał blackouty i inne zaniki świadomości i budził się w dziwnych okolicznościach, miewał durne pomysły, które jakimś cudem go nie zabiły. I pomimo tego dożył w zdrowiu do sześćdziesiątki, zarobił majątek, stał się legendą i dalej żyje sobie wygodnie w ogromnej posiadłości w Anglii.&lt;br /&gt;I pomimo, że efekt końcowy jest bardzo fajny, to kto by chciał przeżyć 40 lat w totalnym zamroczeniu, łykając prochy garściami, wciągając ścieżki koki, wypalając sobie mózg tonami skrętów i zalewając to litrami alkoholu. A on się dziwił, że chodził zamulony i apatyczny.&lt;br /&gt;Jak powstała ta książka, to jest dla mnie zagadką. Facet ma mózg przeżarty przez używki, miał wypadek na kładzie i ma problemy z pamięcią (tą doraźną co prawda, ale jednak ma). Nie pamięta chyba 1/3 swojego życia, bo chodził nawalony do nieprzytomności, a mimo tego napisał książkę, w której chronologicznie opisał różne sytuacje i która jest spójna i logiczna. Niewiarygodne. I niewykonalne, jeśli chodzi o moje zdanie. Musiał mieć ghost writera i musiał mu ktoś to wszystko nie dość, że napisać, to jeszcze poukładać. I pewnie ten ktoś musiał zrobić niezłe wykopaliska, aby dociec gdzie i kiedy Ozzy pracował, co kiedy robił itp., bo nie wierzę, że w cudowny sposób Ozzy sobie sam to przypomniał.&lt;br /&gt;Książkę czytało mi się całkiem dobrze dopóki mądra pierwsza żona Ozzego nie postanowiła go resocjalizować za pomocą hodowli kurczaków. Kupiła mu kilkanaście kurek i kazała je karmić. I przypominała mu o tym stale. A jego to wkurzało (i to jest ocenzurowana wersja tego, jak na niego działało przypominanie o nakarmieniu kurczaków). Kiedy ich nie karmił, z nadzieją, że zdechną, albo strzelał przy nich ze swojej fuzji,z nadzieją, że dostaną ataku serca i zdechną - to już mi się nie podobało. Ale dopiero w momencie, kiedy wpadł w amoku do kurnika i powystrzelał wszystkie kury, uznałam, że jest skończonym debilem, któremu mózg zeżarł biały proszek w różnej postaci.&lt;br /&gt;Mimo tego ubawiłam się z tych opowieści, bo książka jest fajnie napisana. Komentarze są na miarę olewającego rockmana. Najbardziej mi się podobała opowieść o tym, jak eksperymentował z pigułką gwałtu, którą dał mu niemiecki lekarz, jako środek wspomagający sen. Dziwny ten lekarz, chyba nie miał najrówniej pod sufitem, ale ok. Otóż Ozzy zażył dwie i poległ na łóżku w motelu oglądając TV. Nie wierzył w ich działanie, wiec czuł się rozczarowany. Aż w pewnej chwili pigułka zaczęła działać i go sparaliżowało, chociaż świadomość mu pozostała. I w tym momencie Ozzy sturlał się z łóżka, walnął głową w stolik i utknął między łóżkiem a ścianą na jakieś 5h. I tu uznałam, że los się zemścił za biedne kurczaki i dobrze mu tak! Śmiałam się z tego na głos, bardzo długo. Oczywiście Ozzy nie poleca rhypnolu po tym wydarzeniu. Ale co jest najciekawsze – jakby nie sturlał się po tych pigułkach za łóżko i nie miał takich przykrych przejść, to pewnie uznałby, że rohypnol jest fajny i jest po nim dobra zabawa, więc wtedy by go polecał.&lt;br /&gt;To jest taka książka… w zasadzie to sama nie wiem, co o niej myślę.&lt;br /&gt;Niby uzależnienia są chorobą, ale jakoś nie mam za wiele sympatii do tego typu recydywistów. Znam kilku pijaków z Lublina, obserwowałam ich pijaństwo przez całe dzieciństwo i jakoś nie uważam, żeby należał się medal komuś, kto pił przez dziesięciolecia, po czym nagle przestał. I co? Jest z siebie dumny. A dzieci i żona przeszły piekło, którego nikt im nie cofnie. A taki pijaczyna po tym, jak przestanie pić, jest taki dumny z siebie, że nic tylko chciałby dostać medal. Więc ubawiłam się czytając tą książkę i pośmiałam, owszem, ale nie mam o Ozzym dobrego zdania, bo jak by nie patrzeć po 40-tu latach używania sobie to już nie zasługuje na uznanie. I to dobrze dla niego, że się w końcu nawrócił i przestał pić i ćpać. Ale o jakieś trzydzieści kilka lat za późno to zrobił. Bo o ile młodość usprawiedliwia takie durnoty i słabości, bo jest to czas na wyszumienie się, o tyle w okolicach trzydziestki, kiedy miał rodzinę i dzieci, to zamiast latać w amoku z fuzją i strzelać do wszystkiego, co się rusza, mógł trochę przyhamować, aby pozwolić ludziom pożyć w spokoju.&lt;br /&gt;No nie wiem, przeczytajcie sami, lektura w sumie ciekawa. Na zasadzie „Dobrze, że to nie mój ojciec albo mąż” – taka ciekawa. Niestety niektórzy czytając to pomyślą sobie „zupełnie jak mój ojciec albo mąż”… No właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5790046549597329596?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5790046549597329596/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5790046549597329596' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5790046549597329596'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5790046549597329596'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/ozzy-morderca-kurczakow.html' title='Ozzy morderca kurczaków'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6709803047202835074</id><published>2011-11-03T19:59:00.001+01:00</published><updated>2011-11-03T20:33:34.130+01:00</updated><title type='text'>Jak teleportować wykłądzinę na 4 piętro</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Justi wymyśliła sobie remont w swoim mieszkaniu. Taki mały remoncik, trochę dla odświeżenia. Najpierw zamówiła sobie nowe wykładziny, a potem zapowiedziała wielkie malowanie ścian i sufitów.&lt;br /&gt;Wykładzinę wybierała długo, co w sumie nie jest niczym dziwnym, jeśli zrobi się rundkę po sklepach, które ją sprzedają. We wszystkich jest praktycznie to samo, wybór jest średniawy (czytaj: kiepskawy), a na dodatek 95% wykładzin ma szerokość 5m, co dla Justi było o ponad metr za dużo. A za ten metr się przecież płaci. Kupując więc wykładziny 5,5 mb, płaci się za 5,5 m wykładziny zupełnie zbędnej, z którą nie ma co robić. Durny to interes, niestety tak to wygląda.&lt;br /&gt;Do pokoju wykładzinę zamówiła sobie bez większego problemu w Leroy Merlin, do jadalni z resztą też, ale zaraz po zamówieniu zadzwonili do niej ze sklepu z informacją, że jednak ta wykładzina do jadalni jest wyłącznie w szerokości 5m.  I co w związku z tym Justi chce robić – czy płacić za kilka metrów extra czy rezygnuje z jej zakupu. No i pojawił się problem: jaki jest wybór innych wykładzin 4-ro metrowych, które można by  położyć w jadalni zamiast tej super szerokiej.&lt;br /&gt;Do sklepów z wykładziną zawędrowałam z Justi nawet ja, któregoś deszczowego popołudnia po pracy. Ręce opadały, kiedy przyszło do oglądania tego, co o ferują sklepy, wyboru nie było praktycznie żadnego. Justi nawet miała elastyczne podejście co do koloru tej wykładziny, ale nawet to nie pomagało. Albo były badziewne desenie, albo badziewne jakości. Z resztą 4-ro metrowych wykładzin jest naprawdę jakieś konieczne minimum na rynku i absolutnie nie ma z czym szaleć.&lt;br /&gt;Koniec końców Justi wybrała coś w tym nieszczęsnym Leroy Merlin. Obie wykładziny miały przyjechać pewnego pięknego poniedziałku pod koniec października, między 18-tą a 20-tą.&lt;br /&gt;Nie wiem, co Justi strzeliło do głowy, ale wymyśliła sobie, że wniesiemy te obie wykładziny we trzy z Kasią. No i nas tak umówiła na ów poniedziałek, z odpowiednim wyprzedzeniem, w międzyczasie wpadłyśmy na pomysł, że do tego wnoszenia na pewno potrzebujemy winko, a Justi obiecała, że w nagrodę zrobi nam na obiad pyszne spaghetti.&lt;br /&gt;Wszystko szło super świetnie do momentu, kiedy ta wykładzina przyjechała. Zwalczyłyśmy wszystkie przeciwności – Kasia musiała dłużej zostać w pracy tego dnia, ja musiałam wcześniej coś załatwić, pan kierowca z LM chciał przywieźć wykładzinę wcześniej, ale Justi mu to wyperswadowała, jako że nie miała tragarzy. Koło 18tej obie z Kasią zeszłyśmy się u Justi, każda przyniosła jakieś łakocie, miałyśmy też wino (które Justi przezornie chłodziła do czasu, kiedy już wykładzina wejdzie na górę), zjadłyśmy super spaghetti i o 19-tej już czekałyśmy na dostawę. Ja przez te załatwienia ubrałam się w ogóle super-adekwatnie na tą okazję, miałam buty na obcasie, spódnicę i rajstopy. I kurtkę w kolorze brudnego różu, która nie mogła się ubrudzić, bo potrzebowałam jej następnego dnia bladym świtem.&lt;br /&gt;Justi po obiedzie nie mogła usiedzieć przy stole i gapiła się w okno - przez Kasię na wylot, bo akurat Kasia siedziała naprzeciwko. W końcu kierowca się zmiłował i przyjechał. No i się zaczęło!&lt;br /&gt;Poszłyśmy odebrać wykładzinę. Facet wyrzucił z auta najpierw tą mniejszą wykładzinę do jadalni i wyglądała całkiem przyzwoicie, jak na siły trzech rachitycznych kobiet. Zanim Justi odebrała zamówienie, my z Kasią wzięłyśmy wykładzinę pod pachy i poszłyśmy z nią na górę. W połowie drogi wykładzina okazała się nadzwyczaj ciężka. Jakoś jednak ją dotachałyśmy na to drugie piętro, wrzuciłyśmy na korytarz tuż za drzwiami i poszłyśmy po drugą. Wykładzina była zafoliowana tak masakrycznie brudną folią, że chyba musiała być z jakiegoś odzysku, bo aż trudno uwierzyć, że sklep zapakował ją w coś tak okurzonego! Przezornie zdjęłam kurtkę i podkradłam Justi polar. Był w prawie takim samym kolorze, jak kurtka, więc łudziłam się, że może Justi się nie zorientuje, że szargam jej polar, ale niestety zobaczyła to kiedy tylko wyszłam z bloku.&lt;br /&gt;Kiedy facet wyrzucił z samochodu drugą wykładzinę, przestało się nam to podobać! Bela była monstrualna. Miała 4m długości, a zwinięte było 5,5 m. Ciężkie to było pioruńsko i nijak nieporęczne. Próbowałam wmówić facetowi, że my już jej nie chcemy, niech sobie ją zabiera z powrotem, ale ani on nie było do tego chętny, ani Justi nie chciała jej oddać. Koleś powiedział, że jeśli nam coś nie odpowiada, to musimy ją zareklamować, on miał tylko dostarczyć, więc nawet nie może jej wziąć z powrotem. No to amba, musimy ją jakoś wtaszczyć na górę.&lt;br /&gt;Na parter weszła gładko, po czym okazało się, że nie ma żadnego sposobu, aby skręcić z tą belą na schodach i wejść na kolejną kondygnację schodów. Stałyśmy nad tą wykładziną i zastanawiałyśmy się, jak ją teleportować na drugie piętro.&lt;br /&gt;Napatoczyła się sąsiadka z góry, która zaoferowała, że zawoła męża do pomocy. Ale miała to być pomoc wyłącznie w zakresie koncepcyjnym, bo dźwigać nie może. Sąsiad przyszedł po długiej chwili. W międzyczasie już zdążyłam wymyślić, że musimy wyjąć ze środka tekturową tubę, na którą wykładzina jest nawinięta, to wtedy będziemy mogły ją zgiąć i jakoś nią skręcić na schodach. Sąsiad postał chwilę nad nami (dosłownie nad nami, bo o kilka schodków wyżej) pokiwał głową, robiąc mądrą minę, po czym przytaknął, że trzeba tubę wyjąć i zwiał jeszcze szybciej, niż się pojawił.&lt;br /&gt;Wytaszczyłyśmy więc wykładzinę przed blok, na szczęście nie padało tego dnia. Rozwinęłyśmy, wyjęłyśmy tubę i zwinęłyśmy z powrotem. Przy okazji trzeba było obierać wykładzinę z suchych liści, które się do niej przyczepiały – jesień w końcu.&lt;br /&gt;Jakim cudem my tą wykładzinę w końcu teleportowałyśmy na to drugie piętro, to do tej pory jest dla mnie niewyjaśniona zagadka na miarę agentów Muldera i Scully z Archiwum X. JAKOŚ tego dokonałyśmy. Chyba wyłącznie siłą woli i umysłu, bo ręce nam zemdlały już po pierwszym piętrze. Sposób targania jej na górę bez tuby usztywniającej okazał się skuteczny, aczkolwiek pomimo mojej nadziei – wcale się lżejsza nie zrobiła.&lt;br /&gt;Kasia z jakiegoś powodu bardzo żałowała tej tuby, chyba dlatego, że wydawała ona fajne dźwięki, trochę podobne do tych instrumentów plemiennych na których grają Aborygeni Australijscy. Justi nawet chciała tą tubę jakoś zataszczyć do mieszkania. Wpadła na pomysł podania mi jej przez balkon z dołu, niestety jednak tuba nie dostawała do jej balkonu, więc powędrowała na śmietnik. Ku rozpaczy Kasi.&lt;br /&gt;Po wniesieniu wykładziny Kasia straciła prawie władzę w rękach, po czym dostała jakiegoś nie-delirium tremes i ledwo mogła podnieść kubek do ust. Justi musiała się przebrać, tak się zgrzała. Ja popadłam w jakąś katatonię i przez dłuższą chwilę siedziałam nic nie mówiąc i tylko trawiąc ten nasz wyczyn.&lt;br /&gt;Ten wieczór był długi. I bardzo wesoły. Justi otworzyła jakieś  potwornie niedobre wino z Lidla, które dobrze brało, pomimo swojego okropnego smaku i obaliłyśmy prawie całą butelkę we dwie. Kasia zmotoryzowana tego dnia (nie wiadomo po co) jakoś zniosła na trzeźwo nasze opowieści dziwnej treści i nie narzekała.  Chyba skupiła się na uruchamianiu z powrotem swoich rąk.&lt;br /&gt;Wróciłam do domu koło 23-ciej, zneutralizowana kilkoma lampkami wina i mocno odstresowana. Wnoszenie wykładziny okazuje się całkiem fajnym sportem grupowym. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6709803047202835074?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6709803047202835074/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6709803047202835074' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6709803047202835074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6709803047202835074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/11/jak-teleportowac-wykadzine-na-4-pietro.html' title='Jak teleportować wykłądzinę na 4 piętro'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6855914220819277701</id><published>2011-10-10T22:09:00.003+02:00</published><updated>2011-10-10T23:09:58.844+02:00</updated><title type='text'>Mała śliczna myszka</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ta myszka, co dzisiaj Kamisio zdechła, malusieńka biała w czarne łatki - była niezłą fuksiarą. Była też niesamowicie żywotna, taka mała wiercipiętka, która nie mogła usiedzieć nigdy w akwarium.&lt;br /&gt;Kamisia trzymała ją w takim niewielkim terrarium, które na wierzchu zasuwała jakimiś tekturkami. Trzeba było to bardzo dokładnie zasuwać, bo ja zostawała większa szpara (np. taka na półtora centymetra) to myszka uciekła i gdzieś sobie szła. W zasadzie to ona uciekała dosyć regularnie i można się było tego spodziewać. Toteż taka wiedza upowszechniła się w rodzinie, z resztą na szczęście dla myszki. Ale myszunia przeważnie chodziła gdzieś po parapecie, na którym stało terrarium, tudzież po meblach, gdzie stało terrarium, albo po półkach w pobliżu.&lt;br /&gt;Któregoś dnia Amelka bawiła się z myszką i widocznie nie zasunęła tekturek odpowiednio, bo... Wieczorem Mama położyła się spać i nagle poczuła, jak coś rusza się w kołdrze. W środku.&lt;br /&gt;Zupełnie naturalnym odruchem byłoby w to coś walnąć, z dedykacją, żeby zabić. Bo a nuż to wielki pająk???&lt;br /&gt;Mam zachowała jednak zimną krew i przytomność umysłu, no ale strachliwa nie jest - i w przebłysku olśnienia od razu wykombinowała sobie, ze to na pewno myszka Kamisi uciekła i weszła jej w kołdrę. I w najlepsze wyjęła tą myszkę z kołdry i zaniosła ją do terrarium. Nie jestem pewna, ale chyba wcześniej zrobiła rundę łóżko-terrarium-łóżko dla potwierdzenia, że to ta właśnie mysz buszuje w jej kołdrze i że w terrarium jej nie ma.&lt;br /&gt;Ja, kiedy usłyszałam tą historię, byłam pełna podziwu i dla Mamy - za jej spokój i trafny domysł i dla myszki, że zawędrowała tak daleko! Jak ona wlazła w tą kołdrę to ja nie wiem. Od Kamisi z pokoju, do Rodziców sypialni jest kawałek przedpokoju. kołdra leży na łóżku, nóżki łóżka są raczej gładkie.. .&lt;br /&gt;Przede wszystkim jednak ta odległość była zadziwiająca! Ta myszka miała jakieś... 4 cm długości?? No może z 5 od biedy... Była taka maciupeńka! Ile ona musiała się naprzebierać tymi maluteńkimi łapkami, aby zawędrować tak daleko?&lt;br /&gt;Jak Mama wpadła na to, że to jest myszka Kamisi, to ja się chyba do końca życia nie przestanę dziwić. Ja bym na to nie wpadła. Co prawda bywało tak, że mój szczur kiedyś uciekał z terrarium i jak mnie nie było to szedł do Taty i właził mu w nocy na łóżko i chciał się chyba przytulać... :P Ale to był szczurek, w zasadzie to była szczurka. Więc większa, łatwiej było zorientować się, co to łazi. Myszka była tak mała, że mogłaby spać w tej kołdrze do rana i nikt by się nie zorientował.&lt;br /&gt;Kiedyś ta myszunia mi się śniła. Śniło mi się, że była moja i nosiłam ją w kieszeni polara. Miałam dwie kieszenie z przodu i ona sobie pomieszkiwała w jednej z nich. I bałam się, aby mi się tam nie zgniotła. Ale nic jej nie było, kieszeń się sprawdzała jako jej domek. Najbardziej w tym śnie podobało mi się, że była moja. No ale nigdy się to nie sprawdziło w rzeczywistości.&lt;br /&gt;Kamisio mi powiedziała, że jej myszka uciekła raz (i to chyba wcześniej) i Tata znalazł ją tam, przy czym już chciał sięgać po pytkę i się rozprawić z tym czymś, kiedy zorientował się, że to mała myszka. W dodatku nie zwykła szara polna myszka, ale łaciate coś miniaturowego. Poszedł więc do Kamisio, obudził ją i zapytał czy to jej coś siedzi pod lodówką.&lt;br /&gt;Myszunia niestety zdechła. Ze starości. Plus chorowała coś na brzuszek.&lt;br /&gt;Bardzo szkoda, bo była taka słodka i taka fajowa. I zawsze, ale to zawsze robiła bobki, jak się ją brało na ręce.&lt;br /&gt;Kamisia ma jej fotki, jak mi da jakąś, to wrzucę na bloga. Fajne było to zwierzątko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6855914220819277701?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6855914220819277701/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6855914220819277701' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6855914220819277701'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6855914220819277701'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/10/maa-sliczna-myszka.html' title='Mała śliczna myszka'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3067242764822635203</id><published>2011-10-10T21:42:00.003+02:00</published><updated>2011-10-10T23:22:08.712+02:00</updated><title type='text'>Myszowy odświeżacz powietrza</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj wieczorem wpadł do nas Tata (mój Tata), który w zasadzie to jechał na PKP po Mamę (też moją Mamę) wracającą ze stolicy. Tata zawinął do nas, bo czekały na zabranie słoiki z papryką - przydział dla Rodziców i trochę słoików z kompoto-syropem z malin - przydział dla Babci i kocyk z Biedrony - przydział dla Kamisi.&lt;br /&gt;Pociąg Mamy się opóźnił, więc Tata wypił u nas herbatkę i pogadaliśmy chwilę.&lt;br /&gt;No i usłyszałam opowieść o tym, jak to teraz do domu włażą śliczne polne myszki, które są bardzo odważne i bardzo śmierdzące. W zasadzie to nie wiem, jak śmierdzi polna mysz. Udomowiona, taka hodowana w terrarium to wiem, Kamisia do dzisiaj miała dwie, jedna niestety dzisiaj zdechła. A była taka superowa, miała czerne łatki na białym futerku i był maniunia i strasznie żywotna. Ale o niej za chwilę.&lt;br /&gt;Tata opowiadał, że ostatnio myszy w garażu ma pełno. Włażą drzwiami i czym się innym da, kryją się pod półkami i gdzie tylko mogą i ani idzie ich wypędzić. Jedna szwędała się na widoku gdzieś i kiedy Tata otworzył drzwi na zewnątrz, ona sobie zwyczajnie wyszła "na piechotę" (cytat za Tatą) na dwór. Strasznie to brzmiało śmiesznie. Widocznie Tata nie wydał się jej groźny, skoro nawet się nie spieszyła. Grunt to przyjazny interfejs, chociaż w zasadzie to Tata nawet wygląda groźnie, zwłaszcza dla takiej małej myszy - w końcu jest wysoki i duży, co więcej trzeba?&lt;br /&gt;Kiedyś widział, jak mysza zasuwa po rogu domu w górę. Było to zanim dom został ocieplony i otynkowany (i pomalowany na wściekle zielony kolor, bijący po oczach z daleka) więc miała myszka na czym zawiesić pazury. Szła po rogu przy balkonie, Tata wpadł więc na genialny pomysł, że poleci do domu, wyjdzie na ten balkon i ją zrzuci. Poleciał i wyszedł, ale w tym  czasie myszka wcale nie czekała, że zostanie strącone, tylko była już wysoko nad balkonem i spokojnie sobie wlazła w dach.&lt;br /&gt;Dach był wtedy tak podbity, że miał jakieś tam szczeliny i te myszy właziły w niego notorycznie. Takie stałe lokatorki na dziko. Ja wtedy mieszkałam na poddaszu, a te myszy mi tak tupały przez jesień i zimę nad głową w środku między warstwami sufitu i dachu. Nie wzruszało mnie to wcale, było to nawet fajne. Śpisz sobie a tu ci tuptają takie małe zwinne nóżki nad głową. Czasem te myszy walczyły ze styropianem z ocieplenia dachu i jak go nacięły, to wysypywały dziurkami. Sufit w jednym pokoju był podbity boazerią, więc zdarzały się sęki, przez które ten styropian wypadał. Takie małe kuleczki białego styropianu na znak, że wcale nie zajmuję ostatniej kondygnacji w tym domu i nade mną ktoś jeszcze mieszka. I w dodatku robi tam jakieś przemeblowanie. Ale te myszki były nawet grzeczne, one nie właziły nigdy na moje piętro i nic mi nigdy nie gryzły. Całkiem udane z nich lokatorki.&lt;br /&gt;Dzisiaj do Adasia przyjechał facet naprawić mu kuchenkę, bo miała zepsuty termostat i nie chciała grzać. I co? Odsunęli kuchenkę, facet ją naprawiał w najlepsze, a tu Adaś wypatrzył, że gdzieś pod tą dolną szufladą kuchenki leży... zdechła myszka polna. No.... może ta się najadła tej różowej karmy, którą porozkładał myszom Tata. W akcie desperacji, bo nijak nie może się pozbyć myszy z garażu. Pewnie też z sutereny. Trochę w obawie, aby te myszy nie zaczęły czegoś podgryzać, na co poradziłam Tacie, aby zamiast je truć, to je dokarmiał, wtedy nie będą jeść opon i innych takich rzeczy, których i tak się nie je. Poza tym skoro są takie zsocjalizowane i kulturalnie wychodzą przez drzwi bez pośpiechu, to może warto się z nimi zaprzyjaźnić. Ale może lepiej nie zakładać sobie takiej hodowli.&lt;br /&gt;Ale lepsza opowieść dzisiaj była o tym, jak mysza weszła Tacie do samochodu. W jakąś ciepłą noc Tata sobie zostawił w swoim Audi (czytaj: oudi) otwarty szyberdach. Następnego ranka (czyli bladym świtem, ledwo słońce się od ziemi oderwało) Tata wsiadł do samochodu i poczuł, że śmierdzi mu myszą. A że do myszy sentymentu nie ma, więc śmierdziało mu tym bardziej. Myszy nigdzie nie znalazł, nie wiem czy wyłożył sobie pod siedzeniem trutkę na nią czy nie, ale chyba bezpieczniej nie, bo jakby mu zdechła w samochodzie, w tym wypasionym Audi, to by dopiero miał zapach! :) Tata się długo głowił jak ta mysza weszła do auta i co lepsze, jak z niego uciekła. W końcu doszedł do wniosku, że to ten szyberdach musiał dać jej taką ścieżkę. Ale nic to pewnego, może ma tam jakieś myszy latające...? :)&lt;br /&gt;W zasadzie to ma, ale nazywają się nietoperze. I lata ich tam sporo. Brzęczą wieczorami wiosną i latem, bo one wydają takie dziwne brzęczące dźwięki. Wiecie jakie? Trochę jak skrzyżowanie dzwonka telefonu ze świerszczem. Wbrew powszechnie powtarzanej mitologii, którą zwłaszcza straszyli mnie, jak byłam mała (nie wiem, kto straszył, może moja Babcia, ona lubiła taki sport) nigdy żaden mi się we włosy nie wplątał. A były po temu okazje, kiedy nosiłam mleko wieczorami z gospodarstwa po drugiej stronie szosy. Nad tym gospodarstwem latało ich jeszcze więcej. Może miały jakieś ścieżki przelotowe na mojej trasie do domu, bo zazwyczaj śmigały mi nad głową, kiedy dochodziłam do szosy. Chyba nigdy nie padłam ofiarą tych straszeń i nie bałam się, że w końcu któryś wyląduje na mojej głowie i tak mi już zostanie. Za to podobało mi się, że one tak śmigały szybciutko, jak mini odrzutowce.&lt;br /&gt;Kiedyś jeden netoperek wpadł nam przez okno na poddaszu i latał po klatce schodowej. Złapaliśy go jakoś, chyba w ręcznik, bo nijak nie umiał wylecieć przez to okienko. Chociaż jakby trochę dłużej posiedział na klatce i pewnie - jakbyśmy nie stali dookoła i nie próbowali mu pomóc wylecieć - to on w końcu by sam wyfrunął, bo przecież nie na darmo ma tą swoją echolokację. My jednak wszyscy, mocno ucieszeni netoperkiem w potrzasku usilnie staraliśmy się go nakierować na to okno. Przy czym może niekoniecznie nam zależało na tym, aby on wyleciał, bo nietoperze mają takie śmieszne mordki i zawsze to miło obejrzeć je z bliska. Mają zęby zupełnie, jak wilczur w wersji mikro, ale uszy jak mysz. No i te skrzydła, to już do niczego nie podobne.&lt;br /&gt;Złapaliśmy wtedy tego biednego netoperka, obejrzeliśmy sobie jego pyszczek, on na nas poszczerzył zęby i pofuczał, pewnie jeszcze przy okazji dostał ataku serca w przekonaniu, że wpadł w sidła drapieżcy i tu się jego żywot skończy... Po czym go łaskawie wypuściliśmy.&lt;br /&gt;Dodam, że nigdy więcej żaden netoperek nam już przez to okno nie wpadł. Może ten jeden rozpuścił wici wśród ziomali, że jak tam wpadną, to ich będą oglądać na prawo i lewo z bliska. I zaglądać im  zęby. To, albo po prostu okno na poddaszu było za rzadko otwierane. Osobiście obstawiam scenariusz Nr 2.&lt;br /&gt;Chyba to był drugi i ostatni raz, kiedy widziałam z bliska nietoperza. I za każdym razem był to nietoperz wynoszony z mieszkania. Za pierwszym razem byłam o wiele mniejsza, bo w wieku dziecięcym nie mówi się młodsza, wszystko widać po wzroście. I było to na Wrzosówce, w domu mojego chrzestnego. Wpadł nietoperz do kuchni i ciocia go złapała, pokazała dzieciom, po czym wypuściła.&lt;br /&gt;Marzy mi się mieszkanie w miejscu, gdzie będzie dużo takiej dzikiej przyrody w postaci myszy i netoperków. Mogę im już nawet nie zaglądać w zęby więcej... :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3067242764822635203?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3067242764822635203/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3067242764822635203' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3067242764822635203'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3067242764822635203'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/10/myszowy-odswiezacz-powietrza.html' title='Myszowy odświeżacz powietrza'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8739841867351625134</id><published>2011-10-06T21:08:00.003+02:00</published><updated>2011-10-06T21:36:18.525+02:00</updated><title type='text'>A popos zapału</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No właśnie, można powiedzieć tak ładnie, jak Ty Marco, że podziwiasz zapał do robienia przetworów... ale niektórzy to się zwyczajnie pukają w głowę, kiedy słyszą o tym, że je robię. :)&lt;br /&gt;Justi w sobotę na babskim spotkaniu zapytała, czy pewna pani, sąsiadka innej Justyny (jest nas cała rzesza! w życiu nie znałam tylu Justyn, co teraz!) która robi przetwory z papryki co roku namiętnie, to czy ona ma jakieś życie poza tym? Bo skoro tak robi te przetwory z zacięciem, to chyba na nic więcej jej czasu nie wystarcza... Z ulgą Justi przyjęła informację, że akurat ta pani robi tylko paprykę.&lt;br /&gt;A wczoraj w drodze z kina do domu, Justi zapytała mnie po co w zasadzie ja robię te przetwory? Z podtekstem, że chyba mi odbija, skoro znalazłam sobie takie zajęcie. Względnie taką rozrywkę. I naprawdę w jej pytaniu brzmiało powątpiewanie.&lt;br /&gt;Ja zupełnie niechcący, ale można uznać, że w odwecie za to -  przewiozłam ją przez rondo tak, że mnie huknęła w ramię i nakrzyczała na mnie, że jak się naoglądałam szalonej jazdy w "Drive" to nie znaczy, że mam tak jeździć, bo Justi chciałaby jeszcze pożyć. Chyba całe jej życie stanęło jej przed oczami, chociaż nieco zbyt pospiesznie, bo jechałam zupełnie normalnie, tyle że szybko, bo mi pomarańczowe światła strzeliły już na wjeździe na rondo.&lt;br /&gt;Uznałam, że jesteśmy kwita.&lt;br /&gt;A ja przetwory i tak będę robić, bo lubię. Nie lubię ich jeść, co prawda, a przynajmniej jem bardzo mało, ale robić to bym mogła na potęgę i mogłabym nawet założyć przemysł przetworowy i z tego żyć. "Kredens" tak robi, sprzedają niby to domowe przetwory, w super wysokich cenach i na pewno się im to opłaca.&lt;br /&gt;Nie tylko Justi się mi dziwi. Ona i tak jest delikatna w wyrażaniu swojej dezaprobaty, miałam już lepszą akcję.&lt;br /&gt;W lutym, chyba, byliśmy na szkoleniu pod hasłem asertywności. Fajne było szkolenie, darmowe, bo unijne, grupa miała z 8 czy 9 osób, pół na pół facetów i dziewczyn. Szkolenie trwało jeden łikend. Od soboty rano, do niedzielnego popołudnia, z obiadem i ciastkami i napojami w międzyczasie. I były na tym szkoleniu dwie takie panie. Starsze od nas o dekadę+ albo i więcej. Jedna pracowała w oddziale jakiegoś banku, bo generalnie to szkolenie było dla bankowców, a druga była jakimś tam managerem kontraktowym. Obie były... no ciekawymi przypadkami. Zaczęło się od tego, ze najwyraźniej uważały się za lepsze od reszty plebsu w grupie i miały jakieś wybitne ciśnienie na pokazanie się, co to znowu one nie są za cuda. I przechwalały się jedna przez drugą, na forum grupy, jakie to one mają spostrzeżenia i doświadczenia. I jakie są a stylu "ą, ę...".&lt;br /&gt;Najpierw mnie to trochę drażniło, bo wszyscy inni słuchaliśmy ich z uprzejmym pobłażaniem, ale było to trochę irytujące, bo w końcu kogo obchodzą ich kompleksy i potrzeba błyszczenia w towarzystwie. Ale już pod koniec drugiego dnia w sumie wyluzowały, może poczuły się zauważone, może nawet docenione, więc drugiego dnia była już fajna atmosfera i grupa się zrównała w przekonaniu o własnej wartości. Panie wyluzowały. Zanim jednak dotarliśmy do tej równości, przy sobotnim obiedzie obie panie zeszły w rozmowie na temat przetworów. I zaczęły się popisywać swoimi nowoczesnymi przekonaniami w stylu, że one to wszystko kupują, nic nie robią, bo przy przetworach się trzeba narobić, a przecież takie to tanie, można kupić!&lt;br /&gt;Słuchałam tego, wszyscy właściwie słuchali, bo siedzieliśmy wszyscy przy jednym stoliku - i pomyślałam sobie, że je zażyję. I wypaliłam głośno, ze ja robię przetwory i lubię je robić.&lt;br /&gt;Strasznie to było śmieszne, bo obie panie zatchnęło na moment i nie wiedziały, co powiedzieć. Przed chwilą snuły dyskusję o tym, że robienie przetworów to głupota, a  tu jakaś laska mim mówi, ze ona właśnie robi, bo lubi! Normalnie ta chwila była bezcenna. Obie nie wiedziały, jak z tego wybrnąć, aby mnie nie urazić (jeszcze bardziej) z moimi odmiennymi poglądami. W dodatku jakimiś niedzisiejszymi.&lt;br /&gt;W końcu odzyskały mowę i zdolność myślenia i zaczęły jedna przez drugą kiwać głową ze zrozumieniem, trochę jak się kiwa na ludzi niespełna rozumu i mówić coś w stylu, że niektórzy lubią... i robią... no bo w końcu to czemu nie... skoro ktoś lubi... i robi...&lt;br /&gt;Podobała mi się ta rozmowa. Byłam bardzo asertywna, widocznie szkolenie odnosiło skutek natychmiastowy.&lt;br /&gt;Wiem, że robienie przetworów jest niedzisiejsze, ale ja nie mam parcia na bycie w zgodzie z modą i trendami i wbrew tym wszystkim luksusom i wygodnemu życiu, mi się tęskni za domem na wsi, kawałkiem ziemi, sadem, ogrodem, jakąś kozą i kurami.&lt;br /&gt;Niektórzy to rozumieją. Na naszym Babskim łikendzie na Węgrzech Justi i Asia zrobiły mi fotki kur z Wyspy Małgorzaty w Budapeszcie, a całą drogę do Egeru wypatrywały mi dobrego ustronnego miejsca na chałupkę. I pokazywały kozy, tudzież krowy bez łat, które udawały kozay z daleka.&lt;br /&gt;W ogóle to myślę sobie, że życie sto lat temu miało więcej sensu, niż teraz. Ale nie da się ukryć, jestem produktem swojego pokolenia i jest mi z tym dobrze, co nie przeszkadza mi chcieć mieć ogródek, urobić sobie w nim ręce po łokcie, połamać paznokcie, ale zasiać marchewkę i pietruszkę samemu. Z telefonów komórkowych nie zrezygnowałabym, podobnie jestem uzależniona od poczty mailowej i internetu, ale mimo wszystko czuję potrzebę zrównoważenia tego kawałkiem natury.&lt;br /&gt;Poza tym kiedyś ludzie robili wszystkie te rzeczy, które były do czegoś potrzebne. Musieli mieć przetwory, aby w zimie jeść coś więcej niż chleb z masłem, względnie kiełbasę. Musieli zasadzić marchewkę, mieć owoce, bo ich dieta byłaby uboga. Musieli się narobić, aby mieć co jeść. A teraz idę do pracy i 8h robię jakieś abstrakcyjne rzeczy, które - myślę sobie - za następną dekadę będą już kompletnie przestarzałe i bezwartościowe. Ale taka jest moja praca i nie ma ona bardzo namacalnego skutku. Nawet płacą mi za nią wirtualnie... A kiedy narobię przetworów i narobię się przy nich, to widzę, jak stoi taka armia na stole i pięknie wygląda! Czasem imponująco. I kolorowo. I to jest bardzo namacalny dowód na to, że można mieć skutek swojej pracy na wyciągnięcie ręki. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8739841867351625134?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8739841867351625134/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8739841867351625134' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8739841867351625134'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8739841867351625134'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/10/popos-zapau.html' title='A popos zapału'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8984450462300360706</id><published>2011-10-03T23:23:00.001+02:00</published><updated>2011-10-03T23:25:39.564+02:00</updated><title type='text'>Papryka w słoikach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W sobotę więc robiłam paprykę. Nie, raczej - od soboty robiłam paprykę. Jak przystało na przetwory, zajęło mi to 3 dni.&lt;br /&gt;Zmotywowała mnie do tego Ewa, która papryczk robi co roku chyba i wychodzi jej przepyszna. Przyniosła mi w środę słoiczek takiej papryki zamarynowanej własnoręcznie. Mnim! O wiele lepsza niż w sklepie. Twardziutka, smaczna, w sam raz na ostrość, w sam raz na słodkość. Pomailowałyśmy chwilę w czwartek i od słowa do słowa Ewa napisała mi, jak to bardzo prosto się tą paprykę robi, że najtańsza papryka na Elizówce, co po kolei z nią potem robić w drodze do słiczka.&lt;br /&gt;Ja od razu zapaliłam się do działania i postanowiłam sobie też taką zamarynować. Niewiele myśląc zarządziłam w domu robienie papryki. Nie wiedziałam tylko, że Ewa na potrzeby dyskusji mailowej troszkę sobie ten przepis uprościła. Wydawało mi się, że się dogadałyśmy, bo jeszcze potwierdziłam z nią, czy rozumiem dobrze, jak się ją robi. Paprykę postanowiłam robić do spółki z Rodzicami, na zasadzie quid pro quo. Tata kupi na Elizówce papryczkę, a ja ją zamarynuję. Nie bardzo chciałam jechać sama na Elizówkę, bo rzadko tam bywam, a giełda nie jest znowu taka mała. Tata za to jest mocno obyty w terenie i nawet do Elizówki nie ma daleko, więc uznałam, że taki podział zadań będzie sprawiedliwy. Tata bez problemu się zgodził, Mama z resztą też przystała na mój plan robienia wspólnie papryki, ale od razu mi zapowiedziała, że zrobimy to naszym rodzinnym systemem „zróbmy razem, czyli ty robisz, a ja zajmuję się czym innym”. Nie przeszkadza mi to jednak, więc wszyscy się dogadaliśmy w kilka minut.&lt;br /&gt;W Sb z rana o 7.20, Tata napisał mi SMSa, że kupił paprykę. Potem się dowiedziałam, że i tak mi oszczędził, bo był na giełdzie o jakieś nieprzytomnej godzinie 6 rano albo i wcześniej i okazało się, że nie ma pomarańczowej papryki. więc musi kupić jakąś inną na jej miejsce. Jest podobno bardzo rzadko i akurat nie było. A ja sobie zażyczyłam czerwoną, żółtą i pomarańczową do marynowania. W końcu jednak sam zdecydował, ze będzie biała zamiast pomarańczowej. Super te papryki były, piękne! I tanie. W sklepach są od jakiegoś 4,50 zł za kg a tam po 3 zł.&lt;br /&gt;Ja akurat chciałam odespać pieczenie placka w piątek do 1 w nocy. Twardo udawałam że śpię do 9tej, ale spaniem to to nie było, bo jak już mnie raz SMS obudził o tej godzinie co zazwyczaj już jestem obudzona, to już nie zasnęłam kamieniem, tylko przysypiałam. Wstałam w końcu, zebrałam się i pojechałam do Rodziców, tylko po to, aby na schodach usłyszeć od Mamy, że nie ma gdzie robić tej papryki u nich, bo mają akurat mały remont. Zabrałam więc paprykę i słoiki i pojechałam z nimi do siebie. Uruchomiłam przetwórstwo paprykowe na całe 2 dni. A czasu akurat na to nie miałam za wiele, bo trochę ten łikend miałam zapakowany.&lt;br /&gt;W Sb więc zrobiłam jeden rzut, 6 dużych słoików. Zrobiłam zalewę, obgotowałam w niej paprykę, zalałam ją w słoikach i byłam z siebie dumna, ze tak pięknie mi ta papryka wyszła. Trochę się zdziwiłam, że w przepisie Ewy nie ma soli, ani gorczycy, ale że robiłam research po necie w poszukiwaniu przepisów z olejem, bo taką paprykę zażyczyła sobie Mama, a Ewa nie daje oleju. W każdym przepisie było trochę soli, więc trochę dałam. Jakąś łyżeczkę na 4,5 litra wody. Gorczycę wsypałam do słoika, bo od przypraw nie stronię.&lt;br /&gt;Ale ta sól nie dawała mi spokoju, w końcu doszłam do wniosku, że Ewa o niej musiała zapomnieć. W ndz rano wiec napisałam do Ewy czy ona nie soli zalewy. Ewa odpisała, że owszem soli. No to już zadzwoniłam i poprosiłam, aby mi podyktowała ten przepis od nowa, bo może coś jeszcze zapomniała.  No i Ewa zaczęła: „4,5 szklanki wody…”. I tu mi zaświtało! Szklanki! Aha! Szklanki! A nie litry! No to już nie miałam złudzeń, że skoślawiłam tą jedną partię papryki na pewno!&lt;br /&gt;Pozostałą paprykę zrobiłam już dobrze, ale ta skiepszczona na razie tkwi w słoikach i podobno nie jest zła. Bardzo delikatna. Obawiam się tylko, aby bardzo delikatnie nie zaczęła się psuć, skoro ma takie rozwodnione proporcje zalewy. Chyba jednak ją dzisiaj zaleję na nowo dobrą zalewą.&lt;br /&gt;Paprykę przerobiłam, całe 25 kg. Była czerwona, żółta i biała. Dzisiaj jeszcze zrobiłam 6 słoików z chili bo wpadłam na pomysł, że chciałabym spróbować trochę pikantnej. Wyszło mi więc 49 kobylastych słoików, takich po dużych majonezach głównie - ze zwykłą papryką i 6 z chiliową. Do podziału między rodziców i nas. :)&lt;br /&gt;Dzisiaj rano w autobusie w drodze do pracy okazało się, że śmierdzę papryką w occie. Normalnie nowa jakość perfum. Moja kurtka wisiała w przedpokoju na wieszaku i przeszła tymi oparami. Nie wiem, ile będę ją wietrzyć, ale muszę się tego zapachu pozbyć jakoś, a wolałabym jej nie prać jeszcze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8984450462300360706?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8984450462300360706/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8984450462300360706' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8984450462300360706'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8984450462300360706'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/10/papryka-w-soikach.html' title='Papryka w słoikach'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6654770461110063205</id><published>2011-10-03T23:22:00.000+02:00</published><updated>2011-10-03T23:23:01.532+02:00</updated><title type='text'>Trochę trudniej</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Od bardzo dawno na piekłam ciasta. Wakacje i lato jakoś niespecjalnie sprzyjają apetytowi, więc nawet mało gotowałam. Żywiliśmy się głównie surowizną w postaci sałatek i takich tam warzywnych potraw. A ciast jakoś się nam nie chciało. Były po drodze 2 wesela, wizyta w Mielcu u Rodziców Łukasza, więc było trochę słodkiego.&lt;br /&gt;Od kilku dni jednak chodziła za mną myśl, aby coś upiec. Tak dla samego sportu, bo o ile pieczenie lubię, to potem nie lubię jeść ciast. Ostatnio coś mi się przestawiło i wcale nie chce mi się jeść słodkiego. Ciast zwłaszcza.&lt;br /&gt;Przypomniało mi się jednak, że Kama B. rok temu dała mi przepis na przepyszne ciasto ze śliwkami. A śliwek jeszcze jest dużo, więc jak nie teraz to nigdy.&lt;br /&gt;W pt po pracy Łukasz kupił więc śliwki, a ja wieczorem zabrałam się za pieczenie. To że czasem jestem patałach, to wiem, ale może zgonię to na fakt, że dawno nie piekłam. Zamiast przeczytać przepis do końca, zerknęłam na składniki i zabrałam się za robienie ciasta.&lt;br /&gt;To ciasto jest super łatwe, ale jak ktoś chce (czytaj: ja na przykład) to można sobie je utrudnić i zamiast sobie zrobić wg wytycznych, łatwiej, to ja się trochę pomęczyłam. W ogóle to miałam w pamięci, że to ciasto się tak łatwo robi. I kiedy je robiłam to cały czas się zastanawiałam, co niby było w nim takiego łatwego, skoro wcale tak łatwo się go nie robi, robi się standardowo. Dopiero na koniec okazało się, w czym rzecz, kiedy poprosiłam Łukasza, aby mi przeczytał przepis, bo chciałam sprawdzić czy wszystkie składniki wzięłam. I Łukasz mi przeczytał składniki, a potem dalej przepis, w którym stało jak byk, że masło się topi i miesza z mąką i żółtkami. A ja je miałam zmarznięte, starłam je na tarce i wcale się tego łatwo nie wyrabiało. Nie miałam co się dziwić, skoro sama sobie życie utrudniam.&lt;br /&gt;Ciasto pomimo mojej pomyłki wyszło super. Warstwa bezy, z piany z białek  jest puchata i gruba, a obawiałam się, jak się uda, bo miałam trochę starawe jajka. Do dzisiaj to się już to ciasto kończy. Połowę zawiozłam Rodzicom na pocieszenie, że mają remont i muszą się z nim zmagać. &lt;br /&gt;Ten łikend chyba nie sprzyjał myśleniu, bo w sobotę dałam ponownie czadu. Widocznie mój rozum też chodzi na łikendy, jeszcze tylko nie wiem gdzie…&lt;br /&gt;W sobotę zrobiłam kilka słoików papryki wg – jak mi się wydawało – przepisu Ewy, ale w ndz zorientowałam się, że zamiast szklanek wody wzięłam litry wody, więc zalewa była cokolwiek… wodnista! Podobno jednak nie wyszło to najgorzej! :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6654770461110063205?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6654770461110063205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6654770461110063205' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6654770461110063205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6654770461110063205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/10/troche-trudniej.html' title='Trochę trudniej'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7144468066534335575</id><published>2011-09-30T23:38:00.002+02:00</published><updated>2011-10-01T00:13:43.286+02:00</updated><title type='text'>Theme song</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Co jakiś trafia się piosenka, która się staje motywem przewodnim. Jak się już przyczepi, to chodzi za mną i mam ochotę ciągle jej słuchać. Taki theme song na jakiś dzień. Zazwyczaj jest to jakaś jedna piosenka, ale ja dla odmiany mam teraz bardzo długą listę piosenek, które mi się bardzo podobają. Mam theme song inny na każdy dzień tego tygodnia i to już chyba drugi taki tydzień. W zasadzie to jest to połowa list przebojów z muzycznych telewizji. Co jakiś czas jest taka fala hitów, które do mnie przemawiają i chyba właśnie taka napłynęła. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Dzisiaj w pracy pod koniec dnia podłączyłam głośniki pod lapka i puszczałam jedną piosenkę za drugą. Byłam w niebie! Jakoś nikt nie protestował, ale też nie dawał żadnych innych propozycji, więc puszczałam po kolei wszystkie te piosenki, które teraz za mną chodzą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;W piątek po południu da się tak popracować przy muzyce, ale ogólnie to nasz pokój niezbyt się na to nadaje, bo jak siedzi nas w nim dziesięcioro, to są momenty, kiedy połowa rozmawia przez telefony. Robi się szum, poza tym dobrze też jest słyszeć, co mówi osoba z drugiej strony kabla, a muzyka niezbyt temu sprzyja. Nawet taka puszczona cicho.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;W ogóle ten pokój jest trochę ewenementem pod tym względem, bo przecież w biurach ludzie często pracują przy radiu czy jakimś podkładzie muzycznym. I daje się to zrobić. Ale to chyba wymaga mniejszej przestrzeni, pewnie też mniejszej ilości osób w pokoju i najlepiej też mniejszej ilości rozmów telefonicznych, albo rozmów w ogóle. A u nas jak na jarmarku. Ciągle coś się obgaduje, wymyśla, przemyśla, konsultuje, wyjaśnia i td. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Czasem tylko trafi się takie względnie spokojne popołudnie, kiedy można coś włączyć i nie będzie przez to jeszcze większego harmideru. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: georgia; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z tego, co obecnie słucham na okrągło najbardziej podoba mi się Gym Class Heroes z nową piosenką Stereo hearts. Teraz jest taka moda na rynku muzycznym, że wszyscy się łączą tam w pary, albo i większe grupy. Robią duety, tria i co tam jeszcze wymyślą. Generalnie - jak nie zaśpiewasz z kimś, to się nie przebjesz, nie zaistniejesz i nie postawisz kropki nad "i". Musisz zrobić przynajmniej jeden duet, albo nie nadążasz za swoimi czasami. Więc i GCH się duetują, tym razerm z Adamem Levine z Maroon 5, który tak w ogóle to jest jakiś bardzo przystojny, jak się okazało. :)&lt;br /&gt;Niedawno... Nie, właśnie, że to było już dawno temu, bo jakiś rok już minął. Więc jakiś rok temu odkryłam Travie McCoy'a z jego duetami. Miał ich całą płytę. Słowo daję, że na tej płycie to chyba nie ma ani jednej piosenki zaśpiewanej solo. Travi, co mnie trochę zdziwiło, nie wystartował, jako solista-dueciarz, ale normalnie to śpiwa w szeregu w zespole. Własnie Gym Class Heroes. Solowo-duetowa płyta Travie McCoy bardzo mi się podoba. Miał taki wielki hit "Billionaire" z Bruno Marsem - jakoś na jesieni rok temu. Słuchałam tego na okrągło, Łukaszowi to już chyba ta piosenka się uszami wylewała. Puszczali ją z resztą na każdej TV muzycznej i zawsze, kiedy miałam ochotę jej posłuchać, włączałam TV (ten wynalazek się jednak czasem przydaje, jak widać) i pykałam po kanałach, aż znajdywałam "Billionaire". Zazwyczaj nie trwało to dłużej niż kilka minut. Strasznie nas to wtedy śmieszyło - piosenka na zamówienie. Chcesz usłyszeć, zaraz będzie w TV, nie ma sprawy.&lt;br /&gt;Dostałam tą płytę Travie McCoy pod choinkę, od Łukaszka, który jest bardzo kochanym mężem i ma cierpliwość do słuchania w kółko jednego przeboju. Na płycie z resztą odkryłam, że znam mnóstwo piosenek z tego albumu, tylko nie miałam pojęcia, kto je śpiewa.&lt;br /&gt;Słcuhanie Stereo hearts w kółko aż do znudzenia - upiekło się Łukaszowi, bo odbębniłam to w pociągu, w drodze z delegacji z Wa-wy do LU. Miałam ze sobą laptopa służbowego, mogłam odpalić w nim net i umilić sobie podróż. Słuchałam tej piosenki w kółko, non stop przez bite 2,5h. Niby coś tam jeszcze robiłam w stylu pisałam mail, albo SMSa, ale głównie odpaliłam laptopa po to, aby słuchać tej konkretnej piosenki. W końcu mi się zbuforowała w całości i nawet, kiedy nie miałam zasięgu (zapomniałam zabrać antenki, którą z resztą gdzieś posiałam, chyba Magda ją ma... a może już mi oddała?) to i tak mi cała piosenka leciała niby to on-line. Trochę wkurzające było tylko włączanie jej na nowo co 4 minuty i nawet zastanawiałam się, czy na youtube jest taki magiczny przycisk "repeat" albo coś w tym stylu, co by umożliwiało odtwarzanie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ciągle jednego i tego samego &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;utworu bez koniecznosci klikania "jeszcze raz" co chwila.&lt;br /&gt;Koło mnie siedział koleś, taki młody chłopaczek, chudy, jak badyl i w dodatku ubrany w różowy sweter z białymi paskami (hmm...) i zaglądał mi przez ramię co jakiś czas. W końcu przestał, bo chyba się zorientował, że nic więcej  nie zobaczy poza tym jednym teledyskiem. Musiałam się mu wydać nadzwyczaj nudną towarzyszką podróży. I trudno się temu dziwić :)&lt;br /&gt;No to teraz czas coś zagrać na blogu, bo strasznie go zaniedbuję pod każdym względem. Mam niby mocne postanowienie pisania, ale nie mam na pisanie czasu. Nie mam czasu na nic właściwie, bo ostatnio jestem usilnie zajęta, ale może się w końcu ogarnę. Póki co, jeśli ktoś złapie haczyk, to miłego słuchania, pioseneczka jest genialna. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/T3E9Wjbq44E" allowfullscreen="" frameborder="0" height="315" width="560"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A macie tak, że w głowie gra wam jakaś piosenka? Ja tak mam właściwie zawsze. Np. budzę się rano i słyszę w głowie jakąś piosenkę. Słyszę ją tak, jakbym słuchała jej akurat w radiu. Odtwarza mi się w oryginalnym wykonaniu z pełną ścieżką dźwiękową. I tak mi zawsze gra coś w tle. Czasem sobie nie zdaję z tego sprawy, a czasem sobie to nucę, ale ogólnie to nawet nie wiem, czy mam w tym jakieś dłuższe przerwy. Chyba tylko kiedy intensywnie się na czymś koncentruję i myślę o czymś bardzo mocno... chociaż to by świadczyło niezbyt dobrze o mojej inteligencji, bo wniosek, że nieczęsto myślę nasuwa się sam... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7144468066534335575?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7144468066534335575/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7144468066534335575' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7144468066534335575'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7144468066534335575'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/theme-song.html' title='Theme song'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/T3E9Wjbq44E/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-2822467471979075944</id><published>2011-09-09T22:38:00.002+02:00</published><updated>2011-09-09T22:54:13.339+02:00</updated><title type='text'>Kubek z Paryżem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kamisio kupiła sobie dwa wielkie kubasy, które swego czasu Lipton dodawał do dużych paczek herbat. Ona miała kubek z Paryżem, jej ukochanym miastem, a Piotruś Pan z Nowym Jorkiem, chociaż nie wiem, na ile on NY kocha. Kubki miały dla nich tą bezcenną zaletę, że miały pojemność 550ml, czyli mieściły 2 herbaty, a oni zazwyczaj piją herbaty w ilościach liczonych niemalże na hektolitry.&lt;br /&gt;Pili sobie z tych kubasków herbatkę w najlepsze przez ładnych kilka tygodni, aż do pewnego niepięknego dnia, kiedy to kubek z Paryżem spadł Kamisio na podłogę i stłukł się w prawie drobny mak. Było jej bardzo szkoda tego kubeczka, ale od czego jest allegro - siadła do kompa i szybko wyszukała, że ktoś takimi kubeczkami handluje. Oczywiście teraz kosztuje on więcej, niż kiedy setki tych kubków zalegały półki sklepowe. W zimie zestaw 100 herbat + kubek można było kupić za 20 zł, mam wrażenie, że w stokrotce na początku tej akcji były nawet po 17-cie zł.&lt;br /&gt;Na allegro kosztował 26 zł + koszt wysyłki.&lt;br /&gt;Ale Kamisio pragnęła taki kubeczek mieć, więc kupiła go za tyle, po ile był wystawiony i w kilka dni już piła z niego herbatkę.&lt;br /&gt;Po kolejnych kilku dniach przyjechałam z urlopu i usłyszałam tą smutną historię o zbitym kubeczku, ale ze szczęśliwym hapyendem, bo kubeczek został odkupiony.&lt;br /&gt;Nie minął tydzień, nadszedł łikend, kiedy zajmowałyśmy się obie z Kamisio naszą Babcią, bo rodzice wyjechali. Zanocowałam wtedy u rodziców i w niedzielę rano chciałam zrobić nam herbatkę. Zabrałam się więc za mycie kubeczków, które po wieczornym oglądaniu filmu stały smętnie brudne w zlewie. Niestety płyn, którego używa Mama zostawia na dłoniach taki śliski filtr i przez to trudno jest utrzymać mokre naczynia w dłoniach. I ten nieszczęsny kubeczek z Paryżem wysunął mi się z palców i spadł dosłownie 10cm na dno zlewu i wyszczerbił po prostu modelowo! Nagle zyskał zupełnie inny charakter c- zrobił się kubeczkiem z Paryżem i z wygryzionym trójkątem równobocznym!&lt;br /&gt;No i szlag nagły trafił drugi kubeczek z Paryżem! Mnie to najbardziej dobiło, że szlag go trafił o 9-tej rano w niedzielę! Jeszcze przed śniadaniem! Jednak filozofia, że w łikend powinno się wylegiwać długo w łóżku ma swój sens. Po co wstawać rano, skoro o tej porze tylko się zbija komuś ukochane kubeczki?!&lt;br /&gt;Kamisio jeszcze leżała w łóżku, kiedy jej powiedziałam, że straciła po raz kolejny ten pechowy kubeczek z Paryżem. Może była jeszcze ogłuszona od niewyspania i nie odczuła tego zbyt boleśnie.&lt;br /&gt;Wiem, że to niby tylko kubeczek, ale kubki mają w sobie suszę i ja rozumiem, jak można się do kubka przywiązać, bo sama mam szereg kubków, które uwielbiam, niektóre są pamiątkami z wyjazdów, inne mnie po prostu zauroczyły i je kupiłam i byłoby mi szkoda któryś stracić. Zwłaszcza w tak głupi sposób.&lt;br /&gt;Co było robić - siadłam do allegro i kupiłam Kamisio kolejny kubeczek z Paryżem. Przy okazji kupiłam sobie taki z Sydney. Jak już płaciłam za przesyłkę, to i sobie taki zafundowałam. Pewnie wezmę go do pracy, bo ma dobrą pojemność, aby nie latać do czajnika co godzinę. Zazwyczaj robię sobie dwie herbaty na raz w dwóch kubkach, a tak będę robiła jedną, za to dużą.&lt;br /&gt;Dzisiaj kubki przyszły.&lt;br /&gt;Całe.&lt;br /&gt;Tego z Paryżem to boję się nawet wieźć Kamisio. Ale jutro pojadę z nim do niej. Zawiążę na nim piękną kokardę i postawię jej na biureczku. Będzie się cieszyć. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-2822467471979075944?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/2822467471979075944/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=2822467471979075944' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2822467471979075944'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2822467471979075944'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/kubek-z-paryzem.html' title='Kubek z Paryżem'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8893115604249248436</id><published>2011-09-09T22:33:00.002+02:00</published><updated>2011-09-09T22:37:04.281+02:00</updated><title type='text'>Korek w tubie na zjeżdżalni</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Następnego dnia po weselu zapakowaliśmy manatki i pojechaliśmy do Mielca.&lt;br /&gt;Naszym naprawionym samochodem. Auto wróciło po 2 tygodniach z warsztatu, gdzie super-świetny mechanik nic nie był w stanie zrobić i podrzucił je jakiemuś elektrykowi. Ten okazał się właściwym człowiekiem do tego problemu, rozebrał ponad połowę instalacji i w końcu, W KOŃCU doszedł, co było zepsute. Okazało się, że był to jakiś czujnik Halla, cokolwiek to jest. Tata mówił, że miał go w ręce i miał zamiar wymienić, ale wujek stwierdził, że to się nie psuje, więc nie może to być przyczyną. Jak widać może. Życie uwielbia udowadniać, że to, czego się nie spodziewamy właśnie nas spotka.&lt;br /&gt;Mechanik skasował nas na 400PLN i oddał auto sprawne. Bardzo go lubię od tego czasu, chociaż na oczy go nie widziałam, bo samochód do warsztatu odstawił Tata.&lt;br /&gt;W Mielcu byliśmy 3 dni. Jak zawsze było bardzo fajnie i szybko minęło.&lt;br /&gt;Nie wiem co to jest takiego w tym mieszkaniu teściów, że zawsze mi się tam świetnie śpi. Ale co gorsza, śpi mi się tak dobrze, że z dnia na dzień kładę się coraz wcześniej (bo już mi powieki same opadają), śpię coraz dłużej i wstaję z coraz większym trudem. I przy każdym wyjeździe do Mielca jest to samo. Za to odsypiam tam wszystkie moje braki.&lt;br /&gt;W Mielcu poszliśmy do Aquaparku. I przeżyłam tam jakiś horror w tubie w zjeżdżalni. Normalnie ryzykowałam tam moim życiem, a co najmniej zdrowiem, ale było to przy okazji super śmieszne.&lt;br /&gt;Poszłyśmy na zjeżdżalnię we dwie z Tusią. Na taką zakrytą, krętą tubę.&lt;br /&gt;Miałam zjechać pierwsza. Wskoczyłam więc do rury, pojawiło się zielone światło i zaczęłam zjeżdżać. No i po kilku metrach zaczęłam tracić prędkość, zaraz za pierwszym zakrętem stanęłam i ani rusz dalej nie mogłam zjechać. Coś mnie cały czas hamowało, chociaż do tej pory nie doszłam, co to mogło być. Możliwe, że mój wspaniały strój kąpielowy w rozmiarze 40 czy coś koło tego, ten mój nowy, wiosenny zakup. Jeszcze w nim nie zjeżdżałam na żadnej zjeżdżalni. Może ten materiał jest jakiś antypoślizgowy… Producent chciał mnie chyba zabić nim, bo nie było żadnego ostrzeżenia na metkach, że do zjeżdżalni się on nie nadaje. &lt;br /&gt;W każdym razie tu czas leci, a ja tkwię w tej rurze i czuję się, jak bohaterowie w tych kreskówkach, Kiedo próbują uciec i nie mogą ruszyć z miejsca. Odpycham się rękami, ale rozpędu nie nabieram i co kawałeczek staję znów. Ani na leżąco, ani na siedząco, nic! Nie da rady zjechać.&lt;br /&gt;W głowie szybko kalkulowałam, co mogę zrobić. Wrócić pod górę? Nie ma sensu, bo zaraz Tusia będzie zjeżdżać, mogę nie zdążyć się wdrapać, a już kawałek się przepchałam przez tą rurę. Odpychanie się w dół szło mi nadzwyczaj powoli. Jeszcze nigdy dotąd zjazd tubą nie trwał tak długo, nie ciągnął się wręcz! Odpychałam się najszybciej, jak mogłam, ale za kolejnym zakrętem pojawiał się następny i rura nie kończyła się. Gorączkowo zastanawiałam się, kiedy zjedzie Tusia. Światełko zielone było na czas zapewne, nie spodziewałam się na końcu tuby żadnego czujnika, czy to co w tubę wleciało już z niej wyleciało. I zastanawiałam się też, czy Tusia jak na mnie wpadnie to potłuczę i się i mnie? Da się bezszkodowo zderzyć w tubie? Machałam więc rączkami i posuwałam się mozolnie naprzód.&lt;br /&gt;Nagle usłyszałam głośnie:&lt;br /&gt;- łaaaaa! – i w górze tuby pojawiła się Tusia. Chwilę później usłyszałam jeszcze zdumione – O, Justynka!&lt;br /&gt;I Tusia wzięła mnie gładko między kolana i wypchnęła z tuby do basenu. Muszę przyznać, że z Tusią zjazd był super. Na szczęście była na tyle przytomna, że nie walnęła we mnie nogami, bo mogłyśmy obie na tym ucierpieć. Śmiałam się z tego potem cały wieczór. Tusia i Łukasz też. Ale co ja przeżyłam w tej tubie, to było nader ciekawe. Nie polecam jednak nikomu takich doświadczeń, trochę to stresuje mimo wszystko. Strojów kąpielowych z Decathlonu też nie polecam, chociaż nie mogę twierdzić z całą stanowczością, że to stroju wina. Zamierzam jednak zrobić eksperyment i zjechać w tej tubie jeszcze raz w innym stroju i ponownie w tym z Decathlonu i zobaczyć czy Decatlonowym znów zapcham tubę… Tym razem jednak uprzedzę Tusię, aby się w razie czego spodziewała mnie na trasie góra-dół. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8893115604249248436?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8893115604249248436/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8893115604249248436' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8893115604249248436'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8893115604249248436'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/korek-w-tubie-na-zjezdzalni.html' title='Korek w tubie na zjeżdżalni'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5922225833677491730</id><published>2011-09-09T22:15:00.002+02:00</published><updated>2011-09-09T22:32:40.186+02:00</updated><title type='text'>Sezon weselny zakończony</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Po kolei. Urlop rozpoczęliśmy weselem. Drugim w kolejce sierpniowej. Trzecim i ostatnim na ten rok.&lt;br /&gt;Przez to wesele przesunęliśmy sobie urlop o tydzień później, bo nijak nie pasowało nam wesele w środku urlopu. Głównie ze względu na wyjazd, który wypadał na sobotę i nie mogliśmy go przełożyć. Aby więc wyjechać potrzebowaliśmy soboty całkiem wolnej. Po przesunięciu jedno wesele wypadlo na tydzień przed urlopem, drugie na rozpoczęcie urlopu, po czym w kolejną sobotę wyjechaliśmy, a w sobotę na koniec urlopu wróciliśmy do domu. Wilk syty i owca cała.&lt;br /&gt;Wesele było pod Lublinem, ślub w Kijanach. Oczywiścvie w odwrotnej kolejności.&lt;br /&gt;Początkowo, ze względu na zepsuty samochód, mieliśmy zabrać się na ślub i wesele autokarem, który podstawili Państwo Młodzi, ale po pierwsze to w tygodniu przed weselem dostaliśmy samochód naprawiony, a po drugie to w sobotę okazało się, że nie jest nam ten autokar za bardzo na rękę, bo Łukasz czymś się trochę podtruł i nie czuł się za rewelacyjnie. Więc aby móc w razie czego wrócić o dowolnej porze bez ganiania kogoś z rodziny albo czekania do rana na autokar – wzięliśmy auto. Zupełnie nie przeczuwając, co w związku z tym nas czeka.&lt;br /&gt;Na początek dostaliśmy zdrową dawkę mocnych wrażeń pod postacią rajdu nie-Paryż-Dakar, ale Kijany-Jastków. Ekstremalne doznania!&lt;br /&gt;Kościół w Kijanach wiadomo gdzie jest. Na takim skrzyżowaniu „T”, że jak się zagapisz, to wjedziesz księdzu pod ołtarz. Tam był ślub. Dom weselny „Biesiada” stoi na trasie na Warszawę, koło bardzo znanego zajazdu „Bida”, też powszechnie wiadomo gdzie i jak tam dojechać. Łatwo znaleźć, każdy trafi.&lt;br /&gt;Ale Młodzi z kościoła pojechali do sali weselnej jakimiś wiejskimi drogami z Kijan przez Niemce, zamiast wrócić do Lublina i pojechać prostą i znaną trasą na Warszawę. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i się zaczęło!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Za nimi ruszył autokar i sznur samochodów prywatnych. My jechaliśmy pod koniec peletonu.&lt;br /&gt;W Niemcach trzeba było wyjechać na trasę z Łęcznej i znad jezior, w dodatku wyjechać w lewo – trzeba było więc swoje odstać i wyczekać moment na włączenie się. Zanim pojawiła się luka i mogliśmy pojechać, autokar dawno już znikł nam z oczu. Zaraz za tym skrzyżowaniem w Niemcach stoi znak że w prawo jest skręt na Garbów. Nie wiem, co mnie tknęło, żeby w niego skręcić, ale zobaczyłam go dosłownie w ostatniej chwili, bo nigdy tamtędy nie jechałam, zawsze prosto na Lublin. Skręciliśmy więc w ciemno w tą szoskę i tylko zastanawialiśmy się, gdzie wyjedziemy. Za nami jechało jeszcze kilka aut, a pierwszym z nich kierował policjant. W cywilu, poza tym o ile wiem, to nie z drogówki, ale jednak władza. Autokaru nie było widać wcale. Pognaliśmy wiec przez te wiejskie szoski ile się dało, złamaliśmy chyba wszystkie ograniczenia po drodze, ale cały czas liczyliśmy na to, że to właściwa trasa i że dogonimy autokar. W końcu udało się go faktycznie wypatrzeć, dogonienie zajęło nam jeszcze wiele kilometrów, bo bardzo dowcipnie czołówka tego peletonu jechała przynajmniej 80km/h. Super szybko, zważywszy na to, że w Niemcach wyjazd wstrzymywał resztę aut. Jak sobie wspomnę tą szaleńczą jazdę, to tylko się cieszę, że nie było na tej trasie nigdzie policji z suszarką. Chyba zapłaciłabym mandat stulecia i zrujnowała sobie plany na resztę urlopu. W końcu udało się wyprzedzić wszystkie nieweselone auta i dobić do autokaru. Pojechaliśmy dalej jeszcze ciekawszą trasą, bo przez ścieżkę, na której nie mieściły się dwa auta nawet i aby się z nami minąć, samochód z naprzeciwka zjechał na pobocze. Ominęliśmy pole kukurydzy, gdzie szosa biegła pod kątem prostym i jakby jechał ktoś z naprzeciwka to nie było szansy go zobaczyć. I dojechaliśmy do trasy Lublin-Warszawa, którą trzeba było przeciąć. W tym momencie pomyślałam, że Państwo Młodzi najwyraźniej chcieli nas pozabijać, bo tą trasę przecina się na zasadzie „zamknąć oczy, nacisnąć gaz i modlić się, aby się udało”. Samochody wciskały się na siłę i każdy kombinował, jak się dało. To załatwiło emocje na całe wesele. Potem już było tylko z górki.&lt;br /&gt;Wesele było super, wyszliśmy z niego po 3-ciej w nocy i aż żałowałam, że już idziemy. Ale Łukasz już nie dawał rady. Najlepsze były oczepiny, kiedy to Panna Młoda rzuciła bukietem i złapał go chłopak. Muszkę Pana Młodego też złapał chłopak i obaj zatańczyli potem taniec. Poszło im super, bo obaj potrafili się wygłupiać, goście mieli więc niezły ubaw.&lt;br /&gt;Późnym wieczorem puszczaliśmy lampiony. Pierwszy raz coś takiego widziałam i puszczałam. Młodzi rozdali nam papierowe wielkie lampiony i zapalniczki i każda para gości podpalała lampion i puszczała go w noc. Widok był niesamowity! Noc była bezchmurna, nie było wiatru, cieplutko – i ta plejada lampionów poniosła się w ciemne niebo! Fantastyczne były te lampiony!&lt;br /&gt;A najlepsze z całego wesela było to, jak nam wypadło siedzieć. Na stołach były wizytówki i każdy został posadzony wg przydziału. Uwielbiam, kiedy są wizytówki i każdy ma swoje miejsce, bo to od razu załatwia sprawę wyścigu do stołów, martwienia się, gdzie się siądzie, koło kogo, czy będzie miejsce dla osób, przy których chce się siedzieć itp. Krótko mówiąc dzięki temu wesele zaczyna się bez stresu i nerwów. Siedzieliśmy przy jakiejś nieznanej parze ludzi. I było to bardzo zabawne, jak byliśmy ubrani my i oni obok nas. Normalnie, jakbyśmy się umówili, to byśmy się tak nie zgrali na pewno!&lt;br /&gt;Przed weselem, po dłuuugich poszukiwaniach dorwałam te dwie sukienki w de facto i na Magdy wesele wypadła kolej sukienki różowej. Ma ona taki bardzo swoisty kolor, trochę brudny róż. Żadna koszula Łukasza do niej nie pasowała, kupiliśmy mu więc szarą, śliczną koszulę w prążki. Do koszuli jednak trzeba było mieć krawat, a że żaden Łukasz nie pasował, to mu kupiłam nowy. Pojechałam po niego z Kamisio, przy okazji kupowania nowej klatki dla szczura i udało się nam dobrać krawat o identycznym kolorze, jak sukienka. Cud jakiś normalnie. Brudno-różowy krawat, gładki, z materiału w prążki delikatne, który idealnie harmonizował z moją sukienką!&lt;br /&gt;Pierwszy raz w  życiu poszliśmy na wesele tak do siebie dopasowani, że krawat Łukasza był dobrany do mojej sukienki. Nigdy bym nie podejrzewała, że kiedyś się tak ubierzemy, jakoś nie jest to za bardzo w naszym stylu, ale tym razem tak popadło. Wyglądaliśmy super. Generalnie widać było z daleka, że jesteśmy parą, bo przecież każdy by się poznał...&lt;br /&gt;I co? Para obok nas miała dosłownie identycznie dobraną garderobę i na dodatek też w różu, tyle, że ich różowy był bardzo blady, nasz intensywniejszy. Jakie jest prawdopodobieństwo, aby zostać usadzonym obok pary ubranej tak samo, jak my, na weselu, gdzie znaliśmy tylko garstkę gości?&lt;br /&gt;Czy życie nie bywa przewrotne??&lt;br /&gt;Śmialiśmy się z tego cały wieczór! Normalnie ironia losu. Na kilkunastu weselach byliśmy ubrani bez manifestowania światu, że jesteśmy parą, a kiedy raz się nam zdarzyło, że było to widać, los posadził obok nas parę-xero.&lt;br /&gt;W dodatku ta laska obok miała sukienkę o podobnym fasonie, jak moja, a krawat tego kolesia był też gładki i jednolity. Można to opowiadać w kategorii niezłego dowcipu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5922225833677491730?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5922225833677491730/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5922225833677491730' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5922225833677491730'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5922225833677491730'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/sezon-weselny-zakonczony.html' title='Sezon weselny zakończony'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7454492382735517147</id><published>2011-09-09T21:45:00.005+02:00</published><updated>2011-09-09T22:12:12.777+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='http://www.blogger.com/img/blank.gif'/><title type='text'>Głosowanie</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest taki konkurs - placówki oświatowe walczą o dofinansowanie do zagospodarowania placu zabaw czy jakiegoś tam placu, na którym mogą zrobić coś fajnego.&lt;br /&gt;W konkursie bierze udział pewne zaprzyjaźnione przedszkole z Lublina, które bardzo chciałabym, aby wygrało.&lt;br /&gt;Przedszkole wychowywało Amelkę i mnóstwo dzieciaków moich znajomych. Ma bardzo dobrą opinię i zawsze ustawia się do niego wiosną szereg rodziców, chętnych posłać swoje pociechy do przedszkola, gdzie będą pod dobrą opieką i gdzie będą miały ciekawe zajęcia.&lt;br /&gt;Przedszkole - jako jedno z nielicznych w Lublinie - nadało sobie imię i jest Przedszkolem imienia Kubusia Puchatka. Nadanie imienia nie jest łatwym procesem, chyba jak i wszystko inne w oświacie, bo ilość biurokratycznej papierkowej roboty, przepisów i zasad jest powalająca. Tym bardziej więc nadanie imienia jest wyczynem nie byle jakiego kalibru.&lt;br /&gt;Amelka swoje przedszkole uwielbiała. Spędziła w nim ponad trzy lata, bo zaczęła w nich chodzić we wrześniu, na miesiąc przed ukończeniem 3 lat, a dopiero jako 7-mio latka poszła do szkoły podstawowej. Nie było wtedy jeszcze tego cudownego rozporządzenia, aby 6-cio latki posyłać do pierwszej klasy, które to skraca dzieciom życie. Za to rodzicom co niektórym ułatwia życie.&lt;br /&gt;I teraz to przedszkole ubiega się o środki na stworzenie dzieciakom placu zabaw. Mają miejsce, potrzebne jeszcze finanse i dzieciaki będą hasać po Stumilowym Lesie z prawdziwego zdarzenia.&lt;br /&gt;Pomysł jest super! Odwzorowuje naturalne środowisko występowania Kubusia Puchatka i jego przyjaciół! Placyk wg. tego planu będzie miał wszystko, co potrzebne dzieciakom do szczęścia. Sami zobaczcie: &lt;a href="http://www.konkurs.nau.pl/media/files/p204.pdf"&gt;link do planu placu zabaw.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;A tu jest &lt;a href="http://www.konkurs.nau.pl/view/item-39/przedszkole-nr-33-im-kubusia-puchatka"&gt;link do głosowania&lt;/a&gt;. Mamy czas do końca miesiąca.&lt;br /&gt;To już nie dużo! Z jednego komputera można głosować tylko raz dziennie. Trzeba wpisać kod z obrazka, co zapobiega nadużyciom, które już się w tym konkursie zdarzyły.&lt;br /&gt;Głosujcie! Proszę :)&lt;br /&gt;Przedszkole jest na 5-tym &lt;a href="http://www.konkurs.nau.pl/ranking"&gt;miejscu w rankingu.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Strasznie bym chciała, aby wygrało, na pewno wykorzysta wygraną z pożytkiem dla dzieciaków.&lt;br /&gt;Może razem urządzimy Stumilowy Las w środku Lublina na małym skwerku, który otacza przedszkole! Byłoby super!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7454492382735517147?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7454492382735517147/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7454492382735517147' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7454492382735517147'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7454492382735517147'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/gosowanie.html' title='Głosowanie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-9198405690265412637</id><published>2011-09-01T23:00:00.002+02:00</published><updated>2011-09-01T23:16:53.215+02:00</updated><title type='text'>Był urlop</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mieliśmy urlop. Od wszystkiego. Totalny reset na dwa tygodnie.&lt;br /&gt;W tym tygodniu niestety trzeba było wrócić do normalności, ale miałam to odroczone o jeden dzień, bo 10 dni urlopu od 16 sierpnia upływało mi w poniedziałek dopiero, miałam więc go wolnego.&lt;br /&gt;Zbieram się, aby już ze wszystkim wrócić do normalności, ale nie wychodzi mi to za dobrze. Głównie dlatego, że od powrotu do domu nadrabiam zaległości towarzyskie i  praktycznie codziennie się z kimś integruję. Dzięki temu śpię o wiele za mało, a że to już bity tydzień miewam każdą kolejną noc mocno niedospaną, to dzisiaj rano ledwo zwlokłam się z łóżka.&lt;br /&gt;Mimo niewyspania jednak nadal mam ochotę się integrować i pozostałością takiego pourlopowego pędu, ciągle chce mi się coś robić, być w ruchu.&lt;br /&gt;Jak już wrócę do formy, to wrócę też do pisania. Nawet mi się chce, o dziwo, ale to dobry znak, bo najwyraźniej moja katatonia twórcza do pisania czegokolwiek już mi przeszła.&lt;br /&gt;Urlop mieliśmy bardzo udany, zwłaszcza drugi tydzień. Napisałabym "drugą połowę", ale przy tak krótkim urlopie, to nie bardzo jest co dzielić na połowy - był po prostu pierwszy i potem drugi tydzień i na tym urlop się zakończył.&lt;br /&gt;Po udanym urlopie to aż miło wrócić do codzienności. Odpocznie się, oderwie od życia w Lublinie, pracy, zmieni się otoczenie i potem człowiek wraca rześki i pełen energii. Naładowane akumulatory i chęć do działania. Tyle, że przy dzisiejszym (czytaj: naszym) trybie życia (czytaj: pracy) nasze akumulatory ulegają jakiemuś przyspieszonemu wyczerpaniu. To jak w tych reklamach Duracell - niektóre króliki pędziły i w połowie drogi się zatrzymywały, bo im baterie się kończyły, a inne docierały do mety przy ogólnym aplauzie, bo miały super bateryjki Duracell. Pamiętacie?&lt;br /&gt;Szkoda, że ludzie nie mają takich specjalnych bateryjek... Chociaż nie, niektórzy właściwie mają, ale u ludzi nie nazywa się to bateryjka, ani Duracell, tylko ADHD. I wcale nie występuje tak często, a już na pewno nie na życzenie. Niektórzy jednak mają to szczęście i dostają od natury taki długodziałający akumulatorek. W dodatku ten akumulatorek działa tak, jakby przyspieszał im obroty. Tak w prawdzie to trochę zazdroszczę takim ludziom z extra-doładowaniem. Zawsze mają siłę na wszystko. Ja niestety tak nie mam, a czasem chce mi się zrobić o wiele więcej, niż jestem w stanie. Wbrew ogólnym opiniom, kształtowanym chyba głównie przez nauczycieli, którzy w swojej pracy czasem mają ten niefart trafić na dziecko z ADHD, które im ciągle rozwala lekcje swoją niespożytą energią - więc wbrew temu, ADHD jest fajną rzeczą. Uśmiechem losu. To taka dodatkowa szansa, aby coś więcej zdziałać, niż przewiduje norma dla zwykłego człowieka.&lt;br /&gt;Ja jednak ADHD nie mam, chociaż mam podejrzenie, że moja Mama może mieć, bo jej energia nie kończy się nigdy, a tym samym ja czuję się poszkodowana przez naturę, bo co jej szkodziło wyposażyć mnie w extra-bateryjkę? Nikt chyba jednak z dzieci nie odziedziczył tej unikatowej cechy po Mamie. Ani ja, ani moje rodzeństwo. Wszyscy zwyczajnie mieścimy się w normie i nie wychodzimy poza ramki.&lt;br /&gt;W każdym razie ramki czasem się da trochę poszerzyć, właśnie przez urlop, bo potem energia tryska ze mnie przez... jakiś czas. Nie wiem w zasadzie jaki. Chciałabym napisać, że przez kilka tygodni, ale boję się posunąć we wnioskach aż tak daleko, bo może to będzie zaledwie kilka dni?&lt;br /&gt;Zobaczymy.&lt;br /&gt;Póki co jeszcze ją mam i niestety właśnie nadeszła pora, kiedy limit na dzień dzisiejszy zbliża się dramatycznie szybko ku końcowi i muszę lecieć pod prysznic, zanim mi jej braknie i legnę nieumyta na łóżko. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-9198405690265412637?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/9198405690265412637/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=9198405690265412637' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9198405690265412637'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9198405690265412637'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/09/by-urlop.html' title='Był urlop'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8198007107851365895</id><published>2011-08-11T21:16:00.003+02:00</published><updated>2011-08-11T21:32:23.847+02:00</updated><title type='text'>Polly</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Po ponad pół roku nasz szczurek dostał imię. I nie jest to Wiesiek, Franek, ani inne męskie imię, bo po pierwsze to wszystkie były bardzo nieszczurze, a po drugie to szczurek jest dziewczynką. Nie nazywa się też Careffour czy jakkolwiek się to pisze, co ostatnio próbował wmówić szczurkowi Łukasz. Widzę w tym przebłyski geniuszu, trochę krzywego, ale co tam! Łukasz niezmordowanie wyzywał szczurka różnymi takimi imionami, najwyraźniej sprawdzając, jaka jest szansa, aby któraś z kolei głupawa ksywka w końcu przylgnęła na stałe.&lt;br /&gt;Ja nagle ni stąd ni zowąd doszłam do głębokiego przekonania, że szczurka powinna wabić się Polly.&lt;br /&gt;Buddyści wierzą, że zwierzęta mają duszę, można więc to nagiąć wielowymiarowo i przyjąć, że szczurka się zdecydowała, jak chce mieć na imię i przekazała mi to na poziomie podświadomości.&lt;br /&gt;Dzisiaj czytałam o buddyzmie, więc takie przemyślenia mam właśnie na fali. :)&lt;br /&gt;Polly, tak w ogóle - to jest wyjątkowo papuzie imię, nie wydaje się wam?&lt;br /&gt;Mi się kojarzy tylko z papugami, a dokładnie - kojarzy mi się z jedną papugą, wypchaną z resztą, która siedziała w klatce w mieszkaniu Holly Golightly, w filmie "Śniadanie u Tiffany'ego". O.J. Berman podszedł do niej na imprezie u Holly i zapytał: Co Polly, dałaś się wypchać?&lt;br /&gt;Ptak przyjął to ze stoickim opanowaniem i kamiennym milczeniem, dając Bermanowi do zrozumienia, aby sam się wypchał na taki komentarz.&lt;br /&gt;No i &lt;a href="http://youtu.be/BAL_gms_Mok"&gt;z tą dokładnie sceną&lt;/a&gt; kojarzy mi się imię Polly.&lt;br /&gt;Szczurkowi to imię nijak nie pasuje, podobnie, jak i każde inne, ale od biedy lepsze to niż jakiś Wiesiek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8198007107851365895?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8198007107851365895/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8198007107851365895' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8198007107851365895'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8198007107851365895'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/polly.html' title='Polly'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5594961015648235417</id><published>2011-08-08T21:08:00.003+02:00</published><updated>2011-08-08T21:36:07.900+02:00</updated><title type='text'>Jedno do przodu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I wesele się odbyło. Jedno z dwóch, jakie mamy w agendzie na sierpień. Było wesoło. :)&lt;br /&gt;Sukienki kupiłam, jakimś cudem, zrządzeniem losu i dzikim fartem, normalnie aż nie chce mi się wierzyć, że udało mi się tego dokonać! A jeszcze tydzień wcześniej sytuacja na froncie walki o przyodziewek wyglądała nader beznadziejnie.&lt;br /&gt;Po tym, jak Kamisio przypomniała mi, że nie byłam jeszcze w sklepach De facto, ja sobie przypomniałam (chociaż Kamisio twierdzi, że to ona mi przypomniała - może być, nie będę się upierać :) ) że De facto ma jeszcze &lt;a href="http://sklep.df.net.pl/"&gt;sklep internetowy&lt;/a&gt;, trochę wyprzedażowy, w którym jest całkiem spory asortyment. Mam z resztą wrażenie, że asortyment jest coraz większy, bo dawno tam nie zaglądałam i nie pamiętałam, aby wcześniej był aż taki wybór, jak teraz. A tymczasem w sklepie tym znalazłam 15 stron sukienek, po jakieś 40 sztuk na każdej. Było w czym wybierać i wbrew temu, co widziałam w sklepach naziemnych - w necie były fasony zupełnie przyzwoite, czyli nie udziwnione i ładne. Kobiece i eleganckie.&lt;br /&gt;Znalazłam dwie naprawdę ładne sukieneczki i kilka wartych przyjrzenia się. Po naradzie z Łukaszem i przezornie z Kamisio-moim-prywatnym-krytykiem kupiłam obie, bo w sumie cena wychodziła za nie i tak niższa nieco, niż za jedną sukienkę z nowej kolekcji w sklepie stacjonarnym. Zapłaciłam 260zł, przesyłka wyszła za darmo przy takiej kwocie zamówienia.&lt;br /&gt;Wyszłam z założenia, że od biedy mogę je przecież odesłać, ale nie przypuszczałam, aby tak się stało, bo De facto ma niezwykle stabilną rozmiarówkę, która w dodatku jest adekwatna do faktycznych rozmiarów, jakie się nosi. Nie jest ani zawyżona - jak w Orsay, gdzie kupuję spodnie i spódnice wyłącznie w rozmiarze 34, a w moim standardowym rozmiarze 36 mogę pomieścić co najmniej trzy nogi - ani zawyżona. Ani też nie jest nierównomierna, bo 36 w De facto jest zawsze na mnie dobre, nie ważne, jaką część garderoby założę, co jest nie do pomyślenia w Orsay, gdzie koszule przymierzam w rozmiarach 34-38 zależnie od fasonu.&lt;br /&gt;W ciemno więc kupiłam sobie dwie sukienki w rozmiarze 36 i w niedzielę koło godziny 21-szej przelałam należność za pomocą Płacę z Inteligo. Kasa była na rachunku De facto on line. Spodziewałam się więc szybkiej wysyłki. Nie spodziewałam się jednak, że następnego dnia około godziny 11-tej rano dostanę maila z informacją, że paczka już została nadana. Określenie "ekspres" wydaje się za powolne dla takiego tempa realizacji zamówienia! Chylę czoło! :)&lt;br /&gt;Paczka przyszła we wtorek, ja jednak za późno wróciłam, więc nie miałam jej jak odebrać. To chyba wtedy uprawiałam plotki z Kasią do późnego wieczora.&lt;br /&gt;W środę jednak po wyprawie do Kazimierza wróciłam do domu na przymierzanie sukienek, które mi odebrał z poczty Łukasz. Razem ze mną była Kamisio i Amelka, możecie sobie więc wyobrazić, jaka zrobiła się rewia mody. Na dodatek w środę Jola pożyczyła mi sukienkę od swojej siostry, miałam więc 3 nowe opcje na wesele i oczywiście każda z nas,  bez względu na wiek i rozmiar musiała przymierzyć każdą sukienkę przynajmniej raz. Niektóre nawet dwa razy.&lt;br /&gt;Sukienka od Joli okazała się na mnie za duża, kolor był też nie mój, taki błyszczący turkus, wyglądałam w nim trochę trupiowato, za to Amelka z miejsca się w niej zakochała i marzyła, aby już nie musieć jej zdejmować. Kamisio zakochała się w biało-czarnej sukience z De facto, w której bez specjalnych starań wygląda się, jak milion dolarów. Ja natomiast nie mogłam się zdecydować, czy wolę biało-czarną, czy różową.&lt;br /&gt;Buty miałam do obu, akurat butów ci u mnie dostatek, gorzej z torebkami, bo oczywiście miałam pożyczone od Mamy, Kamisio i nawet Ewy. Słowo daję, że moja garderoba elegancka ma poważne braki. Kamisio pozbierała z domu wszystkie torebki kopertówki w kolorze brązowym / czarnym i szarym, a ja po tej akcji poczułam się, jak żebrak, co wszystko musi pożyczać. Prawie jak kopciuszek. :)&lt;br /&gt;Gorzej z żakietami, bo nie mam brązowego, a do tej różowej bardzo by pasował.&lt;br /&gt;Póki co jednak udało się skompletować dwa zestawy z tego, co miałam w szafie, tudzież zdobyła Kamisia i odetchnęłam z ulgą, bo nareszcie miałam problem z głowy i opcje na wesela.&lt;br /&gt;Teraz za to pojawił się inny problem - dylemat, w której sukience pójdę na które wesele. :)&lt;br /&gt;Słowo daję, że kobiecie trudno jest dogodzić! Chyba wszyscy faceci są usprawiedliwieni w tych swoich stereotypowych żartach na temat pełnej szafy i braku ubrań (tak Marco, doskonale rozumiem Twoją Sioistrę :)) ) i braku zdecydowania u kobiet.&lt;br /&gt;Cóż mogę powiedzieć...&lt;br /&gt;Wyszło tak, że do soboty skłaniałam się ku różowej sukience i jeszcze w sobotę po południu powiedziałam Mamie przez telefon, że pójdę w niej. Po czym godzinę później wyszłam z mieszkania w biało-czarnej sukience i byłam bardzo zadowolona z mojego wyboru.&lt;br /&gt;W ogóle to ta sukienka była zdeczka za wąska. Dosłownie o centymetr, półtora, akurat tyle, ile trzeba, aby przelatywała luźno przez biodra i opadała gładko w talii. Zamiast tego jednak w talii zostawała trochę niedoprostowana i musiałam ją obciągać, aby nie mieć takiego wypchanego powietrzem pustego miejsca z tyłu w talii. Postanowiłam więc odchudzić się z tych jednego-do-półtora centymetra przed sobotą. I od czwartku, przez dwa dni żywiłam się mlekiem z płatkami kukurydzianymi. Ostatnio nie mam apetytu, więc nie było to problemem. Poza tym miałam trochę latania po pracy po mieście, wiec nie miałam też okazji za bardzo na obiadowanie. No i w sobotę okazało się, że jestem o ten centymetr / półtora chudsza, a sukienka spada mi gładko na biodra i nic się nie marszczy, ani nie sterczy.&lt;br /&gt;Za tydzień kolej więc na różową. Bo chyba dwa razy w tej biało-czarnej sukience nie pójdę, chociaż w zasadzie to nic nie wiadomo do ostatniej chwili.... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5594961015648235417?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5594961015648235417/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5594961015648235417' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5594961015648235417'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5594961015648235417'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/jedno-do-przodu.html' title='Jedno do przodu'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-206836534245903220</id><published>2011-08-08T20:52:00.003+02:00</published><updated>2011-08-08T21:08:15.983+02:00</updated><title type='text'>Wycieczka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ale jestem zmęczona!&lt;br /&gt;Byłam dzisiaj na ekspresowej wycieczce krajoznawczej do stolicy, czyli tak zwanej delegacji. Na szczęście nie sama, więc było wesoło i przyjemnie. I całkiem produktywnie.&lt;br /&gt;Najpierw myślałam, że pojadę sama. To było w okolicy środy czy czwartku. W piątek rano dowiedziałam się, że jedzie jeszcze jedna dziewczyna od nas, a więc już się cieszyłam. A po południu w piątek okazało się, że nie dość, że pojadą jeszcze dwie osoby z innego wydziału, to w dodatku mają samochód służbowy, którym bzykniemy w tą i z powrotem.&lt;br /&gt;I taki szatański plan został dzisiaj zrealizowany.&lt;br /&gt;Wyjazd był o 6-tej rano. Aga i ja zostałyśmy zabrane z naszego osiedla, spod naszych bloków prawie, więc nawet nie musiałyśmy nigdzie się przemieszczać. Zamiast my do punktu zbiórki, to punkt zbiórki zajechał po nas.&lt;br /&gt;Byłyśmy umówione, że spotykamy się pod kościołem na osiedlu o 6-tej rano. Głupio było się spóźnić, zwłaszcza, że ktoś musiał wstać wcześniej niż ja, bo musiał dojechać na osiedle po nas. Zerwałam się więc z łóżka punktualnie o 5-tej, po zaledwie 5-ciu minutach błogiego ociągania się przed stawieniem czoła poniedziałkowi. Ale na szczęście po pierwsze wyprawa jawiła się bardzo atrakcyjnie, a po drugie za tydzień w poniedziałek będę miała już urlop, więc to w zasadzie jedno z pięciu ostatnich wstawań przed urlopem. Odliczanie końcowe jest zawsze pokrzepiające.&lt;br /&gt;Wygotowałam się w sam raz na czas, o 5.55 skończyłam malować rzęsy, co jest już ostatnim elementem moich porannych przygotowań i co zazwyczaj odbywa się już w pracy, w oczekiwaniu, że mój rączy i chyży mułek zwany laptopem zdecyduje się wystartować. Dzisiaj jednak nie było na co czekać, rzęsy więc zostały umalowane jeszcze w mieszkaniu.&lt;br /&gt;O 5.59 leciałam już przez placyk zabaw na osiedlu w stronę kościoła, który mam tuż za płotem. Aga już czekała pod fiku-miku. Agnieszka-szefowa-wyprawy podjechała samochodem po nas dosłownie minutę później, wszystkie więc byłyśmy punktualnie i idealnie zsynchronizowane.&lt;br /&gt;Ostatniego delegacjusza zabierałyśmy po drodze z Puław.&lt;br /&gt;A stolicy spotkanie odbyło się nadzwyczaj szybko i dzięki temu wróciliśmy do domu o jako takiej porze, nie jak zazwyczaj wracam, ciemną nocą.&lt;br /&gt;Tak to można jeździć na delegacje chociażby i co tydzień. Było naprawdę super. Chociaż jakbym miała jeździć częściej, to na pewno nie zostawiałabym uczynnie Tomkowi miejsca z przodu koło kierowcy, bo to jest miejscówka, gdzie nie robi mi się źle podczas jazdy jako pasażer. Dzisiaj posadziłyśmy Tomka z przodu, aby nie wychodzić przed szereg, w końcu i szefowa i samochód były z jego wydziału. Ale w drodze powrotnej, kiedy wysiadł w Puławach zajęłam jego miejsce, za namową dziewczyn i przyznałam im rację - na tym miejscu nie robi się niedobrze. A ja od niedawna nie bardzo mogę jeździć jako pasażer z tyłu, tudzież w busach, bo po godzinie jazdy mam wrażenie, że umrę. Wszystko zaczyna mnie boleć, nudzi mnie i cierpię potworne katusze. Po czym wysiadam po takiej jeździe, jak z krzyża zdjęta i mam załatwiony dzień do końca, bo to jakoś nadwyręża człowiekowi siły.&lt;br /&gt;Mimo wszystko ta wyprawa dzisiaj była tego warta. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-206836534245903220?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/206836534245903220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=206836534245903220' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/206836534245903220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/206836534245903220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/wycieczka.html' title='Wycieczka'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5106565516674797767</id><published>2011-08-08T18:00:00.003+02:00</published><updated>2011-08-08T18:11:03.332+02:00</updated><title type='text'>Korekta</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sprostowanie, w białej sukience z różowym wzorkiem, którą pożyczyła mi Gosia nie wyglądałam jak dziewczyna lodziarza, tylko jak lodziara - dziewczyna dresiarza.&lt;br /&gt;Dla mnie to w zasadzie żadna różnica, ale Kamisio mnie stanowczo za to poprawiła.&lt;br /&gt;Koryguję więc, co by nie było nieporozumień, chociaż nie bardzo wiem, jakie to nieporozumienia mogłyby być. Chyba z dresiarzami, którzy mają dziewczyny lodziary, tudzież z ich dziewczynami. Może poczuli by się dotknięci insynuacją, że ich dziewczyny chodzą w białych sukienkach w różowy błyszczący nadruk, albo one może by się wkurzyły. Ale w sumie to nie na mnie... :)&lt;br /&gt;Byle Gosia tego nie przeczytała nigdy, bo chyba mnie znienawidzi. Albo co gorzej nabierze jakiegoś kompleksu na punkcie tej sukienki...&lt;br /&gt;A ta sukienka była naprawdę fajna i podobała mi się i zupełnie nie wiem, co miała w sobie takiego lodziarskiego. Narażając się więc Kamisio na dalszą bezlitosną krytykę mojego gustu przyznaję, że sukienka mi się podobała, chociaż na wesele była za mało szykowna.&lt;br /&gt;Ja już kiedyś tak Ewie - na jej opowieść, że była w H&amp;amp;M i widziała same koszule w kratkę, odpowiedziałam nieopatrznie, że też tam byłam i je widziałam i wiszą same takie koszule w stylu country-wieśniak.&lt;br /&gt;A tu okazało się, że Ewa jedną kupiła, czarną w kratkę biało-różową. I potem Ewa nie chciała w niej chodzić, bo mi wypominała ten nieszczęsny komentarz. A ja go bardzo żałowałam, bo kiedy w końcu tą koszulkę zobaczyłam, to bardzo mi się spodobała i taką to sama chętnie bym sobie kupiła. W końcu jednak sprostowałam Ewie, że jej koszula jest elegancka i pomimo kratki wcale nie jest w stylu country-wieśniak. I po dłuuugim czasie Ewa zaczęła ją nosić.&lt;br /&gt;Nie ma to jak coś chlapnąć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5106565516674797767?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5106565516674797767/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5106565516674797767' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5106565516674797767'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5106565516674797767'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/korekta.html' title='Korekta'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8800721390203741357</id><published>2011-08-03T23:33:00.002+02:00</published><updated>2011-08-08T17:58:06.728+02:00</updated><title type='text'>Plotki</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wczoraj wyszłam z pracy i zjechałam windą na parter, gdzie stanęłam przed lusterkiem i zaczęłam poprawiać makijaż. A raczej to coś, szumnie nazywane makijażem, co nakładam rano w pośpiechu na swoją twarz. Nie jest to jakieś misterne dzieło sztuki, nie jest też to jakaś zawansowana technika maskowania niedoskonałości cery. Jest to coś, co nazywam makijażem aby poprawić sobie samopoczucie i wmówić, że wyglądam z tym na twarzy lepiej, niż bez tego. Jak jest wprawdzie, to nie muszę wiedzieć, bo jeszcze ktoś mnie wyprowadzi z błędu. :)&lt;br /&gt;Dlaczego wczoraj naszło mnie na poprawianie makijażu przed wyjściem z pracy to nie wiem. W sumie miałam tylko skoczyć do Leclerca do sklepu z niciami, aby kupić sobie kilka wstążek / aplikacji do sukienek, ale poza tym zmierzałam prosto do domu.&lt;br /&gt;Stałam sobie w najlepsze w pustym korytarzu przed windami i rozcierałam na nosie korektor, kiedy drzwi jednej widny się otworzyły i ktoś z nich wysiadł. I nagle usłyszałam takie zdumione pytanie:&lt;br /&gt;- Justyyyynkaaaa????&lt;br /&gt;A to Kasia była. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Głos Kasi był cokolwiek zastanawiająco zadziwiony na widok mnie tam.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zastanowiło mnie, co ją bardziej zdziwiło: że stoję przed tym lusterkiem w miejscu publicznym i się pacykuję, czy że się pacykuję w ogóle? Bo przecież widok mnie w tym miejscu był najzupełniej normalny, w końcu tam pracuję. Nie na parterze, ale kilka pięter w górę. :) Tego, co Kasię tak zdziwiło, jednak się nie dowiedziałam, nurtuje mnie do teraz.&lt;br /&gt;Zostawiłam wiec swój nos w spokoju, schowałam korektor i wyszłam z Kasią z budynku. Akurat szła w tą samą stronę, pod Leclerca. Od słowa do słowa zamiast iść do domu poszłyśmy na plotki do kawiarni w Lecelrcu. Było jakoś po 17tej. Kasia akurat zaczęła swój urlop, trochę dziwnie, bo w połowie tygodnia, ale że jest sumiennym pracownikiem, to poświęciła się dla dobra sprawy i ogółu i jeszcze te dwa dni w tym tygodniu popracowała. Do domu się nam nie spieszyło, bo Kasi chłopak był na jakim wyjeździe, mi też nie, bo Łukasz pracował do 22giej. Zjadłyśmy więc obiad w Marakeszu i siedziałyśmy plotkując w najlepsze w  nieskończoność. Kiedy się w końcu ruszyłyśmy z tych krzesełek, za oknami już było prawie ciemno. Była 20.30 i to dopiero nas zdumiało obie. :)&lt;br /&gt;Praktycznie wtorkowego popołudnia nawet nie zauważyłam, minęło niespodziewanie szybko!&lt;br /&gt;Czy muszę dodawać, że nici i wstążek do sukienek nie kupiłam? Sklep był jeszcze otwarty, ale zanim do niego dotarłam okazało się, że mam zaraz autobus do domu, wiec już poleciałam na przystanek. Wróciłam do domu godzinę przed Łukaszem. I pomyśleć, że on pracował do 22-giej! Ja tam plotkowałam! :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8800721390203741357?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8800721390203741357/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8800721390203741357' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8800721390203741357'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8800721390203741357'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/plotki.html' title='Plotki'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4511309887679216927</id><published>2011-08-03T23:32:00.000+02:00</published><updated>2011-08-03T23:33:22.661+02:00</updated><title type='text'>I po opcjach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W poniedziałek wpadła do mnie siostra. Trochę niespodziewanie, bo nie planowałyśmy tego, ale akurat była na mieście, samochodem, więc przyjechała po mnie, abyśmy razem odebrały zamówienie kosmetyków. Bardzo mnie ucieszyła, bo odbiór był w podwórku Markopolu, a to jest ani blisko, ani daleko, ale w takim miejscu, gdzie musiałabym iść na piechotę, bo chyba żaden autobus nie jeździ tak w poprzek miasta, aby z Zana zakręcić w tamte okolice. Bardzo przytomnie z resztą, planując wybrać się pod Markopol spacerem, założyłam sobie buty na wysokim obcasie. Było jednak zimno, więc ubrałam sobie długie spodnie – które są trochę za długie i potrzebuję do nich wysokich obcasów, bo inaczej bym nimi zamiotła wszystkie chodniki. Kamisio wiec mnie bardzo ucieszyła, kiedy zadzwoniła z wiadomością, że pojedziemy tam razem, samochodem.&lt;br /&gt;Kiedy wylądowałysmy u mnie, najpierw zrobiłam nam kolację, bo już żołądki nam do krzyża przyrastały, a potem zajęłyśmy się oglądaniem moich opcji na najbliższe wesela. No i się zaczęło!&lt;br /&gt;Chyba dla zdrowia psychicznego wyjdę z założenia, że moja siostra, ze swoją duszą artystyczną, jest z innej planety. I że zwykły Ziemianin, jak ja, nie jest w stanie się z nią dorozumieć w kwestii gustu, mody i tego, co jest ładne, a co nie. W przeciwnym wypadku załamię się, że jestem totalne bezguście, albo w najlepszym wypadku popadnę w kompleksy.&lt;br /&gt;Kamisio skrytykowała moje opcje bardzo zdecydowanie, aby nie powiedzieć drastycznie. Przy czym jej spojrzenie mówiło więcej, niż jej komentarze. Zaczęło się właściwie od sukienki, którą znalazłam w sklepie De Facto w Leclercu, obejrzałyśmy ją po drodze i w zasadzie obie mamy na jej temat podobne zdanie – jest fajna, ale bez rewelacji. Z tyłu jakaś łysa, wygląda, jak kurczak z oskubaną dupką. Od biedy się nada, ale nie będzie to żadna super szałowa kreacja. Za to w domu Kamisio poszła na całość!&lt;br /&gt;Sukienka od Mamy – biała w zielone kółka, odpadła w przedbiegach. Została jednak łaskawie uznana za ładną, aczkolwiek nie weselną. Sukienka od Gosi za to została zjechana totalnie, ale to totalnie i usłyszałam do tego, ze wyglądam w niej, jak dziewczyna lodziarza. No tego to się nie spodziewałam. Moim zdaniem jest ładna, nie jest specjalnie weselna, ale całkiem ładna. Tylko przód miała przekombinowany z niemodnym dziobem na dole. Moja stara sukienka, którą planowałam unowocześnić przestała się podobać nawet mi, chociaż Kamisio uznała, że jak się nad nią popracuje, to się nada (ostatecznie). Mi jednak nie leży malinowy kolor i nie mogę się przełamać. Kłuje mnie w oczy i pali w skórę. Odechciało mi się ją unowocześniać, kiedy przekonałam się, ile w niej trzeba pozmieniać. I tym sposobem wszystkie trzy opcje poszły w zapomnienie.&lt;br /&gt;Sukienkę Gosi – oddałam jej następnego dnia, pokornie, bo jakby ktoś miał mnie w niej jeszcze tak skomentować, jak Kamisio – to ja dziękuję. Nie będę ryzykowała.&lt;br /&gt;W zanadrzu jest jeszcze sukienka, którą pożycza mi Jola (od swojej siostry) – na razie tylko na zdjęciu – Kamisio się spodobała bardzo. Mi średniawo odpowiada kolor, jest niebieska. Zobaczymy, jaka będzie na żywo.&lt;br /&gt;No i cała nadzieja w sklepie internetowym De Facto, o którym sobie przypomniałam na samym końcu, kiedy już  mój mózg poszukiwał intensywnie cudu na wyjście z tego kryzysu sukienkowego.&lt;br /&gt;W sklepie on line znalazły się dwie fajne sukienki – różowa, która na zdjęciu wygląda w zasadzie prawie, jak moja wymarzona i biało-czarna, która jest bardzo ładna, ale trochę ciemna, jak na wesele. Za to ta podoba się bardzo Łukaszowi i Kamisio. Po krótkim namyśle zamówiłam obie, przyjdą lada dzień i miejmy nadzieję, że rozwiążą tą patową sytuację… Czekam z niecierpliwością i nadzieją! Bo inaczej to ja już nie wiem co… Kupię tą „ostateczną” chyba…. I z tyłu będę wyglądała, jak oskubany kurczak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4511309887679216927?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4511309887679216927/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4511309887679216927' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4511309887679216927'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4511309887679216927'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/i-po-opcjach.html' title='I po opcjach'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1556934131088107649</id><published>2011-08-02T21:56:00.001+02:00</published><updated>2011-08-02T21:56:52.611+02:00</updated><title type='text'>Sukienka idealna</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Trwają poszukiwania sukienki idealnej.&lt;br /&gt;Od wiosny szukam jakiejś sensownej sukienki, która by się nadawała na wesele. W maju na wesele Rafała i Anety chciałam już mieć jakąś nową, bo ileż można chodzić na wesela w jednej i tej samej sukience pożyczonej od siostry? Kamisio co prawda ma śliczną ta sukieneczkę – szara w czarne drukowane ornamenty, z błyszczącego materiału a la tafta, rozszerzana, z czarną szarfą w pasie. Super sukienka. Kupiona z resztą w Orsayu i to z jakim zaangażowaniem!&lt;br /&gt;Kamisio potrzebowała kreacji na jubileusz Zespołu Tańca Ludowego Mały Głusk, w którym tańczyła przez całą podstawówkę. Upatrzyła sobie w sklepie Orsay dwa ładne sukieneczki wieczorowe – tą szarą i taką małą czarną. Zanim jednak wybrały się po nie z Mamą, żadnej z tych sukienek już nie było w jej rozmiarze. Była niepocieszona. Ale od czego ma się siostrę? Siadłam do netu, wyszukałam sklepy Orsaya w Krakowie, gdzie Mama wtedy bywała co drugi łikend robiąc studia podyplomowe i wydzwaniałam cierpliwie do wszystkich po kolei pytając, czy mają te sukienki w rozmiarze 36. W Krakowie niestety się nie znalazły. Nic to, wzięłam na tapetę Wawrszawę, gdzie mam przecież znajomych. W Wawie znalazły się obie sukienki i to obie w jednym sklepie. Pani mi je odłożyła, a ja poprosiłam Goliszkę, aby je odebrała i mi wysłała. Aga nie miała nic przeciwko, poszła po pracy i odebrała je zaraz następnego dnia, a dwa dni później dostałam je w paczce przez Pocztę Polską.&lt;br /&gt;Sukienki były strzałem w dziesiątkę, Kamisio obskoczyła w nich jubileusz, potem jakieś inne imprezy, pewnie głównie wesela, a i ja sama skorzystałam, bo w tej szarej byłam już na 3 weselach w ciągu ostatniego półtora roku.&lt;br /&gt;Czy to jest jakiś obciach chodzić na wesela w tej samej sukience?&lt;br /&gt;No nie wiem, ja zawsze mam taki problem z kupieniem sukienki, że chętnie chodzę w jednej i tej samej, dopóki mi się nie znudzi, albo dopóki goście na kolejnych weselach nie zaczynają się powtarzać.&lt;br /&gt;Po trzecim weselu jednak miałam już lekki przesyt tej sukienki, a poza tym ona podkreśla moją niechlubną tendencję do garbienia się i czasami wyglądam w niej nieco koślawo. Poza tym jest piękna. A na dodatek na ostatnim weselu pękło mi takie plastikowe coś, w ramiączku i przez to jedno ramiączko mi odpadło. Tak sobie niefortunnie usiadłam, że ten plastikowy element w ramiączku pękł i ramiączko puściło. Zdarzyło się to w środku wesela majowego, więc musiałam jakoś sobie z tym poradzić na czas do końca wesela. Najpierw zdjęłam drugie ramiączko, ale to był zły pomysł, bo niby ta sukienka się trzymała bez nich, ale jakoś nieprzekonująco. Nałożyłam więc sobie jedno ramiączko i chodziłam do końca wesela w bolerku.&lt;br /&gt;Teraz jednak czuję potrzebę nowej kreacji weselnej. Tylko skąd ją wziąć? Po tym, jak zlazłam wszystkie sklepy wzdłuż i w poprzek i nic nie znalazłam w nich – NIC, ale to zupełnie NIC! – straciłam trochę zapał. Ostatnio w De Facto w Leclercu znalazłam jedną całkiem ładną, ale nie jakąś zachwycającą. Kolorystyka taka sobie – ecru i jakiś ciemny beż. Z przodu mogła być, tył za to miała taki sobie zwyczajny. Nie bardzo by mi do czegoś pasowała, chociaż od biedy brązowe sandały na szpilce mam, ale jednak nie była ona taka piękna, aby się nią zachwycić, a cenę swoją miała. Za 180zł wolałabym kupić coś, co do mnie naprawdę przemawia, a nie coś – cokolwiek.&lt;br /&gt;Od wiosny nie trafiłam wiec w sklepach nic, co dało by się kupić, a w tym roku, jak nigdy po sklepach chodziłam dużo. I tak o, bo akurat byłam w okolicy, więc wchodziłam bez okazji i oglądałam, co na wieszakach wisi, i po wyprzedażach chodziłam dużo. NIC. Zero ładnych sukienek koktajlowych. &lt;br /&gt;W piątek, kompletnie już zrezygnowana wpadłam na pomysł reaktywowania mojej starej sukienki, która ma nawet ponadczasowy charakter. Mama nawet w sobotę wyekspediowała Tatę do mnie z przesyłką, zawierającą oprócz pysznej szynki domowej roboty – takie rzeczy potrafi mój Tata - nowy blender Philipsa i moje stare sukienki. Jednak o ile szynka jest super, a blender wypasiony, to sukienka taka sobie. Głównie dlatego, że ma malinowy kolor, a ja jakoś dostałam alergii na czerwienie i tym podobne. Mam nawet na nią koncept, tylko ten kolo mnie odstrasza. Ale chyba coś z nią pokombinuję, będzie w razie czego kolejne wyjście awaryjne.&lt;br /&gt;Po tym, jak już sobie pojęczałam, ze nie mam w czym iść, a wesela przede mną dwa – Gosia pożyczyła mi jedną swoją sukienkę, która na słowo honoru jest dobra na mnie, chociaż ja nie jestem tak hojnie obdarzona przez naturę – i która jest bardzo ładna. Nie leży jednak na mnie zbyt świetnie, więc nie do końca rozwiązała mój problem. Jest natomiast wyjściem awaryjnym, w razie jakby coś. Potem Jola, którą już przeciągnęłam po sklepach, w poszukiwaniu sukienki idealnej – wpadła na pomysł, że pożyczy od siostry jakąś sukienkę, która by się nawała. I sądząc po zdjęciu nadawała by się, pod warunkiem, że będzie na mnie dobra. Przekonamy się.&lt;br /&gt;Ja jeszcze szukam. Może coś wpadnie w ostatnim momencie. Trochę to nie jest w moim stylu, żeby tak zostawiać to na ostatnią chwilę, bo to poważny zakup, a w sobotę pierwsze wesele. Ale co zrobić…&lt;br /&gt;Magda, która będzie panną młodą na drugim weselu w przyszłym tygodniu, zapytała mnie dzisiaj, czy kupiłam już sukienkę. Hmm… dobre pytanie. Bardzo na miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1556934131088107649?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1556934131088107649/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1556934131088107649' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1556934131088107649'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1556934131088107649'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/sukienka-idealna.html' title='Sukienka idealna'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-2583592524508135512</id><published>2011-08-02T21:52:00.000+02:00</published><updated>2011-08-02T21:53:33.592+02:00</updated><title type='text'>Co likend to gorszy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dwa tygodnie temu w łikend opalałam się na trawniku u rodziców i przez dwa dni mniej lub bardziej korzystałam ze słońca. Skóra mi właśnie schodzi po tym opalaniu, ale bardzo delikatnie, wiec nie ma tragedii.&lt;br /&gt;W zeszłym tygodniu w łikend chciałam powtórzyć ten wyczyn, razem z Amelką, ale niestety pogoda nie była sprzyjająca. Na łikend do rodziców zabrałam się już w piątek po południu, Mama i Amelka przyjechały po  mnie, zapakowałam szczoteczkę do zębów i gry planszowe i wyprowadziłam się z mieszkania na prawie 3 dni. Łukasza też nie było, bo to był łikend jego męskiego wyjazdu w plener, więc nie bardzo był sens siedzenia samej w mieszkaniu. Za to u rodziców była Amelka, atrakcja sama w sobie. Poza Mamą jednak wszyscy inni wyjechali, więc miałyśmy damski łikend.&lt;br /&gt;W Sb rano świeciło słońce. Trochę z przerwami, ale jednak świeciło. Ciepło nie było, bo dzień wcześniej popadywał deszcz, ale co tam! Amelce i mi nie było to straszne – koło 11-tej uznałyśmy, że już jest ciepło i można iść opalać się. Amelka ma ładną opaleniznę wszędzie poza brzuchem i plecami, bo opalała się w jednoczęściowym stroju kąpielowym. Ja miałam tylko lekkie jasne paski po sznurkach od bikini na plecach. Ubrałyśmy więc obie bikini -Amelka moje, a ja wyciągnęłam z szuflady od Kamisio - i wypełzłyśmy na trawnik przed domem.&lt;br /&gt;Ciepło nie było. Nawet trochę ciepło nie było. Pościeliłyśmy sobie na trawniku koc, ale Mama chwilę potem przyniosła nam więcej warstw posłania, bo ziemia mokra, więc jak księżniczki na ziarnku grochu miałyśmy leżeć na kilku warstwach piernatów. Dwie minuty później leżałyśmy już na tych kocach, ale że słońce ciągle zachodziło i wiał naprawdę zimny wiatr, więc jednym kocem się przykryłyśmy. Na tym etapie miałyśmy już zimne nosy i świetną zabawę. Opalanie szło nam pierwszorzędnie, w tych rzadkich przerwach, kiedy słonce wychodziło zza chmur, my wypełzałyśmy spod koca. Poza tym leżałyśmy szczelnie owinięte kocem po samą szyję i kombinowałyśmy, jak też może nam być cieplej. Ponieważ twardo obstawałyśmy przy planie opalania się, więc tak proste rozwiązanie, jak nałożenie na siebie ciepłego ubrania, nie wchodziło w grę.&lt;br /&gt;Koc trochę nam uniemożliwiał zabawę, a Amelka zabrała ze sobą malowanki i kredki, dziecko więc wymyśliło, że od wiatru ochroni nas… namiot! Od słońca też, ale że słońce w zasadzie nie wyglądało zza chmurek, więc nie było to problemem.&lt;br /&gt;Poleciała do garażu, gdzie Dziadziek trzyma namiot i po chwili już stawiałyśmy mały zgrabny zielony namiocik. Uwinęłyśmy się z nim w try miga, bo to taki bardzo łatwy, nowoczesny namiot, w którym tylko trzeba poskładać pałąki z kilku części połączonych sznurkiem, nawlec na nie namiot i już stoi. 4 śledzie i gotowe. Nasze posłanie przeniosło się do namiotu, a razem z nami i pies Toffik, któremu było chyba zimno odkąd go ogolili na krótko. Wygląda znów, jak dywan w kolorze… no takim kolorze… powiedzmy toffi, jak i jego imię wskazuje. Każdy wie, jaki to kolor. I z czym się kojarzy.&lt;br /&gt;W namiocie zabawa była przednia, malowanki zostały uskutecznione, pies się wyspał, deszcz pokropił, ale nie napadał nam do środka, było prawie ciepławo… ale po jakiejś godzinie już miałyśmy dość i zwinęłyśmy się do domu. Na tym skończyło się opalanie na cały zeszły łikend.&lt;br /&gt;Przeniosłyśmy się z Amelką do domu, gdzie było ciepło i było ubranie i nałożyłyśmy na siebie spodnie i bluzki z długim rękawem. Było to zdecydowanie rozsądniejsze, chociaż mniej zabawne.&lt;br /&gt;Amelka śmiała się, że tak się opaliłyśmy, że aż jesteśmy białe, chociaż tak w prawdzie to byłyśmy tylko w białe paski.&lt;br /&gt;W tym tygodniu w łikend lał deszcz. Między kolejnymi ulewami były tylko chwile przerwy. Zimno było do tego i wcale nieprzyjemnie. W Sb rano poszłam na balkon, sprawdzić, jaka pogoda i tak już tam zostałam, bo naszła mnie wena na zrobienie porządku na balkonie.&lt;br /&gt;Balkon był cały zasypany płatkami pelargonii, które się poprzyklejały do terakoty i ją pobrudziły. Do tego ostatnio wiatr zwalił mi z parapetu małą doniczkę z kwiatkiem i rozsypała się ziemia. Niby to zgarnęłam, ale że po ciemku i tylko tak prowizorycznie, aby kwiatek posadzić do tej doniczki, więc resztki tej ziemi zdobiły środek balkonu już z 3 dni. Poza tym pelargonie rosną mi bujnie (ku rozpaczy ciecia, który zamiata ich płatki z podjazdu pod blokiem) więc musiałam im pourywać poprzek witane pąki kwiatów. A że ostatnio coś jednak to słońce świeciło, a ja je mniej podlewałam, wiec miały trochę pousychanych liści. No i koniec końców, zaczęłam te porządki w tą zimnicę, ubrana tylko w kusą koszulkę nocną na ramiączkach i w dodatku jeszcze w deszcz, który padał naprawdę ostro, ale na balkon prawie nie zacina. Łukasz tylko krzyczał na mnie, abym się ubrała, bo się przeziębię. W końcu faktycznie dałam za wygraną i się ubrałam w bluzę i spodnie, bo tym porządkom nie było końca, a ja po jakiejś godzinie zmarzłam. Balkon uporządkowałam pięknie, zajęło mi to ponad 2h, wywiało mnie i miałam już tej pogody dosyć na cały łikend.&lt;br /&gt;Aż boję się pomyśleć, jaka będzie pogoda za tydzień. Normalnie przy pogarszającej się w tym tempie pogodzie, zanosi się na przymrozki, tudzież śnieżyce! Gdzie to lato? Lipiec niby miał być brzydki, ale żeby aż tak?! Normalnie, jak w listopadzie… deszcz, deszcz, deszcz… Zimno. I deszcz, deszcz, deszcz…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-2583592524508135512?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/2583592524508135512/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=2583592524508135512' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2583592524508135512'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2583592524508135512'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/08/co-likend-to-gorszy.html' title='Co likend to gorszy'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8479354614109471563</id><published>2011-07-27T22:45:00.000+02:00</published><updated>2011-07-27T22:46:23.684+02:00</updated><title type='text'>Kolejne cięcie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W piątek po pracy poszłam do fryzjera. Byłam w desperacji i musiałam już uciec się do pomocy specjalisty, bo jak nie od włosów, to chyba musiałabym pójść do jakiegoś od głowy.&lt;br /&gt;Zapuszczam te kłaki z zacięciem, od ostatniego obcięcia na krótko w grudniu ale za to bez efektów. Chodziłam do fryzjera koło naszego bloku, ale po kilku wizytach przestałyśmy się z tą panią rozumieć. Obcięła mnie w grudniu tak dziwacznie, że włosy mi się nie układały potem przez długi czas. Miałam bardzo kiepsko na czubku obcięte, jakoś wycieniowane czy wypazurkowane, w każdym razie powodowało to, że warstwa dłuższych włosów była nad warstwą krótszych i przez to się wyginały w cały świat. Przyklepywałam to na żel przez długie tygodnie i jakoś doczekałam, kiedy mi to odrosło. W międzyczasie dół trzeba było podcinać, aby się to jakoś układało. No i co? Za każdym razem laska tachała mi włosy z rozmachem, cieniowała i potem musiałam to wyrównywać sobie sama, w miarę, jak mi włosy odrastały i to cieniowanie sprawiało mi problemy przy układaniu. Po chyba 3 podejściach postanowiłam, że więcej nie pójdę do niej, będę czekała, że mi włosy urosną i jakoś przetrwam tą fazę wieśniaczą. Szło mi dobrze dopóki nie doszłam do etapu, kiedy włosy zaczynają żyć własnym życiem i nie da się ich okiełznać. Wtedy dorwałam się do nożyczek i zaczęłam je sobie sama poprawiać. Moje kiepskie doświadczenia z fryzjerami doprowadziły mnie już do takiej ostateczności.&lt;br /&gt;Podcinałam sobie je po trochu przez kilka dni. Niewiele to dawało, chociaż przyznam, że coś dawało. Z przodu przypinałam włosy spinką, zaczesane do góry, aby się nie wywijały.&lt;br /&gt;W łikend Mama zapytała mnie, co ja mam z tym obcinaniem i jak ja chcę aby mi te włosy odrosły, skoro ciągle je podcinam. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że faktycznie coś z tym obcinaniem mam, coś bliżej niesprecyzowanego, aczkolwiek kompulsywnego, co pcha mnie do wycinania sobie niesfornych kosmków. Zastanowiło mnie, czy mam się już tym martwić i zacząć się leczyć, czy może dam radę sama oderwać się od nożyczek?&lt;br /&gt;Na drugie pytanie odpowiedź brzmi: nie wiem. Cudem chyba.&lt;br /&gt;Lepsza akcja jednak była w zeszłym tygodniu, kiedy nawiedził nasz pokój w pracy jeden kolega, który ma zwyczaj bezpardonowego komentowania mojego wyglądu. Ogląda mnie zazwyczaj od góry do dołu, po czym mówi coś w stylu: nawet ładne masz to, czy to mi się nie podoba. Znieczuliłam się na te komentarze i zazwyczaj puszczam je  mimo uszu. Ale ostatnio obejrzał mnie, po czym zapytał: co ci się stało we włosy?&lt;br /&gt;No na to już się zagotowałam! Ja tu się staram zamaskować moją fazę wieśniaczą, podpinam je spinką, zbieram jak mogę, prostuję, wyciągam na szczotkę, a ten mi tak dojechał! No ale cóż, w zasadzie to nie mogłam się za bardzo dziwić, naprawdę miałam nieszczęśliwe coś na głowie, co nie można było nazwać fryzurą. Gryzło mnie to przez 2 dni, po czym nie wytrzymałam i w piątek wyszłam z pracy z mocnym postanowieniem pójścia do pierwszego lepszego fryzjera, jaki się popadnie na drodze z pracy do domu. Zakładów jest sporo, dwa z nich spalone już od dawna, no ale jest w czym wybierać.&lt;br /&gt;Poszłam więc do zakładu, o którym dawno temu mówił mi Łukasz. Spotkał kiedyś kolegę wychodzącego od tego fryzjera, który zachwalał, że jest to bardzo dobry, popularny i mający renomę zakład. A że Darek o włosy dba, ma bujną czuprynę i zawsze ładnie obciętą, więc postanowiłam i ja zaryzykować. Przyjęli mnie z marszu, bo akurat jakaś klientka spóźniła się o godzinę (to tak można?). Obcinała mnie chuda blondynka, bardzo delikatna i bardzo serio podchodząca do sprawy.&lt;br /&gt;Zastosowała nowatorskie  cięcie, jak na moje włosy – dolna warstwa minimalnie krótsza, aby górna pod ciężarem opadała prosto i nie wyginała się. I chociaż spierałam się z nią, czy to zda egzamin,  pozwoliłam jej na taki eksperyment. Już w Sb układając włosy przekonałam się, że to obcięcie sprawdziło się, włosy faktycznie nie wywijają mi się już i łatwo się je układa. No i nie wyglądam już jak wypłosz! Podobno nie widać za bardzo różnicy, no ale w końcu nie skracałam ich, bo przecież zapuszczam… Za jakąś dekadę mi urosną… :)&lt;br /&gt;No i przy takim obcięciu nie mam szansy na poprawienie sobie czegokolwiek, bo mogę sobie co najwyżej zepsuć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8479354614109471563?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8479354614109471563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8479354614109471563' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8479354614109471563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8479354614109471563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/kolejne-ciecie.html' title='Kolejne cięcie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-796645695885385137</id><published>2011-07-19T23:59:00.001+02:00</published><updated>2011-07-19T23:59:39.678+02:00</updated><title type='text'>Łikendowe opalanie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Spędziłam łikend u rodziców. I wyjątkowo – po raz pierwszy odkąd się wyprowadziłam, czyli od prawie 4 lat – zanocowałam nawet u rodziców.&lt;br /&gt;W obydwa dni leżałam plackiem na trawniku przed domem i opalałam się. Głównie w niedzielę, bo w sobotę szybko przyszły chmurki i opalanie skończyłam koło 14tej. W niedzielę za to byłam twarda, wykorzystałam słońce maksymalnie.&lt;br /&gt;W domu byłyśmy same z Mamą. I Babcią, która niestety nie jest już towarzystwem, a tylko wymaga opieki. Zwierzaków nie liczę, chociaż pies chodził za mną, jak cień. Chyba z braku Kamisio przerzucił się na mnie. Wystarczyło, że się ruszyłam, już podążał moim śladem. Nawet wyjątkowo nie kichałam na niego, ale to pewnie zasługa leków przeciwalergicznych, którymi się zabezpieczyłam przed nim. Normalnie to po pół godzinie u rodziców kicham i prycham, oczy mnie swędzą i cierpię katusze.&lt;br /&gt;Fajnie było. Mama prała, ja wieszałam i zbierałam pranie. Najadłam się malin prosto z krzaczka, trochę posprzątałam, przeczytałam prawie całą książkę, wysłuchałam całego słuchowiska „Nowy wspaniały świat” i obejrzałam pół filmu „Lucky number Slevin”.&lt;br /&gt;Początkowo miałam pojechać na opalanie w sb. Łukasz w pt miał wieczorem spotkanie ze znajomymi z pracy i wrócił w środku nocy. Oczywiście w Sb leczył kaca. Nie wiem, jak długo, bo mnie nie było, ale zapowiadało się, że zajmie mu to większą część dnia. Więc zapakowałam bikini, krem do opalania i książkę i pojechałam do rodziców. Słońce mi zrobiło psikusa i w połowie dnia przestało świecić, ale tak było fajnie, że wcale mi to nie przeszkadzało. Zajęłam się sprzątaniem z Mamą i molestowaniem jej, że teraz ja jej pomaluję włosy. Łukasz żył, kac mu minął po południu i wrócił do krainy żywych.&lt;br /&gt;Wieczorem zadzwoniłam z informacją, że śpię u rodziców. To Łukasza mocno zdumiało i nawet nie uwierzył mi, myślał, że dzwonię spod bloku i tylko tak żartuję. Ale ja nie żartowałam, właśnie miałyśmy z Mamą plan na wypicie Martini i wieczorny relaks. Łukasz w końcu mi uwierzył, ale wymagało to dłuższej perswazji i tłumaczenia, że nie, nie żartuję, naprawdę będę spała u rodziców.&lt;br /&gt;Rano zerwałam się z łóżka o 7.30 gotowa do opalania, bo słonce świeciło, jak szalone od 5tej chyba. Mniej więcej od tej godziny Łukasz był na rowerze. Zaliczył już Zalew Zemborzycki i kiedy do niego napisałam SMSa był już na dworcu PKP. Przyjechał więc do nas na śniadanie. Posiedział chwilę, po czym pojechał, a ja wypełzłam na swoją ulubioną miejscówkę: trawnik przed domem i zajęłam się opalaniem. W końcu to było głównym celem mojego łikendu.&lt;br /&gt;Opalałam się już tydzień wcześniej, też w łikend i też w obydwa dni, wtedy w domu był tylko Tata dla odmiany. Mama pojechała do Babci do Kielc, a Kamisio i ja zajmowałyśmy się tą Babcią. Po sobocie Łukasz stwierdził wtedy, że opaliłam się bardziej z tyłu, więc w ndz twardo opalałam przód. Efekt był taki, że w ndz wieczorem okazało się, że mam przypieczony na brązowo-różowo przód, a tył taki sobie lekko opalony. W ten łikend więc opalałam bardziej plecy. Efekt jest taki, że mam spoko przód i przypalony na brązowo-różowo tył. Słowo daję, że stara jestem, ale rozumu mi nie przybywa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-796645695885385137?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/796645695885385137/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=796645695885385137' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/796645695885385137'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/796645695885385137'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/ikendowe-opalanie.html' title='Łikendowe opalanie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-816567959262243736</id><published>2011-07-19T23:58:00.001+02:00</published><updated>2011-07-19T23:58:58.876+02:00</updated><title type='text'>Nie ma to jak natura</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jakiś czas temu Just poleciła mi farby ziołowe do malowania włosów Venita Henna. Dosyć długo zbierałam się do ich wypróbowania, ale kiedy pod koniec zeszłego roku zamalowałam moje pasemka, postanowiłam sięgnąć po ten wynalazek.&lt;br /&gt;Just hennę bardzo sobie chwaliła. Najpierw tych farb ziołowych używała jej Mama, potem i Just się na nie przerzuciła. Już po kilku miesiącach miała dużo mocniejsze włosy. &lt;br /&gt;W styczniu więc kupiłam sobie hennę Vinity i wypróbowałam. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tą farbą pod każdym względem. Nakłada się ją prosto z tubki,  z niczym jej nie trzeba mieszać, po prostu otwierasz tubkę i wyciskasz na włosy, rozprowadzasz metodą i po krzyku. Nie ma amoniaku,ani utleniaczy, więc nie niszczy włosów, nie szczypie w skórę głowy. Za to ładnie pachnie i nie farbuje skóry głowy prawie wcale. Włosy natomiast farbuje pięknie, a co najlepsze – zostawia je gładkie i błyszczące.&lt;br /&gt;Po nałożeniu trzeba nałożyć foliowy czepek, albo zawinąć włosy w folię, nałożyć ręcznik i trzymać w cieple około godziny. Ciepło aktywuje farbę. Potem się ją spłukuje bez problemu i nawet przy kolejnych myciach woda z włosów jest mniej zafarbowana, niż po zwykłych chemicznych farbach.&lt;br /&gt;Po kilku miesiącach malowania tylko henną, miałam gładkie i lśniące włosy i zaczęłam się zastawiać po co w ogóle są odzywki do włosów? Po umyciu miałam tak samo gładkie włosy bez nałożenia odzywki, jak i po odżywce. Przestałam więc stosować odzywki i tylko czasem stosowałam szampon 2 w 1 – od razu z odżywką.&lt;br /&gt;Dziwiłam się tak przez kilka tygodni do czasu, kiedy musiałam zamalować te nieudane pasemka i nagle moje włosy zostały potraktowane 2x farbą chemiczną. I wtedy zrozumiałam, że po takim zabiegu odżywka jest konieczna, bo bez niej nie daje się w ogóle rozczesać tego kołtuna z siana, jakim stają się włosy.&lt;br /&gt;Wracam do henny. Mam gdzieś te farby chemiczne, tylko mi zniszczyły włosy. Teraz znów będę musiała czekać ładnych kilka, czy kilkanaście tygodni zanim będą takie gładziutkie i mięciutkie i lśniące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-816567959262243736?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/816567959262243736/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=816567959262243736' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/816567959262243736'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/816567959262243736'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/nie-ma-to-jak-natura.html' title='Nie ma to jak natura'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1439316837224886968</id><published>2011-07-19T23:56:00.001+02:00</published><updated>2011-07-19T23:57:53.281+02:00</updated><title type='text'>Skąd się biorą muszki owocówki</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mamy w pracy takiego małego kwiatka, który je muchy. Ma długie wąskie listki z mnóstwem wystających pypków, na końcu których ma klej. Jak siądzie na nim owad, to się przykleja, a kwiatek zwija listek w trąbkę i zjada robaczka. A może nawet nie zwija listka, tylko wysysa z muszki sok… Przykleja ją jednak do siebie na pewno.&lt;br /&gt;Kwiatka zostawił nam Darek, który wyemigrował do Warszawy. Kwiatek ogólnie jest zielony (aktualnie sczerwieniał nie wiedzieć czemu) więc robi sobie fotosyntezę i sam się żywi. Czasem jednak łapie jakąś mikro muszkę i potem tylko leży na listku jej truchło. Muszki jednak latają tylko w lecie, wiadomo w zimie owad  nie jest w stanie sprostać naszemu klimatowi. Od jesieni kwiatek wiec jest zdany wyłącznie na fotosyntezę i musi sobie radzić sam.&lt;br /&gt;Jakiś czas temu , na wiosnę,  chcieliśmy kwiatka dożywić i dać mu muszkę do zjedzenia. Ale wtedy akurat nie  było żadnych muszek, nic nie fruwało, a już tym bardziej na wysokości 8go piętra. Wpadliśmy więc na pomysł, aby  wyhodować sobie muszkę owocówkę. Zazwyczaj owocówek jest wszędzie pełno, wystarczy zostawić niedojedzone jabłko, a już następnego dnia roi się koło niego od muszek.&lt;br /&gt;Założyliśmy więc hodowlę, koleżanka poświęciła na to dwa plasterki swojego pomidora.&lt;br /&gt;I wtedy Karol zainteresował się, skąd się w ogóle biorą muszki owocówki?&lt;br /&gt;No faktycznie, pytanie jak najbardziej na miejscu, wszędzie ich pełno, ale w zasadzie to nie wiadomo skąd one przylatują…? Wiadomo, że się rozmnażają błyskawicznie, ale te pierwsze przecież muszą skąd się wziąć, inaczej nie miało by co się rozmnażać.&lt;br /&gt;Zaczęliśmy ten temat zgłębiać. Pierwsze co się robi, kiedy jest jakieś pytanie, to oczywiście wujek Google. Zapytałam więc Google, skąd są muszki owocówki i najpierw przeczytałam na wikipedii zdumiewające informacje o tym, że –cytuję:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;„Owad ten jest też jednym z pierwszych zwierząt wykorzystywanych w bioastronautyce – od 1952 w lotach balonowych w górne warstwy atmosfery – i pierwszym zwierzęciem umieszczonym przez ludzi w przestrzeni kosmicznej (20 lutego 1947).”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Następnie trafiłam na dwa fora, na których ktoś już to pytanie zadał.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://pytamy.pl/title,sk-d-sie-bior-muszki-owoc-wki,pytanie.html"&gt;Forum 1&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.paranormalne.eu/forum/index.php?showtopic=6750"&gt;Forum 2&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu zaczęła się zabawa! Fora były krótkie, za to bardzo treściwe i tak komiczne, że prawie się popłakałam ze śmiechu! Ludzie to mają fantazję!&lt;br /&gt;Od pytania o trywialną rzecz: skąd się biorą muszki owocowe, forumowicze wysnuli teorię ewolucji, teleportacji, innym wymiarze.&lt;br /&gt;Niektórzy robią też eksperymenty typu zostawiają owoc w zamkniętym szczelnie słoiku i sprawdzają po kilku dniach czy w środku są muszki. Jeśli są, to… dziwne, bo przecież przez zamknięty szczelnie słoik nie mogły przeniknąć. Eksperymenty są świetne, podziwu godna kreatywność ciekawskich. Az sama nabrałam ochoty na jakiś eksperyment. Przypomniało mi się z sentymentem, jak to w podstawówce robiło się eksperymenty – nie tylko w szkole, na chemii czy fizyce, ale i w domu. Każdy chyba przerobił kryształki soli na nitce…&lt;br /&gt;Najlepsze było jednak to drugie forum – kiedy je czytałam, śmiałam się na głos! Poszli już po całości. A komentarze, przygadywania i Lektura, aż miło! Opowieść o tajemniczym gatunku mrówek, które teleportują swoją Królową Matkę pełną jaj do większej komnaty jest zadziwiająca. Może i faktycznie coś w tym jest, ale cokolwiek by to nie było, samo czytanie tych forów dostarczyło mi tyle radości, że już na dalszy plan zeszło zagadnienie mrówek-teleportówek i muszek owocówek pojawiających się znikąd i bez ostrzeżenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1439316837224886968?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1439316837224886968/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1439316837224886968' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1439316837224886968'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1439316837224886968'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/skad-sie-biora-muszki-owocowki.html' title='Skąd się biorą muszki owocówki'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5696260625413944820</id><published>2011-07-19T23:55:00.000+02:00</published><updated>2011-07-19T23:56:23.088+02:00</updated><title type='text'>Testy wytrzymałości cierpliwości</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ciąg dalszy wieści z pola bitwy.&lt;br /&gt;Tata wybrał się do mechanika, aby umówić się, kiedy można mu podstawić samochód do warsztatu.&lt;br /&gt;Mechanik popytał, co Tata już wymienił i kiedy usłyszał, że czujnik temperatury, zapytał czy wymienione są obydwa czujniki. To przypomniało Tacie, że w samochodzie są dwa  czujniki temperatury, a w Oplu był wymieniony jak dotąd jeden. Jest jeszcze jeden, gdzieś przy chłodnicy, który włącza wiatrak, jeśli temperatura silnika przekroczy ileś tam, może 95 stopni. W każdym razie ten działa zazwyczaj w korkach, kiedy nie ma przepływu powietrza, które samo ma właściwości chłodzące.&lt;br /&gt;Tata kupił więc drugi czujnik i wczoraj usilnie działał przy aucie.&lt;br /&gt;Najpierw robił testy, a zależało mu na tym, aby samochód zgasł. Samochód więc chodził sobie na podwórku, grzał się, Tata nawet rozważał opcję pogrzania go suszarką do włosów, ale samochód jak na złość nie chciał zgasnąć. Potem jeździła nim po mieście Kamisio, która akurat miała coś do załatwienia. Oczywiście Tata poinstruował Kamisio, co ma zrobić, jak jej samochód zgaśnie. Kiedy mi to Mama opowiedziała, zapytałam, czy instrukcja brzmiała: „Zjedź na pobocze, chodnik lub najbliższy pas zieleni, zanim jeszcze samochód straci rozpęd”. W sumie to nie dowiedziałam się, jakie też były te instrukcje, ale chyba nie odbiegały za daleko od tej mojej wersji. W zasadzie to trzeba dawać instrukcje do jeżdżenia tym samochodem na zasadzie: jak jeździć najbezpieczniej i najmniej narażać się na uszczerbek na zdrowiu lub życiu w przypadku zaśnięcia auta. Pierwsza zasada powinna brzmieć: jeździj zawsze przy prawej stronie jezdni, aby w razie, jak auto zgaśnie, być blisko pobocza, chodnika lub trawnika.&lt;br /&gt;Kamisio w każdym razie była na mieście i wróciła sama, bez holowania. Samochód nie zgasł. Jak na złość, skoro Tacie na tym zależało. A chyba chciał wtedy wymienić ten czujnik i zobaczyć czy zapali. Nie wiem tylko kto tu kogo testował, czy Tata testował samochód, czy samochód testował Tatę, np. pod kątem wytrzymałości... na złośliwość rzeczy nieożywionych. Dodam: a wkrótce martwych, bo jak ten rzęch nie zacznie współdziałać, to go ukatrupię chyba. I oddam na złom.&lt;br /&gt;W końcu więc Tata zrezygnował z testów i wymienił czujnik i… i wtedy mu samochód zgasł. :P&lt;br /&gt;No ja już nie mam nic do dodania w tym temacie. Tata zdaje się też nie, bo już umówił mechanika, kiedy mu podstawi do warsztatu auto. Ciekawe co ten mechanik wymyśli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5696260625413944820?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5696260625413944820/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5696260625413944820' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5696260625413944820'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5696260625413944820'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/testy-wytrzymaosci-cierpliwosci.html' title='Testy wytrzymałości cierpliwości'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-9102677519030640489</id><published>2011-07-19T23:54:00.000+02:00</published><updated>2011-07-19T23:55:13.283+02:00</updated><title type='text'>Astra 1 - zabytek</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Synek Ewy zna się bardzo dobrze na samochodach. Ma to po Mamusi.&lt;br /&gt;Maluch ma 4 latka, no niecałe 5, a o samochodach wie już tyle, że niejednego dorosłego by zagiął. Jego wiedza z resztą jest systematycznie poszerzana, bo już od jakiś 2 lat mały rozpoznaje na drodze prawie wszystkie auta. Chyba nauczył się je rozpoznawać wcześniej, niż nauczył się mówić, bo czasami mam wrażenie, że ten maluch ma w głowie taką skrytkę z informacjami o modelach i markach aut.&lt;br /&gt;Rozmawiając z nim, ja czuję się trochę, jak ignorant i często jestem w kropce i nie wiem, co małemu mam odpowiedzieć na jego bardzo rzeczowe pytania.&lt;br /&gt;Najlepsze jest to, że jak Marcel kogoś poznaje, to zawsze pyta o to, jaki ma samochód. Taki ma zwyczaj, zupełnie zwyczajna rzecz, prawda? Imię, może być nazwisko, ale musi być samochód.&lt;br /&gt;Ewa opowiedziała mi dzisiaj, o wczorajszej rozmowie z małym. Ewa ma potrzebę pochodzenia do klubu fitness. Zastanawiała się, jak to zrobić, skoro zaraz po pracy odbiera synka z przedszkola. Zaproponowałam jej, że mogę ja po pracy z nim zostać chwilę. Klub jest niedaleko pracy, potrzebne jej tylko pół godziny, karnet ma 10 wejść, wiec to nie dużo.&lt;br /&gt;A jeszcze bliżej pracy i przedszkola jest wypróbowany plac zabaw, na który czasem Ewa wysyła małego, a my siadamy na ławeczce przy piaskownicy i plotkujemy. Ewa zezuje na Marcela, który bryka po tych drabinkach na placu zabaw, jak mała małpka. Nie ma więc problemu, możemy z Marcelem pobrykać po tym placu zabaw, zanim Ewa wróci z klubu.&lt;br /&gt;Ewa więc wczoraj zapytała Marcela czy czasem mogłaby go odebrać ciocia (tfu! Żadna ciocia ale Ewa tak mnie tytułuje) Justynka. Marcel odparł na to, że tak, może. Po czym po chwili zapytał: a jaki ona ma samochód? Ewa odpowiedziała, że Opla Astrę. Na co mały zapytał jej: 2,3 czy 4?&lt;br /&gt;Na to już Ewa zgłupiała i zabrakło jej odpowiedzi, ale z pomocą pospieszył jej mąż, informując małego szpiega, że 1. No pewnie, takie truchło, to tylko może być 1.&lt;br /&gt;Marcel na to z entuzjazmem: 1? On jeszcze nie widział 1!&lt;br /&gt;No i pewnie nie zobaczy, bo przecież nie jeździ! Ale ta rozmowa mnie tak rozbawiła! Mam tak stary samochód, że nawet dziecko takiego nie zna. Chociaż z drugiej strony mnóstwo jest takich jedynek na polskich drogach. Widocznie to taki rupieć, że nawet sobie nim mały nie zawracał głowy.Ale nie powiem, trochę to nawet było miłe, że dziecko się rozentuzjazmowało moją Astrą 1.&lt;br /&gt;Ewa skomentowała to tak, że Mały ma chyba w głowie olej napędowy. Może i olej mu w głowie, samochody na pewno.:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-9102677519030640489?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/9102677519030640489/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=9102677519030640489' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9102677519030640489'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9102677519030640489'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/astra-1-zabytek.html' title='Astra 1 - zabytek'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5732042437371024809</id><published>2011-07-19T23:52:00.001+02:00</published><updated>2011-07-19T23:54:19.467+02:00</updated><title type='text'>Sweterki</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Kamisio jakiś czas temu kupiła sobie sweterki rozpinane na allegro. Bardzo fajne, taniutkie, bardzo dobrze się noszą.  Kupiłam sobie i ja takie. Ostatnio jednak brakuje mi jeszcze z dwóch kolorów, bo nie mam za bardzo co zakładać do różowych, czy fioletowych rzeczy. A są bardzo fajne na lato, bo to jest taka trochę sznurkowa dzianina, nie wełniana, nie są więc gorące, ale takie w sam raz, cieniutkie na lato.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Przepatrzyłam więc tą aukcję i postanowiłam sobie zamówić jeszcze jakiś. Zapytałam też Joli czy nie chce jakiegoś, ale Jola długo się wahała i namyślała. Ja równie długo nie zamawiałam, bo jakoś ostatnio wykosztowałam się i nie mam z czym szaleć. No i tak sprawa tkwi w zawieszeniu, ale nadal jest aktualna, ja cały czas zamierzam sobie jakiś sweterek dokupić.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;I dzisiaj w kuchni odbyła się taka rozmowa między Jolą a mną:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jola: &lt;/span&gt;Kupiłaś już te sweterki na allegro?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja: &lt;/span&gt;Jeszcze nie, bo trzeba za nie zapłacić…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jola:&lt;/span&gt; To jak będziesz kupować, to daj znać, kupiłabym sobie biały. To pewnie nie będzie bardzo biały.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja:&lt;/span&gt; Mam biały i w nim nie chodzę.  Jest bardzo biały.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jola:&lt;/span&gt; A dlaczego w nim nie chodzisz?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja: &lt;/span&gt;Bo mi do niczego nie pasuje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jola:&lt;/span&gt; To po co kupiłaś?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja:&lt;/span&gt; Bo wydawało mi się, że mi będzie pasował.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Jola: To jak nie chodzisz, to ja go od ciebie odkupię.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja:&lt;/span&gt; To wtedy dopiero mi będzie do wszystkiego pasował!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;To sama prawda. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Pozbywanie się ubrań jest trudnym zadaniem i zawsze potem się na człowieku (czytaj: kobiecie) mści. Nie ma to jak stara szafa, do której można wszystkie rzeczy nieużywane odłożyć. Nie można jednak mieć starej szafy w bloku, no chyba, że ma się iście królewski metraż. Ja póki co raz tylko oddałam pudło ubrań do sprzedania, Łukasza Mama obróciła je w wymierny zysk. Ale w zasadzie to teraz mi dwóch bluzeczek szkoda i od tej pory już nie pozbywam się ubrań lekką ręką. Za to wywożę do rodziców do starej szafy. Niektóre z dedykacją, że jeszcze po Ne wrócę, niektóre po prostu, bo nie chodzę, nie lubię, nie podobają mi się, są niemodne i nie zamierzam ich więcej na siebie założyć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Są takie ubrania, które są ponadczasowe i się nie starzeją. Można je nosić w nieskończoność. I nie mówię tu tylko o podkoszulkach, których nie widać, więc nie muszą być modne. Niektóre koszule czy żakiety, spódnice, czy nawet klasyczne spodnie. Dają radę przez wiele sezonów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Ale są takie ubrania, których po jakimś czasie już nie da się nosić, aby nie wyglądać biednie. Są takie tkaniny, które były modne, ale już od dawna nie są i nikt już nic z nich nie szyje, a jeśli ktoś je zakłada, to wygląda w nich… właśnie, jakby wyjął to ze starej szafy. Są takie fasony czy wzorki, które się przestarzały i nie da rady ich teraz nosić, choćby nie wiem co. Takie ubrania mogę sprzedać czy oddać do kontenera PCK bez żalu. Wiem, ze ich więcej nie założę. Np. bluzki tekstylne sprzed jakiś 10 lat. Teraz wyglądają śmiesznie, a kiedyś były takie modne. Swetry. O rany, jak ja niecierpię swetrów, takich grubych.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Ostatni remanent w szafie zrobiłam jakiś miesiąc temu. A zbierałam się do niego chyba z pół roku! Zrobiłam go w końcu głównie dlatego, że nic mi się już nie mieściło w szafie, a cześć rzeczy leżało odłogiem i wcale ich nie nosiłam, wiec tylko zabierały miejsce. Wywiozłam do rodziców stertę ubrań, jakby Tata to zobaczył to pewnie by załamał ręce. W starej szafie też już się w zasadzie nic nie mieści. O dziwo wielkiego luzu w mojej szafie nie przybyło od tego wywożenia rzeczy nieużywanych. Trochę tylko porządek zapanował. Ale co? Miałam do upchnięcia już następne, czekające w kolejce na miejsce w szafie. Siostra też zrobiła porządek w swojej szafie, a ona rozstaje się z ubraniami bez sentymentu na zasadzie - nie noszę rok, to wywalam. Ma to więcej sensu, niż moje odkładanie na święte nigdy. Kiedy więc Kamisio wywaliła dwa wory ubrań, ja przygarnęłam jakąś 1/4 tego asortymentu, bo są one bardzo śliczne i bardzo mi pasują. Przyjechałam do domu z siatą ciuchów, na co ręce załamał Łukasz i zapytał mnie gdzie niby ja zamierzam to trzymać, skoro płaczę, że już mi się ubrania do szafy nie mieszczą. W odpowiedzi na ten, jakże przemawiający do rozsądku argument, ja wypatroszyłam moją szafę i wywiozłam do rodziców swoje dwa worki ciuchów. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Chwilowo mam spokój. W szafie się mieszczę ze swoimi ubraniami, więc póki coś mi nie przybędzie, albo moda drastycznie się nie zmieni, nie muszę nic porządkować i wywalać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5732042437371024809?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5732042437371024809/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5732042437371024809' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5732042437371024809'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5732042437371024809'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/sweterki.html' title='Sweterki'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7066465408112989426</id><published>2011-07-16T15:44:00.001+02:00</published><updated>2011-07-16T15:44:36.547+02:00</updated><title type='text'>Sezon weselny w toku</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Sezon weselny w tym roku rozpoczął się w maju, wyjazdowym weselem pod Krosnem. I w zasadzie to nie zanosiło się na więcej niż to jedno wesele. Myślałam, że na tym się nam sezon weselny zakończy. A tymczasem dostaliśmy jeszcze 2 zaproszenia na wesela na sierpień i za niecałe 3 tygodnie bawimy się w dwie soboty pod rząd. Na całe szczęście terminy się nie pokryły!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Jedno wesele u koleżanki z pokoju w pracy. Jakoś nie spodziewałam się zaproszenia, chociaż w zasadzie przyszli Państwo Młodzi na naszym weselu byli. Jak to Magda sama mi kiedyś powiedziała „wesela się oddaje”. No niby tak. Ale jakoś nie pomyślałam o tym w ten sposób. To takie staromodne stwierdzenie. I takie bezduszne. Poza tym chyba nawet bardziej odnosi się do chodzenia na wesela, niż do zapraszania i chyba Magda mówiła to we właśnie takim kontekście, kiedy szła gdzieś, jako gość weselny. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Kiedy już dostaliśmy zaproszenie, cała ta sytuacja mnie mocno rozśmieszyła, bo z jednej strony rozmawiałam z Magdą o przygotowaniach do wesela, sukience, zaproszeniach, ilości gości itd. A wiadomo, że to jest zawsze ciekawy temat i kiedy już się jest po swoim weselu, to można się jeszcze trochę pocieszyć czyimiś przygotowaniami. Przez cały ten czas dyskutowania o przygotowaniach jednak, nawet się nie zastanowiłam, czy my znajdziemy się wśród tych gości. W końcu któregoś dnia Magda coś napomknęła o zaproszeniu dla nas, na co ja wyraziłam zdziwienie. A Magda, bardzo przytomnie zapytała mnie „no a co ty sobie myślałaś?”. W zasadzie to nic. O ile w ogóle można nic nie myśleć, to ja w tym temacie nie myślałam kompletnie nic. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Zaproszenie na drugie wesele było dla mnie jeszcze większą niespodzianką. Zaprosił nas kolega, który kiedyś u nas pracował. Nie pracuje u nas już pewnie z rok. Od czasu do czasu spotykamy się z nim i jego uroczą narzeczoną przy jakimś piwku, albo innych okazjach. Ostatnio jakoś rzadko. O ich wesele pytała mnie niedawno inna koleżanka i zapytała czy nas zaprosili. Ja jej na to odparłam z wielkim przekonaniem, że nie, ale też wcale się nie spodziewamy aby nas zaprosili. A tydzień później Bartek zadzwonił do Łukasza, aby się umówić na wręczenie zaproszenia. Możecie sobie wyobrazić, jaka byłam zdziwiona i jak mi się chciało z tego śmiać. A mówiłam Agacie z wielkim przekonaniem, że nie spodziewaliśmy się zaproszenia, więc nic dziwnego, że nas nie zaprosili.A tak w ogóle, to rozmawiając z Agatą byłam przekonana, że Bartek już jest ożeniony, bo odbyło się to w czerwcu. Ale jestem zorientowana...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;I tym sposobem mamy w planach dwa wesela, już się na nie cieszymy od kilku tygodni, ale a ja potrzebuję sukienki. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Powoli rozpoczęłam poszukiwania sukienki idealnej, przy czym doszłam już do wniosku, że idealnej nie znajdę na pewno. Może jakbym szyła… Ale wolałabym kupić, nie za bardzo mam krawcową na szycie. Marzy mi się taka zwykła, prosta, do kolan, z różowawej tafty… Nawet widziałam jedną w Olimpie, która by się nadała, ale nawet jej nie przymierzyłam. Trzeba by tam wrócić i się porozglądać za czymś. Może jutro się wybiorę. Mam nadzieję, że obejdzie się bez kupowania butów, bo to jest zawsze dramat. Mam ładne szpile szare i brązowe sandały na szpilce, więc może któreś się nadadzą. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Poszukiwanie konkretnego ubrania jest koszmarem nie z tej ziemi. Nigdy nie ma niczego nawet zdalnie przypominającego to, co się wymarzyło. Za to przerzuca się w sklepach tony przeróżnych ubrań, które są przedziwne w swoim kształcie. Muszę się uzbroić w cierpliwość i jakąś dobrą muzykę na MP3-ce, to może jakoś to zniosę... :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7066465408112989426?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7066465408112989426/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7066465408112989426' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7066465408112989426'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7066465408112989426'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/sezon-weselny-w-toku.html' title='Sezon weselny w toku'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1132263870005518582</id><published>2011-07-16T15:43:00.001+02:00</published><updated>2011-07-16T15:43:45.855+02:00</updated><title type='text'>Tydzień wspaniały</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Miałam naprawdę świetny tydzień! &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Nie to, żeby był to jakiś wyjątek od reguły, bo w zasadzie to moja czarna passa trwa od bardzo dawna, ale ten tydzień jest wybitnie wspaniały, a rozpoczął go cudownie udany poniedziałek. Oczywiście wszystkie te pozytywne epitety to zwykła ironia, co raczej nie trudno wywnioskować.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Umówiłam się z Mamą w pn na zrobienie pasemek. We wrześniu Mama zrobiła mi idealne pasemka, czego nie potrafił dokonać do tej pory żaden fryzjer. Zawsze kosztowało to w salonach fryzjerskich majątek, a na koniec się okazywało, że są za rzadkie, za cienkie i za ciemne i wcale nie o to mi chodziło. Za to Mama zrobiła mi super pasemka, rozjaśniaczem, w sam raz na grubość i gęstość. Wymyśliłam więc sobie, że teraz też mi zrobi, będą po rozjaśniaczu blond, więc będę je kolorować na rudo-czerwono henną w kolorze tycjanu. Wyczekałam, że mi włosy odrosną i będzie z nich jako taka fryzura, po czym w końcu w poniedziałek pojechałam do rodziców z rozjaśniaczem i nadzieją na śliczne pasemka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Kama namawiała mnie na wieczór z winem u niej, ale nie – ja twardo obstawałam przy robieniu pasemek.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Dojechałam bez problemu, a przecież nasz samochód ostatnio ciągle się psuje. Tata walczy z nim i coś tam wymienia, ale efekt jest żaden. Gaśnie w trakcie jazdy i amba, nie zapala więcej. Ale to osobna historia. Samochód zepsuł się po raz kolejny, na szczęście już na podwórku rodziców. Stanęłam pod bramą, ale że Tata był na podwórku, to otworzył mi bramę i z wielkim uśmiechem i dumą stwierdził, że samochód jeździ. Wjechałam na podwórko i ... samochód mi zgasł. Mina Taty była bezcenna. Chyba najpierw pomyślał, że żartuję sobie z niego, albo że zadusiłam silnik przy parkowaniu. Ja sama z resztą też najpierw o tym pomyślałam, ale pomimo wielkiej nadziei, że to moja wina - samochód już nie odpalił. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Tym razem nie przejęłam się tym, ale też nie miałam powodu do zbytniego przejmowania się, bo skoro nie zepsuł mi się na mieście, na środku szosy, to pół biedy. A że już byłam u celu, to tym lepiej. Niezrażona zostawiłam samochód Tacie i poszłam do domu malować włosy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Że samochód się psuje, to wiedziałam, ale co się stało Mamie, że zepsuła mi pasemka, to zagadka niewyjaśniona do tej pory. Zamiast pasemek, zrobiła mi blond fryz na czubku głowy. Jakimś cudem chyba zapomniała, że do pasemek, część włosów zostawia się niepomalowaną. Męczyła się z wydzielaniem kolejnych partii włosów i łapaniem ich do farby w folię, zeszło na tym całe wieki, a zanim jeszcze skończyła, okazało się, że połapała mi wszystkie włosy i o żadnych pasemkach nie ma mowy. Kiedy zmyłam farbę, a umyłam włosy natychmiast, jak Mama się zorientowała, że coś zrobiła nie tak, okazało się, że już mam całkiem jasny blond. Dramat. Mi taki kolor wcale nie pasuje, miałam coś na kształt pasemek po bokach głowy i mnóstwo blond na czubku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Mama oczywiście załamała ręce i jeszcze ja ją musiałam pocieszać. Co prawda nie była chętna do malowania mi włosów, a ja jej mówiłam, żeby się nie martwiła, bo w razie czego się zamaluje, ale nie myślałam, że faktycznie będę zmuszona posunąć się do takiej ostateczności. To miało tylko dodać Mamie odwagi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Pojechałyśmy więc do sklepu i kupiłam brązową farbę, którą jeszcze tego samego wieczora nałożyłam sobie na włosy. Dla odmiany farbę musiałam nałożyć sama, bo Mama już nie chciała się tykać moich włosów. No cóż, poradziłam sobie. Te niby-pasemka zamalowały się bez śladu, ale włosy mam teraz jak siano. Kompletnie suche i zniszczone podwójnym farbowaniem. A szkoda mi ich, bo od pół roku nie były farbowane żadną sztuczną farbą, tylko naturalną ziołową henną. Teraz traktuję je maskami i odżywkami, aby wróciły do formy. Pasemka mi zrobi fryzjer, za jakiś czas, kiedy już włosy odżyją. Może, ale tylko MOŻE tym razem uda mi się z fryzjerem dogadać i zrobi mi takie, jakie bym chciała.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Łukasz, kiedy przyjechałam do domu z tym blondem na głowie wybuchnął wielce radosnym śmiechem. Ubawił się przednio! Na szczęście trwało to tylko chwilę, bo już pół godziny później odzyskałam swój właściwy kolor włosów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;A Kama namawiała mnie na winko i plotki… mogłam się wybrać do niej, zamiast do rodziców.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;We wtorek w pracy miałam katar. Nie wiem od czego, wydaje mi się, że był alergiczny, możliwe, że z klimatyzacji coś leci niezbyt zdrowego, nie wiem, jak oni tam ją konserwują i czyszczą, ale tego dnia klimatyzacja chodziła dosyć mocno. Ja równie mocno kichałam raz za razem, flukałam i ciągałam nosem. Zużyłam mnóstwo chusteczek i chyba równie dużo cierpliwości innych osób w pokoju, którzy musieli wysłuchiwać moich odgłosów. Wzięłam loratadynę przeciwalergicznie, ale nie pomogła mi za bardzo. Po pracy, będąc już na skraju wycieńczenia i desperacji, kupiłam sobie jakiś magiczny lek przeciwko katarowi, coś z antyalergicznym składnikiem. Dopiero, kiedy go wzięłam, zorientowałam się, że w ciągu kilku godzin połknęłam dwie różne rzeczy przeciwalergiczne. Na szczęście nie umarłam od tego. Za to katar mi przeszedł. No ale lek kosztował swoje, za raptem 6 tabletek dałam prawie 15zł, więc całe jego szczęście, że poskutkował.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Całe to kichanie mnie trochę osłabiło, wczoraj dodatkowo miałam trochę stresów w pracy, no i tym sposobem, kiedy w śr dotarłam po pracy do domu, byłam ledwo żywa. W połowie przebierania się z pracowych ciuchów w domowe, położyłam się na łóżku i zasnęłam. I tak już spałam do rana, przez 12h, od 18tej do 6.30 rano. Gdzieś koło północy tylko nałożyłam koszulkę nocną i w zasadzie to nic więcej nie zarejestrowałam aż do 4 rano, kiedy to przebudziłam się i zaczęłam odzyskiwać świadomość. Pomyślałam tylko, że miałam super produktywne popołudnie i zrezygnowana dospałam już do przyzwoitej godziny porannej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;A na dokładkę od niedzieli bolała mnie głowa. Do samego piątku. Dzisiaj jest pierwszy dzień, kiedy mnie nie boli.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Ale nie będę pytać, czy może być gorzej, bo wiadomo, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1132263870005518582?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1132263870005518582/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1132263870005518582' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1132263870005518582'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1132263870005518582'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/tydzien-wspaniay.html' title='Tydzień wspaniały'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1751438423942197226</id><published>2011-07-16T15:41:00.003+02:00</published><updated>2011-07-16T15:41:59.778+02:00</updated><title type='text'>Rzęch zwany autem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Historia z naszym samochodem jest już bardzo długa. Niedługo będzie to opowieść w stylu tych z brodą. Obrośnietych legendą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Pierwszy raz zepsuło się to koromysło (tak, już nie Rumak Zorra) w listopadzie. Dokładnie w łikend Andrzejkowy.  Byłam z siostrą. Odwiozłam Adama i Ewę (wiem, nieźle się dobrali) na jakąś imprezę i stanęłam pod Stokrotką przy Mickiewicza, bo zamarzyło się nam kupić łakocie i obejrzeć razem jakiś filmek. Zakupy zajęły nam kilka minut, była już prawie g. 21, wsiadłyśmy do auta, a ono nie pali. Był już lekki mróz, my o rzut kamieniem od domu, a samochód zwariował. Po piętnastu minutach kręcenia, zaczęłam obdzwaniać Tatę i Adama. Tata nie odbierał, w toku zabawy na imprezie andrzejkowej, Adam nic mi nie umiał poradzić. Po pół godzinie szykowałyśmy się z Kamisio do ewakuacji autobusami, każda w kierunku swojego domu, już miałyśmy naszykowane pieniądze na bilety MPK, ale na sam koniec spróbowałam go odpalić i dało radę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Od wtedy nie było problemu aż do okolic przedświątecznych, w grudniu, kiedy to mieliśmy problem z chłodnicą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Wtedy był już siarczysty mróz, odwiozłam koleżankę po pracy do domu i wracając od niej nagle poczułam, że przestało wiać ciepłe powietrze z nawiewów. Pojechaliśmy do Tesco na zakupy z Łukaszem, a potem do rodziców. Tata dolał nam płynu do chłodnicy, bo było mało i wszystko miało być w porządku. Następnego dnia jechaliśmy do Mielca, na dodatek z ciocią Łukasza. W połowie drogi przestało nam grzać ponownie i znów wiało zimnym powietrzem z nawiewów. Nawiew musiał być włączony, bo inaczej szyby parowały i w mgnieniu oka zamarzały i nic nie było widać. Jechaliśmy więc, jak w otwartych saniach, my z Łukaszem z przodu, z mroźnym wiatrem wiejącym nam w twarz, a ciocia z tyłu, zupełnie dzielnie to znosząc. Twierdziła nawet że całkiem jej ciepło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;W Mielcu Tata i Łukasz pół soboty jeździli w poszukiwaniu chłodnicy i warsztatu samochodowego, który by ją wymienił. Może nie w tej kolejności, ale w takim zestawie. Cudem, naprawdę cudem, przy wydatnej pomocy Mamy, która sterowała całą akcją z centrum dowodzenia w mieszkaniu – udało się kupić chłodnicę i namówić warsztat do jej wymiany od ręki. Naprawdę było to wielkie osiągnięcie i do samego końca wydawało się niewykonalne. Kiedy już w aucie lśniła zamontowana nowa chłodnica, okazało się, że… samochód nie chce zapalić. Po długiej chwili mechanikom udało się go uruchomić. Diagnozy na to nie postawili żadnej, coś tam popsikali, coś tam poruszali, ale palił.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Nie wiem czy wcześniej czy później, ale jeszcze Łukasz miał fajne przejście z samochodem. Pojechał kupić szefowej prezent i w trakcie skręcenia gdzieś na osiedlowej uliczce w okolicy ulicy Pogodnej czy Lotniczej – samochód mu zgasł na środku skrzyżowania. Śniegu na ulicach było wtedy mnóstwo, Łukasz sam nie mógł zepchnąć auta, ale na horyzoncie pojawili się dwaj policjanci i Łukasz ich zawołał do pomocy. Pomogli mu i wepchnęli auto na parking. Tam samochód został do popołudnia, a po południu zapalił bez problemu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Jakiś czas potem jechaliśmy z kina w Plazie z Łukaszem, Kasią i Justi i była to bardzo wesoła wycieczka. Śmialiśmy się, jak opętani, humory nam dopisywały i z tego wszystkiego zapomniałam skręcić do Kasi na osiedle za Leclerkiem. Pojechaliśmy więc wszyscy razem na stację benzynową pod Tesco, aby się zatankować. Samochód nie chciał odjechać spod dystrybutora. Powiem tak – było mi bardzo głupio, kiedy poleciałam zapłacić za benzynę, a potem musieliśmy samochód wypychać na parking pod galerią Orkana. Ponieważ nie chciał zapalić dłuższą chwilę, a wtedy jeszcze po chwili palił, więc laski skoczyły do Galerii obejrzeć buty, a my z Łukaszem staraliśmy się zaczarować, aby zapalił. To właśnie wtedy Łukasz pomylił zbiorniczki i wlał płyn do spryskiwaczy do niewłaściwego pojemnika. Do wyboru był jeszcze ten z płynem do chłodnicy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Nie pamiętam, czy i co wtedy było wymieniane, ale na pewno już coś tam działaliśmy i pewnie Tata już coś wymienił. Dość, że to był dopiero wierzchołek góry lodowej i od wtedy nasze problemy z autem tylko narastały. Następnie zgasł mi pod blokiem Amelki, kiedy po nią pojechałam. Stanęłam, zgasiłam silnik i tak już zostało. Oczywiście zima, mróz, Amelka była po chorobie, mi się chciało siku. Siedziałyśmy w Tm aucie przez godzinę, w końcu skapitulowałam i zadzwoniłam po Mamę, która nas zgarnęła. Samochód został tam do wieczora, ale wieczorem Tata zarządził, że trzeba go zabrać, bo ktoś go ukradnie. No nie wiem, jak miałby go ukraść, skoro nie palił, a poza tym nic tylko go kraść, takie cudo. Ale po samochód pojechaliśmy. Oczywiście zapalił i do rodziców dojechał bez problemu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Znowu coś tam przy samochodzie było wymienione, po czym miał być naprawiony. Tydzień jeździł nim Tata, nic nie gasło, żadnych awarii, wszystko spoko. W łikend jeździła nim siostra do pracy – też sprawował się grzecznie. Po czym w ndz w drodze z pracy zajechała po mnie, odwiozłam ją do Piotrka na stancję i pomyślałam, że od Mickiewicza, to już jestem rzut beretem od rodziców, wpadnę do nich na chwilę. Dojechałam do Abramowic i mi zgasł. Jakimś cudem zjechałam siłą rozpędu na pobocze i zaparkowałam komuś na wjeździe. Przyjechali po mnie rodzice i mnie zholowali do siebie na podwórko. Znów coś w samochodzie wymienili, zrobili i miał jeździć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt; W kolejny piątek pojechałam więc znów po Amelkę. Tym razem nawet nie dojechałam do niej. Samochód zgasł mi na światłach na wielopasmówce pod Zamkiem. Stałam na drugim z czterech pasów, dookoła mnie samochody, a ja nic z tym moim nie jestem w stanie zrobić. Dopiero po dłuższym czasie jakiś człowiek zjechał na pas zieleni i przyleciał do mnie z pomocą. Pomógł mi go zepchnąć na ten trawnik i tak sobie stałam, dopóki nie przyjechał Tata i nie zaholował mnie do domu. Amelce to już nawet nie musiałam nic mówić, sama domyśliła się, że samochód mi nawalił. Na pasie zieleni stałam sobie w najlepsze chyba z pół godziny. Nikt się mną nie interesował. Policja jeździła w tą i z powrotem, minęły mnie chyba z 4 radiowozy, ale żaden się nie zainteresował, dlaczego ja parkuję na tej trawce. Siedziałam sobie za kierownicą, na dobrą sprawę mogłam być nieżywa. Ale kogo to obchodzi? Podobnie, jak to, że nie daję rade zepchnąć samochodu z szosy. Jeden człowiek okazał się człowiekiem i sam z siebie mi pomógł. Inni byli zadowoleni, że da się mnie ominąć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Od wtedy powiedziałam, że ja tym samochodem nie jeżdżę.  Holowanie co tydzień nie jest przyjemne. Ale samochodem, po kolejnej wymianie czegoś tam, jeździł Łukasz. I pewnego dnia przyjechał po mnie nad Zalew, kiedy urządziliśmy sobie piknik po pracy całym naszym pokojem. Zabraliśmy Karinę, Marka i Artka i zapakowani w wesoły samochodzik w najlepsze zmierzaliśmy w stronę domu. Samochód stanął pod LKJ-otem na Jana Pawła II i jak już stanął, to amba. Karina najpierw beztrosko stwierdziła, że to też jakaś przygoda, poczekamy, aż zapali, po czym raźno wskoczyła w autobus, kiedy tylko nadjechał. Marek z resztą też. Artek dobra dusza, został na placu boju z nami. Zadzwonił po żonę, przyjechała z linką i nas holowali. Niestety na rondku pod naszym osiedlem Łukasz najechał na linkę, która z wielkim hukiem się urwała. Na tym etapie ja już przeraziłam się, że coś im urwaliśmy z samochodu! Na szczęście nie. Więc chłopaki zapchali mnie pod Aldika i samochód nocował na parkingu pod sklepem. Następnego dnia rano zapalił. My z tego wszystkiego poszliśmy na piwo i się odstresowaliśmy jak na białych ludzi przystało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Urwanej linki do tej pory jeszcze Artkowi nie oddaliśmy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Od wtedy nie wsiadałam do samochodu, dopiero w tym tygodniu pojechałam na te nieszczęsne pasemka. Samochodem jeździł Łukasz. Obaj z Tatą twierdzili (i próbowali mi to wmówić) że samochód już jest naprawiony. Podobno facetom nie można wierzyć? :P&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Jak widać nie jest naprawiony, skoro zepsuł się znów tuż za bramą na podwórku rodziców. To było jednak bardzo miłosierne ze strony tego rzęchu, że nie stanął na środku szosy, bo to bardzo stresuje. Tata doszedł już do etapu, kiedy nie ma pojęcia, co temu samochodowi jest i co jeszcze w nim można wymienić.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Pomyślmy czy to już wszystkie przejścia z samochodem….?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;A! Zapomniałam napisać, że stał 2 tygodnie w bardzo świetnym i polecanym nam przez kolegę warsztacie, w którym goście chyba nie mieli na niego żadnego pomysłu, ale nie chcieli się do tego przyznać, bo przez 2 tygodnie próbowali odczytać zapisy w komputerze pokładowym. Z tego, co wiemy od jednego mechanika, ten samochód, z racji swojego wieku, nie ma w sobie komputera pokładowego, który zapisuje błędy. Jest tylko coś do sterowania czy regulacji, ale żadnych reportów błędów nie zapisuje. Wiec nie ma co próbować odczytać. Goście z warsztatu jednak twardo obstawali przy podłączaniu go do komputera i odczytywaniu zapisów błędów i przez bite 14 dni im się to nie udało. Na koniec stwierdzili że wymienią nam coś tam, co kosztuje 150zł ściągnięte ze szrotu, a nowe koło tysiąca. Chyba aparat zapłonowy. Na co ja już nie wytrzymałam i zadzwoniłam do  nich, aby nic nie wymieniali, po czym samochód zabraliśmy. Aparat zapłonowy w dodatku Tata miał, bo wujek przywiózł mu jakieś swoje części, które kupował kiedy walczył ze swoim  samochodem jakiś czas temu. Miał taki sam problem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Podobno Astry mają często taki defekt. Wujek tego nie przewalczył, sprzedał auto. Ale jak mam go sprzedać, skoro albo nim nie dojadę na giełdę, albo ludzie nim z giełdy nie wyjadą…&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1751438423942197226?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1751438423942197226/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1751438423942197226' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1751438423942197226'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1751438423942197226'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/rzech-zwany-autem.html' title='Rzęch zwany autem'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4000007515045814954</id><published>2011-07-16T15:39:00.002+02:00</published><updated>2011-07-16T15:41:15.561+02:00</updated><title type='text'>Czerwone niestrawialne</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Lubicie wytrawne wino?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Ja nie zupełnie nie rozumiem idei wytrawnych win – to są okropne, przebrzydłe wynalazki, których nie da się pić. Nie wiem, czy z raz piłam jakiekolwiek wytrawne wino, które byłoby znośne. Poza tym, że są kwaśne i bez smaku i robi się po nich niedobrze, bo są niesłodkie – mogą mieć tylko jedną zaletę: ładny zapach. Ewentualnie ładny kolor. Ale akurat kolor czuje się najmniej, pijąc te popłuczyny.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Osobiście nie znam chyba ani jednej osoby, która gustuje w wytrawnych winach. Znam kilka, które twierdzą, że lubią półwytrawne, co mnie dziwi wystarczająco, ale powiedzmy, że półwytrawne wino jest bardziej strawiane, niż wytrawne.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;W czwartek Kama poczęstowała mnie wytrawnym winem, które dostali kilka dni wcześniej od znajomych. Chociaż „poczęstowała” to za dużo powiedziane, bo Kama jest litościwą osobą i nie katowała mnie tym wynalazkiem, jako że sama już go piła i wiedziała, jak to smakuje. Wino sprezentowali im wielcy smakosze win, wytrawnych zwłaszcza, z odrobinę snobistycznym podejściem do tego tematu. Podobno to wino było drogie. I zapakowane w piękną drewnianą skrzynkę, wyłożoną drewnianymi… trocinami, nie wiem, jak je fachowo nazywają. Już samo to, że było to czerwone wino, specjalnie mnie nie zachęciło, bo ja od dłuższego czasu pijam tylko białe i różowe. Czerwone jakoś mi w ogóle nie podchodzą. Zapach to wino miało śliczny – ale to zasługa bukietu na bazie czarnej porzeczki. Za to smak był porażający i nie dało się nie skrzywić po przełknięciu tego trunku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Na moją reakcję, której Kama wypatrywała z uwagą, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że całe szczęście, że mi to wino też nie smakuje, bo już myślała, że coś z nią nie tak. Oni z Andrzejem dobrali się do tej butelki dzień wcześniej, nalali sobie hojnie w kieliszki, spróbowali, po czym stanęli przed dylematem, czy nie powinni tego wina zwyczajnie wylać. No ale w sumie szkoda. Snobistyczne wino, drogie, prezent i w ogóle. No to postanowili wypić to, co mieli nalane.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Pić normalnie się tego nie dało, bo wykręcało ich przy każdym łyku. Kamie zrobiło się od tego wina niedobrze. Andrzej po kilku podejściach wypił całą lampkę duszkiem, po czym poszedł zagryźć je kanapką. Kama piła je tak, aby nic nie czuć, co nie bardzo było wykonalne,  wpadła więc na genialny pomysł i dolała sobie do wina coca coli. Z colą – wiadomo – wszystko da się przyswoić. Np. whiskey czy jak się to pisze. Albo koniak. Każde źle smakujące trunki, kiedy zmiesza się je z colą, robią się całkiem znośne. Cola zagłuszy wszystko. Wino z colą też dało się wypić.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Zostało im jednak pół otwartej butelki i druga cała, jeszcze nieotwarta. Pytanie teraz co można zrobić z niedobrym winem? Jeśli się kogoś nie lubi, to można mu dać w prezencie, prawda? Chyba, że ktoś jest snobistycznym smakoszem wina i takie wytrawne mu smakują. To wtedy nawet można mu sprawić niekłamaną radość takim prezentem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Można też spróbować zrobić z nich grzańca, chociaż na to trzeba trochę poczekać, bo nikt nie pija grzańców przy upalnej pogodzie. Ale trochę goździków, pomarańcza, miód i wino da się wypić, zwłaszcza, że pachnie ładnie…. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;My w czwartek uraczyłyśmy się półsłodkim różowym winem, było bardzo smaczne i dało się wypić bez krzywienia się. Na dalsze losy wytrawnego czerwonego wina czekam z niecierpliwością i będę się o nie dopytywać Kamy, bo bardzo mnie ciekawi, co też z nim w końcu się stanie. Może podeślę Kamie jakieś przepisy na gulasze z czerwonym winem i sprawa się rozwiąże. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4000007515045814954?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4000007515045814954/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4000007515045814954' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4000007515045814954'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4000007515045814954'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/czerwone-niestrawialne.html' title='Czerwone niestrawialne'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5174726962456418123</id><published>2011-07-16T15:39:00.001+02:00</published><updated>2011-07-16T15:39:46.897+02:00</updated><title type='text'>Coś dobrego</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Jest taki humor: stary dziadek mamrocze do siebie:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Co ja to takiego dobrego mam...? Co ja to takiego dobrego mam...? A! Pamięć!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Humor ten cytuje mi (i nie tylko mi) czasem Tata. Oczywiście wtedy, kiedy o czymś zapomnę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Umówiłam się kiedyś z przyjaciółką, że mnie nawiedzi przy okazji przyjazdu do Lublina. Kamila wyemigrowała w okolice Łodzi, po czym osiadła w okolicach Wielunia. Od czasu do czasu jednak zjeżdża na kilka dni do Lublina, gdzie zostawiła rodziców i mnóstwo przyjaciół.Między innymi mnie, jak się okazuje przebrzydłą tak zwaną przyjaciółkę. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Umówiłyśmy się z zapasem tygodniowym, na piątek, miałam skończyć o 16tej i dać Kamili znać. Miałyśmy zjeść u nas obiad i ogólnie to miałyśmy mnóstwo planów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Takie plany wysnułyśmy koło czwartku tydzień przed jej wizytą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Koło poniedziałku okazało się, że w piątek mam jechać do Warszawy. Okiem nie mrugnęłam na ten termin, bo oczywiście nawet mi się nie przypomniało, że już się umówiłam z Kamilą i że akurat piątek na podróżowanie do stolicy to mi wcale nie pasuje. Nic, zero skojarzenia, nawet echem mi się po głowie nie obiło, że przecież po południu muszę być w domu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Za to beztrosko umówiłam się z Just, że będziemy wracać we dwie pociągiem, bo ona zjeżdża na łikend do rodziców. A że był to piątek, kiedy Polskę nawiedził Obama, więc pociąg był najbezpieczniejszym środkiem transportu. Busy mogły przeróżnie jeździć, bo cześć miasta była wyłączona z ruchu i już od południa niektóre szosy zaczynały się korkować. Ucieszyłam się, że będzie okazja do spotkania się na żywo, że nadrobimy zaległości w plotkach, i że będę miała towarzystwo w drodze do domu, co jest zawsze w pociągu bezcenne. Samemu przecież jest sto razy bardziej nudno.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Taki też plan został wcielony w życie. Rano pojechałam do Warszawy, a po południu wróciłyśmy razem z Just. Do domu dotarłam koło godziny 20-tej. W domu czekała na mnie siostra, z którą się umówiłam na wieczór. Miała u mnie nocować.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;O Kamie nie przypomniałam sobie wcale! Jestem przebrzydła przyjaciółka i zapomniałam o niej na amen! Dopiero koło 20.30 podłączyłam telefon do ładowania i zobaczyłam nieodebrane połączenia od Kamy. Z godziny 16-tej! I z wielkim trudem przypomniało mi się, że przecież ona dzwoniła, bo miała do mnie przyjechać! A ja nawet jej nie uprzedziłam, że mnie nie będzie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Kama  stwierdziła, że w sumie to się domyśliła, że coś mi musiało wypaść, skoro nie odbieram. I zajęła się czym innym. Kiedy zadzwoniłam wieczorem, zszokowana, jak mogłam tak haniebnie o niej zapomnieć i wystawić ją do wiatru, Kama się tylko śmiała.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;Koniec końców nawiedziła mnie kilka tygodni później, przy innej okazji. A ja postanowiłam, że czas najwyższy walczyć ze sklerozą i zapisywać sobie takie rzeczy w kalendarzyku… Do tej pory nie wpisałam w nim jeszcze nic, chociaż od wtedy już się nie raz umawiałam z ludźmi na różne rzeczy. Ponosiłam go trochę w torebce, po czym stwierdziłam, że to trochę niepotrzebny ciężar – no bo przecież nieużywany – więc wyjęłam i  z  powrotem wrzuciłam do szuflady. Ale pocieszające, że od wtedy nie zapomniałam już o żadnym spotkaniu.. :)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5174726962456418123?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5174726962456418123/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5174726962456418123' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5174726962456418123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5174726962456418123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/07/cos-dobrego.html' title='Coś dobrego'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4839670613043509306</id><published>2011-06-23T23:47:00.003+02:00</published><updated>2011-06-24T00:06:20.800+02:00</updated><title type='text'>Co dalej...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No więc, komentarz Marco zmobilizował mnie, co by odezwać się na blogu.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Od długiego czasu (co z resztą widać) zastanawiam się, co dalej z tym blogiem zrobić. Przestałam pisać, bo... No właściwie to: bo kilka powodów. I po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, czy dalej ciągnąć ten blog czy nie.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Piszę tu o takich powierzchownych sprawach, samych raczej wesołych i beztroskich. Nic głębokiego - czytaj: nic życiowo przykrego - na ogół się tu nie pojawia.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Najpierw chciałam ten blog zaorać i zlikwidować. No bo po co mi taki blog, gdzie piszę o samych pierdoletach. Mało ważne sprawy, raczej żartobliwe. Ale z drugiej strony kto chce pamiętać o niefajnych rzeczach i jeszcze je ogłaszać wszem i wobec?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Potem doszłam do wniosku, że to jednak nie jest taki zły pomysł, aby blog był tylko od takich weselszych rzeczy. Bo to trochę wybiela życie i jak się wraca do jakiś zdarzeń i czyta się tylko o tych fajnych, to tak, jakby te niefajne nie istniały i były mało znaczące. A to jest jakiś pomysł na ulepszanie życia.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i trochę byłam niezdecydowana. I tak sobie ten blog wisiał i wisiał.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A że ostatnio nie było mi za wesoło, to nie chciało mi się pisać nic. To "ostatnio" trochę trwało, więc i cisza na blogu trwała.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W końcu nie zaorałam tego bloga i chyba najbardziej nie zrobiłam tego, bo szkoda mi było, że stracę wtedy kontakt z osobami, które czasem coś skomentują. Nie ma ich / Was wiele, ale to akurat nie ma znaczenia. Za to fajnie jest od czasu do czasu podialogować sobie z kimś, albo poczytać jakieś echo. :)&lt;br /&gt;A tak już całkiem ostatnio, kiedy nastrój mi się zaczął poprawiać, zaczęłam rozmyślać, że czas się reaktywować i coś jednak popisać, bo zaczyna mi tego brakować. Tak, że Marco dobrze wyczułeś moment. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4839670613043509306?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4839670613043509306/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4839670613043509306' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4839670613043509306'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4839670613043509306'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/06/co-dalej.html' title='Co dalej...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5164037572947368103</id><published>2011-06-23T23:41:00.002+02:00</published><updated>2011-06-23T23:47:35.034+02:00</updated><title type='text'>Dialog z Mężem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kamisio odkryła, że w Lidlu sprzedają niełuskane ziarna słonecznika, które bardzo lubią jej szczurki. Mój szczurek też takie wydłubuje z karmy bardzo chętnie, ale niestety w karmi jest ich mało. Od co najmniej miesiąca zapominam jednak kupić takie ziarenka, a w zasadzie to nawet nie byłam przez ten czas w Lidlu. Od czasu do czasu jednak mi się to przypomina. Ostatnio mi się właśnie przypomniało i postanowiłam poprosić Łukasza, aby przy jakiejś okazji kupił takie. Łukasz co prawda Lidla omija z daleka, bo uważa, że to sklep z niemieckim wkładem, który rujnuje naszą gospodarkę, no ale może od jednego opakowania niełuskanych ziarek słonecznika, nasza rodzima gospodarka nie upadnie... Niedawno więc, pewnego wieczoru odbyła się taka pogawędka między nami.:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja:&lt;/span&gt; Łukaszu, kupisz szczurkowi w Lidlu słonecznik niełuskany?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Łukasz:&lt;/span&gt; Jaki? Łuskany?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ja: &lt;/span&gt;Niełuskany!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Łukasz:&lt;/span&gt; Jak nie łuskany to jaki?&lt;br /&gt;Czy to nie nasuwa trochę skojarzenia z tą przysłowiową rozmową gęsi z prosięciem...? Nie to, abyśmy coś mieli wspólnego z tymi zwierzątkami. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5164037572947368103?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5164037572947368103/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5164037572947368103' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5164037572947368103'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5164037572947368103'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/06/dialog-z-mezem.html' title='Dialog z Mężem'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-2070626310842108338</id><published>2011-02-22T22:34:00.005+01:00</published><updated>2011-02-22T23:14:43.083+01:00</updated><title type='text'>Miłość wszechczasów</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify; font-family: georgia;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i po sznurku od Goombasów do "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Almost unreal&lt;/span&gt;" przypomniało mi się, jak bardzo lubię muzykę Roxette. Czy to nadal obciach lubić ich?&lt;br /&gt;No cóż, nic na to nie poradzę, uwielbiam Roxette. Kiedyś uwielbiałam ich jeszcze bardziej! Słuchałam ich na okrągło, a jak nie było rodziców, to puszczałam na cały regulator i się wydzierałam razem z Marie i Perem. Oj, to było już dawno... Nadal lubię się wydzierać, ale teraz robię to, kiedy jadę sama autem. I kiedy nie zapomnę zabrać panela do CD z domu, bo przeważnie zapominam. A teraz tak sobie myślę, że wtedy mieszkali u nas na poddaszu lokatorzy. I zazwyczaj ktoś od nich był w domu... Musieli bardzo cierpieć, kiedy ja tak puszczałam tą muzykę głośno i  śpiewałam na całe gardło. Ale nie pamiętam, aby się skarżyli...&lt;br /&gt;Roxette uwielbiałam w duecie z Agnieszką. Moją ówczesną przyjaciółką na śmierć i życie. Nasza przyjaźń okazała się raczej na chłopaka i jego brak, bo kiedy Agnieszka spotkała miłość swojego życia (i nie było to Roxette), nasze drogi się rozeszły. Ale przez jakąś dekadę, albo lepiej byłyśmy nierozłączne, co doprowadzało do szału jej mamę i chyba moją też.&lt;br /&gt;Fajne to były lata! Te Roxettowe lata to był koniec podstawówki i początek LO. Potem były lata rowerowe. Ale kiedy miałyśmy fazę na Roxette, to zbierałyśmy każdy wycinek o nich, kupowałyśmy Popcorn i Bravo (w ambitniejszych gazetach muzycznych o Roxette nie pisali. O Guns N'Roses tak, ale o Roxette nie), kupowałyśmy ich kasety (nota bene: chyba wszystkie wtedy były pirackie, bo miały taką jedną karteczkę zamiast tej książeczki w środku, a o hologramach to chyba nikt nie słyszał nawet).&lt;br /&gt;Kiedyś, podczas wyjątkowo szalonych i aktywnych wakacji, kiedy to ciocia Grażyna chyba posiwiała mocno, wymyśliłyśmy sobie, że napiszemy w nocy na szosie Roxette. Na asfalcie. Nie wiem, co się nam tak umaniło, ale tak zrobiłyśmy. To znaczy: prawie tak zrobiłyśmy. Wygrzebałyśmy wszystkie spraye w garażu wujka i znalazłyśmy jeden prawie pełny, żarówiaście zielony. Koło północy poszłyśmy na Abramowicką, koło rozdzielni prądu i zaczęłyśmy sprayować te literki na asfalcie. Na pasie: do miasta. Samochody omijały nas drugim pasem, chyba się bali, że ich posprayujemy. W tamtych czasach jeździły jakieś stare dacie i fiaty, albo polonezy, to wielka strata by nie była, jakbyśmy im zrobiły zieloną łatę. :) Ale oczywiście ani nam to było w głowie. Byłyśmy oddane swojej misji i miałyśmy na celu tylko uwiecznienie nazwy naszego ukochanego zespoły na środku szosy. Wyjątkowo mądry pomysł, ale co tam. Miewałyśmy gorsze.&lt;br /&gt;W połowie pisania zabrakło nam spraya. Skończył się. Innego nie miałyśmy, nie wiem dlaczego. Albo to był jeden jedyny pełny, albo wujek nam dał tylko ten jeden. No i udało się nam napisać tylko: ROXE, albo niewiele więcej.&lt;br /&gt;I było sobie takie niedokończone ROXE, wielkie woły na środku jednego pasa i widać je było potem jeszcze dłuuugi czas. Kiedy jeździłam do szkoły, zawsze śmiać mi się się chciało z tego naszego dzieła, bo jakiś czas później samej mi wydało się to głupie. No ale czego nie robi się z miłości do muzyki.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie wyrosłyśmy z Roxette. Ja się przerzuciłam ambitnie na jazz... Potem to mi również przeszło. A Aga to nie wiem na co... A! No przecież, zanim  był jazz był jeszcze wątek The Kelly Familly! Z tego to pożytek miała tylko moja siostra, wtedy bardzo malutka, którą usypiałam co noc i do snu opowiadałam jej bajki o Kelly Family. Nie wiem, ile ona mogła wtedy mieć... może z 5 lat. Może mniej. Chyba tak, bo skoro ten album słynny &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Over the hump &lt;/span&gt;(co to w ogóle za tytuł? To od tej rymowanki &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Humpty dumpty&lt;/span&gt;?) był wydany w 93 roku, to pewnie to był 94 rok. Kamisio bardzo lubiła bajki o Kelly Family, bo były śmieszne. Do tej pory pamięta jedną z nich i kiedyś mi ją opowiadała. O tym, jak John miał urodziny i wszyscy udawali, że zapomnieli, a on chodził smutny, a wieczorem zrobili mu przyjęcie niespodziankę. Prawda, jak mało trzeba dzieciom do szczęścia? Kelly Family jednak szybko zakończyło swoją karierę u nas i nawet nie pamiętam, kto nastąpił po nich. Może ponadczasowi Beatlesi, bo jakoś w LO ich odkryłam i się w nich zakochałam. Anthology była jakoś koło 95 roku chyba.&lt;br /&gt;A co do głupich pomysłów z Agą, to największym hitem był nasz język Morse'a. Z naszego okna w kuchni na poddaszu widać było w zimie okno Agi pokoju. W lecie drzewa rosnące między nami miały liście i przesłaniały widok, ale od jesieni do wiosny widziałam, kiedy w jej oknie paliło się światło. No, dwom wariatkom dużo nie trzeba, od słowa do słowa wymyśliłyśmy, że będziemy sobie migać alfabetem Morse'a. Ona swoim światłem, a ja swoim. Oczywiście trzeba było stanąć przy włączniku światła w pokoju i włączać i wyłączać światło. Zabijcie mnie, ale nie mam bladego pojęcia, co Aga do mnie klikała, bo chyba ani jednej literki nie wyłapałam poprawnie! Nie zrozumiałam ani jednego zdania. Ona z resztą też nie zrozumiała nic z tego, co ja migałam jej. Ale szkody były. Najpierw Aga zepsuła żyrandol w swoim pokoju, ku naszej uciesze, a utrapieniu ciotki. Wujek naprawił. No to migałyśmy dalej kolejnego dnia. Nasze zacięcie było godne podziwu, zważywszy na fakt, że ani odrobinkę nie posuwałyśmy się w tej skomplikowanej sztuce rozszyfrowywania wiadomości nadawanych kropkami i kreskami. W zasadzie to ja nawet nie byłam pewna, które to są kropki, a które kreski, kiedy Aga migała. Ale czatowałam uważnie.&lt;br /&gt;Potem żyrandol zepsułam ja. No ale co tam! Tata miał latarkę przecież, więc migałam dalej latarką, której w końcu spaliła się żarówka.&lt;br /&gt;Nasi tatowie byli zazwyczaj mocno wyluzowani do naszych szalonych idee fix. Mam Agi się mocno wkurzała, za ten żyrandol Aga dostała burę, z resztą, jak i za wszystko inne. Ja nie bardzo, ale moja mama się nie wkurzała tak, jak jej - dla samej idei wkurzania.&lt;br /&gt;Z tego całego ćwiczenia pozostała nam niechęć do skomplikowanych alfabetów i całkiem dobra znajomość alfabetu Morse'a. Do tej pory pamiętam wiele literek. Zwłaszcza moje inicjały. "A litera K" wygląda jak kokardka długi krótki długi _._ Teraz mam inne inicjały, ale "S" też jest fajne bo to zwykły trzykropek ...&lt;br /&gt;Z przyjaźni z Agą została mi jeszcze jedna rzecz - pewnego roku... A chyba nawet w te same crazy wakacje, kiedy malowałyśmy sprayem ROXE na szosie - wymyśliłyśmy sobie, że będziemy opiekować się jakimś opuszczonym grobem. Zapakowałyśmy na rowery wiadra, ścierki, nie wiem co jeszcze, siebie same oczywiście i pognałyśmy do Głuska na cmentarz. Znalazłyśmy jakiś bezpański grób, umyłyśmy i chyba nawet zostawiłyśmy jakieś kwiatki z ogródka Agi babci. Aga wymyśliła, że ktoś tam u niej w rodzinie umie stopić świeczki i robi znicze na domowe potrzeby, więc wygrzebałyśmy fajne szkła po zniczach i zapakowałyśmy w wiaderka, aby nam wujek zrobił świeczki, które potem zapalimy na tym grobie. Miałyśmy cały biznesplan  na otoczenie tego grobu opieką. Full service. W drodze powrotnej jednakże tak się śmiałyśmy, że na moście za kościołem nam te wiadra pospadały z rowerów. Wiozłyśmy je przewieszone przez kierownice, więc nie trudno było, aby spadły. No i te puste szkła nam się oczywiście potłukły. Śmiechu było przez to jeszcze więcej, coś nam niby ocalało z tych skorup, ale żadnej świeczki na oczy nie zobaczyłam.&lt;br /&gt;Za to zawsze na Zaduszki zapalam na tym grobie świeczkę. Co prawda grób nie jest do końca bezpański bo (ku mojemu rozczarowaniu) na Zaduszki zawsze jest na nim bukiet i stoją świeczki. Mało, bo mało, ale ktoś je zapala. Pewnie nie takie dwie wariatki, jak my, które sobie wymyśliły opiekowanie się cudzym grobem. Raczej robi to rodzina. Ale to jest całkiem nowy pomnik, ma zapewne z 20 lat, ale jest ładny, duży, elegancki, więc nie wiem, co my sobie myślałyśmy, kombinując, że taki w miarę nowy grób jest opuszczony. Kiepsko nam ta kalkulacja wyszła. Ale może przynajmniej te dusze cieszą się z lampek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-2070626310842108338?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/2070626310842108338/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=2070626310842108338' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2070626310842108338'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2070626310842108338'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/miosc-wszechczasow.html' title='Miłość wszechczasów'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3972711046369530639</id><published>2011-02-22T22:32:00.000+01:00</published><updated>2011-02-22T22:32:16.047+01:00</updated><title type='text'>Roxette - Almost Unreal</title><content type='html'>&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/El7GVPUl-r0?fs=1" allowfullscreen="" width="425" frameborder="0" height="344"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3972711046369530639?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3972711046369530639/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3972711046369530639' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3972711046369530639'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3972711046369530639'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/roxette-almost-unreal.html' title='Roxette - Almost Unreal'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/El7GVPUl-r0/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5905810821679982564</id><published>2011-02-22T20:59:00.009+01:00</published><updated>2011-02-22T22:29:49.408+01:00</updated><title type='text'>Goombasy</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dawno dawno temu była taka gierka na kartridżach - Mario Bros. Pamiętacie? Młodsze pokolenia to już czasy komputerów, ale te starsze osobniki mogą kojarzyć. W czasach, kiedy nie było jeszcze Play Station, X-Boxów, tylko były takie konsole Nintendo na kartridże, które wyglądały... no prawie, jak kaseta magnetofonowa w pudełku. I była na nich gra Mario Bros, w której dwóch hydraulikó&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w (w wersji na jedną osobę po ekranie ganiał jeden hydraulik) biegało po różnych poziomach podziemi i... coś robiło. Zadziwiające, ale nie pamiętam co... Pewnie coś zbierali, za co miało się punkty, głównie o to w gie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rk&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ach chodzi. Tudzież kojarzy mi się, że napotykali jakieś stwory, które ich zabijały i trzeba było ich unikać. Jeden brat hydraulik miał czerwone ubranko, drugi miał niebieskie.&lt;br /&gt;Mój brat (nie hydraulik), zapalony komputerowiec i gracz, miał oczywiście taką konsolę i zestaw takich różnych gierek w czołgi, samoloty i inne tego typu. I łoiliśmy w to na &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;okrągło. Z tego całego zestawu, na którym szumnie reklamowali 180 gier, ale w rzeczywistości było ich&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; tylko kilka...naście, albo kilkadziesiąt i tylko występowały w różnych wariantach graficznych albo z jakimiś dodatkami - najbardziej lubiłam Mario Bros. Była to dosyć lajtowa, ale nie taka najprostsza gierka, no i fajnie się w nią grało w duecie.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Najczęściej grałam z nią z przyjaciółką, z którą się świetnie uzupełniałyśmy. Byłyśmy niezwyciężone.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie zrobili z tej gierki film. Miał on tytuł Super Mario Bros i był chyba całkiem niezły, jak na ówczesne wymagania, bo było o nim głośno. Ja - wówczas (i na zawsze) wielka, oddana fanka Roxette (ku uciesze rówieśników, którzy mi to wypominali i dla któ&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rych był to powód aby się ze mnie pośmiać) oczywiście wiedziałabym o tym filmie nawet, gdyby nie był on reklamowanym hitem, bo w ścieżce dźwiękowej wykorzystali utwór Roxette. A może nawet Roxett&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e napisali piosenkę do tego filmu specjalnie... Chyba tak. Piosenka nosiła tytuł "Almost unreal" i była taka sobie, całkiem spoko, ale nie była ona szczytem możliwości zespołu. Film chyba nawet w końcu obejrzałam, kiedyś, dłuuugooo po premierze, niewiele z niego pamiętam, oprócz... Goombasów.&lt;br /&gt;Wiecie co to były Goombasy?&lt;br /&gt;Nie?&lt;br /&gt;Goombasy to były chyba jakieś potomki dinozaurów. Mario Bros przenieśli się do dziwnego alter-świata, zamieszkałego przez takie osobniki. Charakterystyczne dla Goombasó&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w było to, co charakteryzowało wszystkie dinozaury - szeroki tułów i mały łepek&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W grze ich nie było, ale na potrzeby filmu stworzyli sobie nowe przygody braci Mario i w tych przygodach ganiały za nimi Goombasy.&lt;br /&gt;I teraz: dlaczego o tym piszę - wczoraj do kompletu ze strojem kąpielowym w ogromnym rozmiarze 42, kupiłam sobie na pocieszenie śliczne fioletowe gogle do pływania. I co ciekawe, gogle zakładam dopasowane na rozmiar S i są na mnie dobre. Dzisiaj więc doszłam do wniosku, że mam proporcje takiego Goombasa - mam wielkie ciało i mały łepek. Właśnie tak mi wychodzi po zestawieniu tych rozmiarów.&lt;br /&gt;Napisałam o tym Kamie i wysłałam jej link do zdjęcia Goombasów, na co ona mi odpisał&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a, że - cytuję:&lt;br /&gt;"rzeczywiście jesteś identyczna jak na zdjęciu. Ramiona masz tylko trochę szersze "&lt;br /&gt;Widzieliście Goombasa? Nie, to proszę, można się pośmiać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-YRJfxMlMyKY/TWQbU4KIFtI/AAAAAAAAFGI/CuntoqFcJ8w/s1600/super-mario-bros-movie-goomba.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 182px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-YRJfxMlMyKY/TWQbU4KIFtI/AAAAAAAAFGI/CuntoqFcJ8w/s320/super-mario-bros-movie-goomba.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5576612284077709010" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-4umLBuYpPaY/TWQbMrQHwUI/AAAAAAAAFGA/gVB6eCNYqck/s1600/SMBMovie-Goombas.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 300px; height: 225px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-4umLBuYpPaY/TWQbMrQHwUI/AAAAAAAAFGA/gVB6eCNYqck/s320/SMBMovie-Goombas.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5576612143174238530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;No właśnie, uderzające podobieństwo, jak udowodnili mi producenci strojów kąpielowych. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O! Właśnie znalazłam na necie &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://nintendo8.com/game/629/super_mario_brothers/"&gt;gierkę Super Mario Bros. w wersji on-line&lt;/a&gt;!! Wow! Jest taka sama, jak na Nintendo! Zupełnie zapomniałam, o co w niej chodziło... Ale świetnie, pogram sobie, może mi się przypomną te fajne czasy! :)&lt;br /&gt;Tylko widzę, że na komputerze są zamienione ręce. Na konsoli prawą ręką się podskakiwało, a lewą szło. A tu jest na odwrót. No i zonk, trzeba się przestawić. Mimo, że od czasu, kiedy w to grałam upłynęło naprawdę wiele lat, to jakbym dostała ten pad, w swoje ręce, to bym bez problemu przypomniała sobie, jak się w to płynnie gra. Z przestawieniem się na odwrót z rękami jest gorzej... Ale jeśli się nauczę grać na odwrót to przynajmniej zrobi mi się jedna szara komórka w mózgu więcej :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://nintendo8.com/game/629/super_mario_brothers/"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 298px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-lH6kUnxWQ2A/TWQdSEPJHfI/AAAAAAAAFGQ/6XcpnX7XS0w/s320/Mario.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5576614434803621362" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5905810821679982564?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5905810821679982564/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5905810821679982564' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5905810821679982564'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5905810821679982564'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/goombasy.html' title='Goombasy'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-YRJfxMlMyKY/TWQbU4KIFtI/AAAAAAAAFGI/CuntoqFcJ8w/s72-c/super-mario-bros-movie-goomba.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6785057428054153155</id><published>2011-02-21T22:13:00.004+01:00</published><updated>2011-02-21T22:58:33.350+01:00</updated><title type='text'>Wieloryb na horyzoncie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Naszło mnie znów na pływanie.&lt;br /&gt;Jakiś czas temu pływaliśmy z Łukaszem regularnie. Najpierw chodziliśmy na różne baseny, na wejścia biletowe, potem kupiliśmy sobie karnet na rok. Niestety przymus pływania co tydzień przez bity rok zabił we mnie entuzjazm. A może też dlatego, że to był rok, kiedy braliśmy ślub, urządzaliśmy mieszkanie - i to było samo w sobie wykańczające. Koniec końców odechciało mi się wyjść na basen i to na dosyć długo. Przestawiłam się na aerobik na suchym lądzie, co się nawet sprawdziło, aż za bardzo. Tak mnie wciągnęło, że chodziłam 3x w tygodniu i dostałam lekkiego świra na punkcie bycia 'fit'. Ale potem przyszła wiosna, więc rzuciłam i aerobik, bo spędzanie całych dni w zamkniętych pomieszczeniach nie jest kuszącą perspektywą, kiedy na dworze zaczyna świecić słońce i robi się ciepło.&lt;br /&gt;Teraz mi się z powrotem zachciało pływać. Od prawie dwóch tygodni mam nieodpartą ochotę popływać. Zrobiłam risercz po necie w poszukiwaniu basenów w Lublinie. Łukasz trochę mnie wyśmiał, bo on to wszystko wie, zostawiłam więc net w spokoju i poszliśmy osobiście na basen w podstawówce na Rzeckiego, aby sprawdzić, jakie mają w tym półroczu godziny wejść. Łukasz nadal chodzi co jakiś czas popływać.&lt;br /&gt;Najlepiej zrobiła moja Mama - ostatnio zasmakowała w aquaaerobiku. Ma 2 w 1 - i wodę i aerobik. Niestety Mama jeździ na aquaerobik na 16tą, a to dla mnie trochę za wcześnie, zważywszy, że ostatnio ciężko mi wyjść z pracy przed 16.30.&lt;br /&gt;Postanowiłam więc popływać w stylu tradycyjnym, bez żadnych wygibasów z akcesoriami. Słowo daję, czy wiecie, jak wygląda aquaaerobik? Ja nie wiedziałam i do tej pory nie wiem, ale z tego, co opowiadała mi Mama, to trzeba mieć do tego odpowiednie akcesoria, które z resztą rozdają przed zajęciami. Nie wiedziałam, że to taka zaawansowana dziedzina sportu. Myślałam, że to polega na tym, że wskakujesz do wody i machasz rękami i nogami w takt muzyki. Tak, jak w Tatralandii było. Cały basen ludzi machających tak samo rączkami: w górę i w dół, w górę i w dół.&lt;br /&gt;Więc, kontynuując wątek, prawie poleciałam na ten basen, jeszcze tego samego poniedziałku (tydzień temu), kiedy sprawdziliśmy godziny wejść. Prawie codziennie koło 20-21 jest jakaś godzina czy dwie na popływanie za zwykły bilet. Bardzo mnie to ucieszyło, wróciłam do auta w podskokach i już robiłam plany, kiedy się wybierzemy na basen, kiedy uświadomiłam sobie, że ja nie mam żadnego stroju do pływania! Ani jednego! Mam owszem, dwa bikini, jedno skąpsze od drugiego, ale strój sportowy miałam pożyczony od siostry. Był bardzo fajny, dwuczęściowy, ze spodenkami. Trochę mi te spodenki zjeżdżały z tyłka, bo był na mnie lekko przyduży, ale dało się w nim pływać. Zdecydowanie lepiej, niż w bikini, w którym stanik mi się rozchyla pod naporem wody i mogę w nim pływać tylko w bardzo mętnych wodach jeziora. :)&lt;br /&gt;Kamisio niestety odebrała mi strój, kiedy ja przestałam chodzić na basen, a dla odmiany zaczęła chodzić ona. Oddałam jej bez żalu, bo akurat wtedy cierpiałam na basenowstręt. Teraz jednak pojawił się problem: w czym ja niby mam iść popływać?&lt;br /&gt;No i zaczęła się zabawa!&lt;br /&gt;W piątek po pracy znalazłam w końcu czas, aby pójść do sklepu sportowego w poszukiwaniu stroju. Poszłam do Leclerca na Zana, najbliżej pracy, całkiem spory sklep. W sam raz, aby od niego zacząć i najlepiej na nim skończyć. Niestety nie udało się tak sprytnie załatwić tej kwestii. W sklepie były aż cztery wieszaki pełne różnego rodzaju strojów. Jednoczęściowych. Dwuczęściowych, sportowych zwłaszcza - brak. Wybrałam cztery różne modele, wszystkie w rozmiarze S i podreptałam do przymierzalni. Założyłam pierwszy... wróć, poprawka: chciałam założyć pierwszy, a tu figa! Wcisnęłam dupkę w majtki, ciągnę do góry, a tu nie idzie! Dociągnęłam szelki na wysokość biustu i poddałam się. Dramat jakiś. Ok, pomyślałam, że może to jakiś model dla małych dziewczynek i nie zrażona wzięłam się za kolejny. A tu kolejna klapa! Strój ledwo daje się założyć i wciągnąć powyżej pępka... No świetnie. Sprawdziłam metkę, ale jak byk było napisane, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;damski&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; strój, nie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;dziewczęcy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;.&lt;br /&gt;Jak nie trudno się domyślić wszystkie 4 stroje były na mnie poważnie za małe. Mam podejrzenia, że mogły by być ewentualnie dobre na Amelkę, która ma 8 lat... Chociaż po głębszym zastanowieniu i to wątpię, bo Amelka zawsze kiedy u nas nocuje śpi w mojej koszulce. Trochę na mnie przyciasnej, ale wcale nie wygląda na niej, jak namiot. No nic, widocznie te stroje są na osoby wzrostu karzełka.&lt;br /&gt;Ubrałam więc w tej przymierzalni wszystkie te warstwy moich własnych ciuchów - a w zimie to się nie kończy na 2 pozycjach, tylko na szaliku i wielkiej kurtce - i poszłam z powrotem do wieszaka ze strojami. Wybrałam teraz mądrzej, jak mi się zdawało, wszystkie rozmiary M. Kolejne 4 stroje.&lt;br /&gt;Nie będę wdawała się w szczegóły tego upokarzającego doświadczenia, wystarczy, że powiem, że zrobiłam jeszcze trzecią rundę do wieszaka, po rozmiary L. Tu już szczęka mi opadła i straciłam poczucie rzeczywistości. Na pocieszenie jeden strój w rozmiarze L był na mnie za duży, ale był ewidentnie przeznaczony dla kobiet szczodrze obdarzonych przez naturę, więc w gruncie rzeczy się to nie liczy.&lt;br /&gt;Wyszłam z tego głupiego sklepu cokolwiek ogłuszona moim odkryciem. Nie wiem, jak to możliwe, bo pomimo, że przez ostatnie 3 lata przytyłam 3 kg, to nadal noszę rozmiar 36, czyli S. A tu nagle nawet L było na nic...&lt;br /&gt;Cały łikend starałam się usilnie zapomnieć o tym zaskakującym odkryciu, że najwyraźniej zdejmując ubranie - nagle się poważnie powiększam. O jakieś 2 do 3 rozmiarów.&lt;br /&gt;Postanowiłam poszukać szczęścia w sensowniejszym miejscu, Decathlonie.&lt;br /&gt;Dzisiaj po pracy pojechałam do Decathlonu. Pomimo mrozu siarczystego i padającego śnieżku, zapakowałam się do auta i pojechałam w poszukiwaniu stroju idealnego.&lt;br /&gt;Stroje były. Innej firmy, niż w Leclercowym sklepie, więc uznałam, że szyją rozmiary z rozumem. Wzięłam do przymierzalni 36 i... po chwili wyszłam z nimi z powrotem odwiesić. O ile dwuczęściowy wszedł ok i był tylko trochę za ciasny, o tyle dwuczęściowe okazały się równie male, co w Leclercu. No cóż, na zasadzie: dziesięć tysięcy pingwinów nie może się mylić doszłam do głębokiego i pocieszającego przekonania, że widocznie rozmiarówka strojów kąpielowych jest dziecinie mała. Wzięłam więc z wieszaka 38... potem 40.... a na koniec kupiłam 42.&lt;br /&gt;I wiecie co? Wcale nie jest za duży!!!!&lt;br /&gt;Kupiłam sobie strój w rozmiarze 42!!!!!&lt;br /&gt;Od tego momentu przeżywam załamanie nerwowe... ;P&lt;br /&gt;Pierwsze co zrobię, to obetnę metkę! Niech tylko nikt nie zobaczy, jaki to wielorybi rozmiar, bo się spalę ze wstydu! A potem pójdę w nim popływać, byle szybko i dużo, to może schudnę do rozmiaru 38, bo na 36 to już nie mam szans. Ludzie się nie kurczą o tyle, nawet na starość. :)&lt;br /&gt;No i tym sposobem w mojej szafie zawiśnie jedyna rzecz z metką z takim dramatycznym numerkiem... Naprawdę, już dziwne rzeczy widziałam w sklepach i wiem, że wcale nie jestem z tych najchudszych, ale ten strój dzisiaj przebił wszystko.&lt;br /&gt;Na upartego mogłam wziąć rozmiar 40. Był prawie dobry, ale trochę mi się wpijał na ramionach. Ale co to za różnica, skoro rozmiar i tak miał na początku czwórkę... Żadna.&lt;br /&gt;Mogę się starzeć, ok - nic na to nie poradzę. Co dziesięć lat będę mówiła sobie wierszyk: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;zmiana kodu coś-tam-nowego z przodu&lt;/span&gt;. Teraz mam trójkę z przodu. Na czwórkę też przyjdzie czas za kilka lat. Ale to będzie czwórka wiekowa, a nie rozmiarowa. Rozmiarowo zamierzam pozostać na poziomie 36. Nie zamierzam tyć. No chyba, ze wszyscy producenci odzieży zmówią się przeciwko mnie i zmienią rozmiarówkę tak, że będę nosiła czwórki jakieś tam... Póki co nikt nie wpadł na ten szczęśliwy pomysł, więc żyję w przeświadczeniu, że mam rozmiar S (36). Do następnego kupna stroju kąpielowego... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6785057428054153155?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6785057428054153155/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6785057428054153155' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6785057428054153155'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6785057428054153155'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/wieloryb-na-horyzoncie.html' title='Wieloryb na horyzoncie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-9196279989444839064</id><published>2011-02-15T23:14:00.003+01:00</published><updated>2011-02-15T23:35:46.101+01:00</updated><title type='text'>Be FB</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Niecierpię Facebooka. Naprawdę, tak mnie irytuje ten portal, że koszmar.&lt;br /&gt;Ja nie wiem, jak się po nim nawigować i  o co w nim chodzi. Niby mam na FB konto, ale wchodzę na nie raz na miesiąc - a i to z konieczności. Nie wiem nawet po co trzymam to konto... Chyba po to, aby się denerwować.&lt;br /&gt;Jakiś ten serwis jest nieintuicyjny, jak dla mnie. I naprawdę czasem dłuuugo szukam czegoś, co mi potrzebne. Na przykład poczty. Czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie jest poczta na FB? Kiedyś była gdzieś pod ręką, ale coś poprzestawiali i nie wiem, gdzie jest. Znalazłam gdzie są ukryte maile odebrane, ale to by było na tyle. Dobrze, że przesyłają maile na adres email, a nie tylko na FB można je odczytać.&lt;br /&gt;Albo znajomi. Ostatnio nie mogłam doszukać się znajomych na FB. Nadal nie wiem, gdzie ich szukać, chociaż wtedy udało mi się jakimś sposobem wyświetlić całą listę.&lt;br /&gt;A już najlepsze jest, jak FB rozsyła sam z siebie zaproszenia do innych, aby zostali moimi znajomymi! O dżizu! Ja nie wysyłam, a potem dostaję powiadomienia, że ktoś zaakceptował moje zaproszenie. :)) Strasznie mnie to śmieszy, ale też i irytuje. Po kilku takich razach przestałam się przejmować. Podobnie, jak zaproszeniami od nieznanych mi osób. Może im FB też takie psikusy robi. Podobno sobie powiązałam konto na gmailu z FB i dlatego automatycznie wysyłam zaproszenia. No to świetnie. :))&lt;br /&gt;Naszej-klasy już się pozbyłam, zostało mi goldenline i FB. Na żadne nie wchodzę regularnie. Goldenline to ma jeszcze dla mnie jakieś uzasadnienie, to taki niby pro-pacowy portal. Ale FB to jest takie miejsce dla... no dla niczego jak dla mnie.&lt;br /&gt;Najlepsze są te jakieś programy na FB, które żyją własnym życiem. Słowo daję! Wiem, że najprostszym komentarzem do tego jest to, że jestem jakimś półgłówkiem. No trudno mogę być. Ale za nic nie wiem, do czego one służą i dlaczego one robią, co chcą.&lt;br /&gt;Jakiś badoo. Pisało do mnie to badoo na FB, że jacyś ludzie odpowiadają na pytania o mnie. OK. Chcą, to odpowiadają, widocznie nie mają lepszego zajęcia. A pytania były co najmniej dziwne, na przykład czy pocałowałabym się w windzie. Z kim? Nie sprecyzowano. Widocznie sama ze sobą.&lt;br /&gt;Nie mam pojęcia czemu ta zabawa służy, ani do czego jest to badoo, ale zrobiło się ciekawiej, jak pewnego dnia odpaliłam FB, a tu założyło mi się konto na tym badoo i okazało się, ze to chyba jakiś randkowy serwis. NO i teraz nie wiem, jak się do tego loguje i jak się z tego wypisać. I wcale, ale to wcale nie chce mi się tego rozgryzać.&lt;br /&gt;Czuję się, jak jakaś stara ślepa babcia, kiedy odpalam FB.&lt;br /&gt;No, w każdym razie na tym badoo nawet były jakieś komentarze do mojego zdjęcia profilowego na FB, jacyś obcy faceci mnie skomentowali. No super interesujące. A czy ktoś ich pytał? Może to badoo, kto to tam wie...&lt;br /&gt;Trzeba by się jakoś zmusić i zlikwidować to badoo, ale jak? Czuję wyraźną niechęć do logowania się na FB i robienia tam czegokolwiek.&lt;br /&gt;Chyba nie doceniam tych genialnych portali społecznościowych. Narzędzia komunikacji międzyludzkiej. Może kiedyś zacznę. Na razie czuję się, jak ślepy na pustyni. Ludzie spędzają mnóstwo swojego  życia na FB. Mają tam jakieś wirtualne ogrody czy farmy, grają w gry, publikują wszystko, co myślą, mówią i co się dzieje wokoło nich... A ja co? Nawet na blogu ostatnio nie pisuję za często.&lt;br /&gt;Facebook - Facebookiem, ale film o jego twórcy obejrzałam i bardzo mi się podobał. Jego serwis jednak jest tak samo zakręcony, jak on sam. Bohaterem był interesującym w tym filmie i bardzo niejednoznacznym, ale właśnie przez to ciekawy był sam film.&lt;br /&gt;Ciekawe swoją drogą, czy on ma w końcu jakąś dziewczynę? Żonę? Bo FB stworzył chyba z chęci złapania kontaktu z ludźmi. Był trochę wyobcowany i chyba też trochę niewyżyty. I proszę, genialne pomysły rodzą się z kompleksów. Potrzeba udoskonalenia sobie życia popycha ludzi do zaskakujących wynalazków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-9196279989444839064?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/9196279989444839064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=9196279989444839064' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9196279989444839064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/9196279989444839064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/be-fb.html' title='Be FB'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7540930322487252901</id><published>2011-02-13T14:28:00.002+01:00</published><updated>2011-02-13T14:44:34.285+01:00</updated><title type='text'>Wiosennie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Za oknem wiosna jakby. Nie do końca prawdziwa, ale to słońce jest bardzo zachęcające.&lt;br /&gt;Dopiero, kiedy znów zaczęło świecić słońce, ostatnimi dniami, uświadomiłam sobie, jaka zima była ponura. Rano szaro i buro, w pracy zapalaliśmy światło, aby było chociaż trochę przyjemniej (i aby coś widzieć w tym półmroku za oknem), a po pracy wychodziło się w ciemną noc. Okropność. Po kilku tygodniach zaczynam się czuć jak w letargu. Jeszcze mi nie przeszło.&lt;br /&gt;Nic dziwnego, że ludzie łapią doła, a niektórzy nawet zapadają na depresje. No, ale - jeśli przeżyjemy luty, od marca odżyjemy.&lt;br /&gt;Jakieś 2 tygodnie temu koleżanka napisała mi, że zapewne idzie wiosna, bo jej koń zaczął linieć. Konie podobno tak mają, kiedy zaczynają linieć, to nieomylny znak, że wiosna już jest tuż tuż. Pewnie wszystkie sierściuchy tak mają, ale Kama obserwuje to po koniach, bo są największe i pewnie najłatwiej to zauważyć przy ich czyszczeniu. W tym roku koń Kamy zaczął linieć wyjątkowo wcześno, bo w styczniu. Ale skoro zaczął, to musi to coś znaczyć!&lt;br /&gt;W tym tygodniu zaczął linieć mój szczurek. Dosłownie z dnia na dzień. Wstałam wczoraj i zobaczyłam, że wokół klatki pełno jest jego białej sierści. Zupełnie, jakby łysiał! Nigdy wcześniej nie widziałam, aby mu włosy wypadały. Szczurek linieje dalej, ale po pierwszym szoku już się do tego przyzwyczaiłam i nie panikuję, że zaraz zdechnie na jakąś tajemniczą chorobę, tylko cieszę się, że to na pewno znak wiosny.&lt;br /&gt;A pamiętacie ten śnieg po kolana? To było okropne... Trochę zabawne, ale przede wszystkim uciążliwe. Na szczęście śnieg stopniał, kiedy zaczął zalegać już wszędzie i utrudniać życie do niemożliwości. Zastanawiałam się, coby było, jakby nie stopniał, tylko by go przybywało... Jak byśmy żyli? Jak byśmy się poruszali, przemieszczali i radzili sobie? Może byłaby powtórka z zimy '79, kiedy to od sylwestra '78 zaczęło sypać śniegiem i padało w nieskończoność. Ścisnął mróz i była zima stulecia. Klęska żywiołowa. A napadało wtedy śniegu tyle, że ludzie kopali tunele, aby się gdzieś dostać... Fajnie musiało być! :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7540930322487252901?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7540930322487252901/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7540930322487252901' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7540930322487252901'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7540930322487252901'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/wiosennie.html' title='Wiosennie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1962297197158759192</id><published>2011-02-06T17:09:00.002+01:00</published><updated>2011-02-06T17:22:00.680+01:00</updated><title type='text'>Narowisty rumak</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mój samochód ma ostatnio jakieś humory.&lt;br /&gt;Miewa je w zasadzie co kilka tygodni, od jakiś 2 miesięcy. Co chwila coś się w nim psuje. Już nie mam siły.&lt;br /&gt;Najpierw wysiadła chłodnica. W grudniu przed świętami.&lt;br /&gt;Potem (i przedtem trochę też) coś nie łączyło i nie chciał palić. Nadal nie chce co jakiś czas i niestety nie jest to do końca naprawione, więc przejścia z nim mamy ciekawe.&lt;br /&gt;Dzisiaj mi odpadł tłumik. Normalnie, zwyczajnie, po prostu mi odpadł.&lt;br /&gt;Jakiś przedni tłumik. Nie znam się na tych badziewnikach, ale dopiero co (we wrześniu) Tata z Łukaszem wymienili mu cały tłumik. Cały - jakby się wydawało. Wydawało mi się źle, bo nagle odpadła mu jakaś przednia część, najwyraźniej nie wymieniona we wrześniu.&lt;br /&gt;Nie wiem, jak to możliwe, ale tak wziął i zrobił. Odpadł i mało tego, że  po dopadnięciu samochód zaczął pierdzieć, niczym stuningowany wyjec, to  jeszcze odpadnięty tłumik ciągnął się pod autem i brzęczał na wybojach  na asfalcie. Ale byliśmy widowiskiem w tym samochodzie! Wow! Wszyscy się  za nami oglądali! :)&lt;br /&gt;Historie z tym naszym rumakiem mamy nieziemskie, a najlepsze, że rumak miewa nastroje na psucie się zawsze wtedy, kiedy jest z nami w aucie jakaś dodatkowa osoba. Taka przypadkowa ofiara tych przypadków. Dzisiaj były to Ewa i Amelka. Miałyśmy taki babski pierdzący samochód. O dżizu....&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1962297197158759192?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1962297197158759192/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1962297197158759192' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1962297197158759192'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1962297197158759192'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/02/narowisty-rumak.html' title='Narowisty rumak'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5307329417986592776</id><published>2011-01-18T22:07:00.003+01:00</published><updated>2011-01-19T22:03:29.742+01:00</updated><title type='text'>Niespodziewanki</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Życie tak się toczy po swojemu i bez specjalnego przywiązywania się do planów. Jakichkolwiek. Można coś planować, ale niekoniecznie musi się to potem po pierwsze spełnić, a po drugie sprawdzić w rzeczywistości.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest więc sobie zazwyczaj w życiu na zasadzie - będzie co ma być.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i jest właśnie tak u mnie.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mam lekki suprajs ostatnio, rzeczy zmieniają kierunek. Z planowanego na zupełnie inny i całkiem ciekawy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chociaż przyznam, że w zasadzie nie jest to wielka niespodziewanka dla mnie, bo pewne rzeczy można sobie wywnioskować dodając przysłowiowe 2 do 2.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jeśli obserwuje &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wydarzenia, to można się trochę zorientować na co się zanosi, pod warunkiem, że nie jest się ślepym i głuchym na rzeczywistość. Starałam się patrzeć przytomnie, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nie jestem więc specjalnie zdziwiona.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Za to jestem zadowolona.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Podejrzewam, że niektórzy będą bardziej zaskoczeni, co może być ciekawe.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Spadł mi z serca, czy z ramion wielki ciężar i czuję się tak lekko. Beztrosko.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Humor mi się poprawił już z tydzień temu, potem się objawiła ta całkiem przyjemna perspektywa i jakoś tak ten nowy rok zaczyna prezentować się optymistycznie. I o wiele łatwiej i przyjemniej, niż zeszły rok.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Co prawda złapałam jakiegoś wirusa, kaszlę, jak suchotnik i kiepsko się czuję, ale na nastrój mi to nie rzutuje. Byłam dzisiaj u lekarza, miła pani doktor powiedziała, że będę żyła i nawet nie muszę się antybiotykiem faszerować. Zwolnienia nie brałam, bo daję radę w pracy (jak zawsze z resztą przy takim delikatniejszym chorowaniu).&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Więc rzeczy mają się całkiem dobrze i całkiem dobrze ten rok &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zapowiada. Trzymam kciuki, aby dalej rozwijał się coraz lepiej.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na razie będzie tak napisane bez konkretów, w swoim czasie pojawią się bardziejsze szczegóły.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5307329417986592776?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5307329417986592776/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5307329417986592776' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5307329417986592776'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5307329417986592776'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/01/niespodziewanki.html' title='Niespodziewanki'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5368818942057067574</id><published>2011-01-06T23:18:00.003+01:00</published><updated>2011-01-06T23:30:31.404+01:00</updated><title type='text'>Dobre wieści</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Macie czasem tak: dotrze do was jakaś dobra wiadomość, dobra nowina, wesoła, pozytywna, radosna, wspaniała, super news. Super oczywiście dla kogoś innego, bo to kogoś innego ten news dotyczy. I wszystko jest fajnie, pięknie, poza tym, że was ten news dobija. I smuci. I przygnębia, i chce się wam płakać.&lt;br /&gt;Ja tak mam. Dzisiaj. To pewnie jest egoistyczne, ale nic na to nie mogę poradzić. Dobra wiadomość dla kogoś innego - mnie zwyczajnie zasmuciła.&lt;br /&gt;Fajnie, jak komuś się coś uda, ale niefajnie, że nie udaje się to mi. I to jest smutne.&lt;br /&gt;Bo z jednej strony bardzo mnie cieszy czyjeś szczęście, ale nie potrafię nie przyrównać się do tego i nie poczuć  żalu, że życie jest niesprawiedliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym dzień był całkiem fajny. Wpadła do nas Justi koło południa, tak spontanicznie, jak to tylko ona potrafi. Trochę z nami pobyła, pośmialiśmy się, zjedliśmy razem obiad. Było nam miło.&lt;br /&gt;Justi zadzwoniła do mnie, kiedy była tuż pod naszym blokiem, bo właśnie była pod naszym blokiem i pomyślała, że nas nawiedzi. Kiedy na nią czekałam, pomyślałam, że teraz to jest rzadkość i nikt praktycznie już tak nie robi. Z naszych znajomych tylko ona. Kiedyś to był standard, że wpadało się do znajomych bez zapowiedzi, zachodziło się przy okazji, nawet na chwilę, tak pod wpływem impulsu. A potem pojawiły się komórki, napięte grafiki i cała ta niepisana etykieta, że należy się umawiać z wyprzedzeniem, jeśli się chce do kogoś przyjść. W sumie to nie wiadomo dlaczego. Można wymyśleć mnóstwo powodów oczywiście, ale żadne nie są tak naprawdę ważne. Bo powody typu - ktoś musi posprzątać, albo się umalować, to nie są powody.&lt;br /&gt;To jest takie smutne. I sztywne. I zdecydowanie utrudnia kontakty bezpośrednie z ludźmi.&lt;br /&gt;Fajnie, że są jeszcze osoby, które po prostu wpadają na herbatkę, bez tych ceregieli z umawianiem się na tydzień wcześniej co najmniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5368818942057067574?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5368818942057067574/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5368818942057067574' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5368818942057067574'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5368818942057067574'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/01/dobre-wiesci.html' title='Dobre wieści'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-282769846292448073</id><published>2011-01-02T23:36:00.004+01:00</published><updated>2011-01-18T22:06:45.746+01:00</updated><title type='text'>Nowy rok</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mamy nowy rok, 2011.&lt;br /&gt;Jeszcze jest nowy. Nowiutki. Lśniący, czyściutki i odprasowany. Jeszcze się niczym nie skaził, nie zabrudził i nie wymiętolił... nas.&lt;br /&gt;Pierwsze dwa dni wolne dla większości ludzi (Łukasz jest w mniejszości, która dzisiaj już pracowała).&lt;br /&gt;Nawet czuję się wypoczęta w tym nowym roku, no ale leniuchowałam przez 5 dni i resetowałam się usilnie, więc w sumie powinnam być wypoczęta.&lt;br /&gt;Ale nie chce mi się wracać do pracy. Pewnie znów będzie jakieś nieprzytomnie szalone tempo, pracy huk i ciągle pod górkę. Zmęczyła mnie miniona jesień i końcówka zeszłego roku i strasznie mnie zniechęciły ostatnie wydarzenia.&lt;br /&gt;Mam naprawdę wielki niesmak i ogromny pracowstręt po zeszłym roku. I nie chce mi się oglądać jutro niektórych osobników, wybitnie paskudnych z charakteru, którzy mają strasznie przerośnięte ego. Właściwie to jednego takiego osobnika. A zaraz, właśnie mi się przypomniało, że w tym tygodniu chyba go nie będzie! O, los jest łaskawy na początku roku.&lt;br /&gt;Co robiliście w Sylwestra?&lt;br /&gt;To jest taki dzień, kiedy ludzie nagle czują jakiś dziwaczny przymus, aby się integrować i bawić za wszelką cenę. Śmieszne to jest i bardzo sztuczne tak naprawdę. Niektórzy przez cały rok nie mają przyjaciół, nie spotykają się ze znajomymi i wcale się nie integrują, ale w tę ostatnią noc roku nagle robią się bardzo towarzyscy i rozrywkowi.&lt;br /&gt;Jak widać, ja weszłam w nowy rok z moim przyjacielem dołem i na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy się mieli rozstać. Przyczepił się do mnie i tak za mną łazi.&lt;br /&gt;Trudno. Raczej mi się samo nie poprawi.&lt;br /&gt;Nie chce mi się jutro iść do pracy... Mam taką mantrę noworoczną... O, to mi przypomniało, że zostawiłam w lodówce w pracy 3 serdelki i kilka plasterków sera topionego hochland. Ciekawe czy już zaczęły żyć własnym życiem? Od 20 grudnia miały sporo czasu. Jutro chyba zacznę dzień od wyrzucenia ich.&lt;br /&gt;Co dziwne w tym roku zapomniałam zrobić postanowień noworocznych... W zeszłym roku zrobiłam kilka i chyba nic absolutnie nie udało mi się zrealizować. Świetny bilans wychodzi za zeszły rok. Nie ma więc wielkiego sensu robić kolejnych postanowień. A może jak się nie robi postanowień noworocznych, to one się same spełniają...&lt;br /&gt;Spróbujmy w tym roku tej alternatywnej metody. Może coś się uda zdziałać w ten sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życzę Wam, aby 2011 był rewelacyjnym rokiem, pod każdym względem. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-282769846292448073?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/282769846292448073/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=282769846292448073' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/282769846292448073'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/282769846292448073'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2011/01/nowy-rok.html' title='Nowy rok'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7108746496412026257</id><published>2010-12-29T00:10:00.002+01:00</published><updated>2010-12-29T00:13:41.726+01:00</updated><title type='text'>Sprostowanie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Rafał, nasz szczur wcale nie ma na imię Wiesiek! I wcale to nie jest szczur, tylko szczurka, więc tym bardziej to nie jest imię dla niej!&lt;br /&gt;Nie wiem, co Łukasz sobie z tym imieniem ubzdurał, ale to nie jest żaden Wiesiek! Ani Wiesia, nie daj się nabrać też na to.&lt;br /&gt;W zasadzie szczurka nie ma wcale imienia i nie wiem, czy będzie miała, bo jakoś mi do niej żadne nie pasuje. Ale Wiesiek to już zupełnie nie! Nawet mi się nie podoba, co dopiero mówić o pasowaniu!&lt;br /&gt;Łukasz się uparł i nazywa szczurkę Wiesiek, a ona mu w zamian za to zostawia bobki, gdziekolwiek, go spotka. Jak widać ona... robi coś... na to imię. Jej też nie się nie podoba! :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7108746496412026257?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7108746496412026257/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7108746496412026257' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7108746496412026257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7108746496412026257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/12/sprostowanie.html' title='Sprostowanie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3115505789233546290</id><published>2010-12-26T22:21:00.002+01:00</published><updated>2010-12-26T22:31:32.917+01:00</updated><title type='text'>Byle do końca</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zmęczył mnie ten rok. Dosłownie mnie zmęczył. W każdej dziedzinie.&lt;br /&gt;Mam tak serdecznie dość, że nie chce mi się już nic. Ani pracować, ani z nikim rozmawiać, ani nic pisać...&lt;br /&gt;Właśnie jakiś koleś napisał w komentarzu na moim blogu, że "jestem w wielkim błędzie".&lt;br /&gt;Dobiło mnie to. Za chwilę usunę jego komentarz, w którym reklamuje swój blog i narzuca mi, co powinnam myśleć. No szkoda bardzo.&lt;br /&gt;Nawet takie drobnostki wydają mi się kamiennym ciężarem...&lt;br /&gt;Jutro mam urlop. Jeden z pozostałych mi 17 dni urlopu na ten rok. We wtorek chyba pójdę do pracy tylko po to, aby złożyć wniosek urlopowy na kolejne dwa dni. W Sylwestra już mam zaklepany urlop.&lt;br /&gt;A potem się zamknę w mieszkaniu i nie będę kontaktowała się ze światem. Powyłączam telefony i będę miała wszystko w nosie.&lt;br /&gt;Ten rok był szitowy. Nie myślałam, że to jest możliwe, ale tak! Był jeszcze gorszy niż 2009.&lt;br /&gt;Koleżanka mi pożyczyła SMSem na święta, aby kolejny rok był "niegorszy". Zaczepiste życzenia. Kolejny szitowy rok, jednym słowem. Nie, dziękuję, nie skorzystam.&lt;br /&gt;Nie mam już woli walki i nie mam już chęci się produkować. Moją normę wyrobiłam na ten rok -  mniej więcej w okolicy początku listopada. Normę we wszystkim - w pracowaniu, w wytrzymałości na szitowe przypadki, w znoszeniu przeciwności losu...&lt;br /&gt;Teraz mam ochotę nic nie mówić, albo tylko jęczeć.&lt;br /&gt;Na pocieszenie kupiłam sobie na koniec roku szczurkę. Jest śliczna, malutka i słodka. I przeziębiła się i od 2 dni kicha i jest osowiała. Ot, taka kropka nad "i" na ten rok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3115505789233546290?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3115505789233546290/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3115505789233546290' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3115505789233546290'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3115505789233546290'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/12/byle-do-konca.html' title='Byle do końca'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8939331965384149401</id><published>2010-11-30T21:48:00.002+01:00</published><updated>2010-11-30T21:53:57.904+01:00</updated><title type='text'>Zakwasy pośniegowe</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wczoraj do pracy pojechałam autobusem. Zaraz po tym, jak przeleciałam z językiem na brodzie jeden przystanek. Wróciłam do domu na piechotę już całą drogę, przy czym na koniec tak się źle czułam, że ledwo się do domu doturlałam. Nawet kupiłam sobie misie-żelki w żabce na naszym osiedlu bo już sama nie wiedziałam, czy mi słabo, czy co... Żelki jednak nie pomagają na takie nie-wiadomo-jakie dolegliwości i potem przeleżałam cały wieczór na kanapie dogorywając.&lt;br /&gt;Dzisiaj do pracy poszliśmy na piechotę. Po tym śniegu, bo przecież chodników nikt nie odśnieżył. Ulic też nie, więc co oczekiwać po chodnikach.&lt;br /&gt;Z powrotem dzisiaj już przyjechaliśmy autobusem, bo się nam spieszyło, skoro Panstwo D. przychodzili.&lt;br /&gt;No i mam zakwasy.&lt;br /&gt;Takie małe, delikatne, ale mam. Na nogach na pewno, bo czuję w udach. Ale co mam na rękach...? Tego nie wiem. Też jakby zakwasy, ale rękami przecież nie machałam podczas chodzenia...&lt;br /&gt;Chyba idę spać. Dzisiaj jakoś marudzę. Zabieram moje zakwasy i pakuję się do ciepłej pościeli...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8939331965384149401?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8939331965384149401/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8939331965384149401' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8939331965384149401'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8939331965384149401'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/zakwasy-posniegowe.html' title='Zakwasy pośniegowe'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7354220016177481481</id><published>2010-11-30T20:49:00.003+01:00</published><updated>2010-11-30T21:47:08.248+01:00</updated><title type='text'>Integracja</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przyjechali nasi ulubieni znajomkowie, dwoje dorosłych, dwoje dzieci - Państwo D..&lt;br /&gt;Zrobiłam gofry, bo Ola podobno lubi. A Oleńka zrozumiała, że to będą naleśniki. A naleśniki to ona uwielbia, jak chyba i 99% innych dzieci. Amelka też - naleśniki zawsze i wszędzie. Najlepsze są od Babci.&lt;br /&gt;Niestety ku rozczarowaniu Oli nie robiłam naleśników tylko gofry. A gofrów to Ola nie lubi.&lt;br /&gt;No i co?&lt;br /&gt;Ciotka wlała ciasta gofrowego na patelnię i upichciła na szybko dwa małe naleśniczki dla Oleczki. Jak na mój gust były mało słodkie, ale Tatuś Oli zrobił reklamę i dziecko uznało, że naleśniki były pyszne. Zjadła ich trochę, dziubiąc po kawałku, swoim sposobem. Trochę jeszcze zostawiła. Dobre dziecko - Bóg kazał się dzielić, więc co będzie sama zjadała wszystko, dzieli się z innymi? :)&lt;br /&gt;Państwo D. wybrali sobie najzimniejszy dzień na przyjazd. Ewakuacja od nas, z powrotem do auta odbyła się biegiem, aby dzieci jak najkrócej były na mrozie, bo już było -15 stopni, kiedy wychodzili.&lt;br /&gt;Ale było miło ich zobaczyć... Kiedy ta Jola do pracy wróci?&lt;br /&gt;Kiedy pracowała, to chodziłyśmy co rano na obowiązkową przerwę - 15 minut na śniadanie, plotki, herbatkę. Codziennie przynajmniej była przerwa i okazja do oderwania się od komputera. Plotkowałyśmy sobie beztrosko, albo trosko, ale zawsze na nas to dobrze działało. Jadałyśmy parówki z musztardą na śniadanie (ja jadłam je dzień w dzień na śniadanie i na obiad przez ponad miesiąc), albo kanapki z chleba tostowego z masłem orzechowym i bananem. Piłyśmy herbatkę z naszych kubeczków i przynosiłyśmy sobie na wzajem do spróbowania różne ziołowe i owocowe herbaty. Jola częstowała mnie na obiad ruskimi pierogami made by teściowa, a ja ją moimi ciastami. Nom. Ostatni raz ponad pół roku temu! Daaawnooo...&lt;br /&gt;Potem Jola poszła na zwolnienie ciążowe, a ja przestałam chodzić na poranne przerwy. Przez jakiś czas jeszcze mieliśmy tradycję w pracy, że co rano chodziliśmy hurtem - wszyscy chętni z naszego pokoju - po herbatę. I przez kwadrans okupowaliśmy kuchnię, bo jest to najmniejsze pomieszczenie na naszej praco-przestrzeni i było nam tam najbardziej miło. Ta kuchnia zbliżała nas do siebie w dosłownym tego sensie. Uwielbiałam te poranki w kuchni. Plotki, wygłupy, żarty. A poczucie humoru to my już mamy specyficzne i zdeczka skrzywione. Takie trochę abstrakcyjne dialogi prowadziliśmy sobie co rano na rozruszanie naszych muzguff.&lt;br /&gt;Z kuchni nas regularnie przepędzali. Bo niby przeszkadzaliśmy innym. Było momentami mało przyjemnie. Kupiliśmy więc sobie czajnik do pokoju i... od tej pory przestaliśmy się integrować.&lt;br /&gt;Agata i Karina z zaprzyjaźnionej firmy nadal do nas przychodzą, ale czasem wychodzą rozczarowane, bo nikt się od komputera nie odkleja.&lt;br /&gt;Ja osobiście od 3 miesięcy prawie nie wstaję od komputera... Trzeba z tym coś zrobić, bo to nie jest ani zdrowe, ani normalne. Dzisiaj odniosłam sukces i poszłam na przerwę obiadową. Z Agatą. Ale miałyśmy potem skoczyć powąchać perfumy w Avonie obok naszej pracy i co? Już nie znalazłam tych 10ciu minut...&lt;br /&gt;Niech więc ta Jola już wraca. Będę chodziła na śniadania co rano, jak człowiek, może nawet i na obiady. Życie wróci do normy. Będę odklejać się od komputera szybciej niż po 8miu do 13tu godzinach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7354220016177481481?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7354220016177481481/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7354220016177481481' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7354220016177481481'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7354220016177481481'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/integracja.html' title='Integracja'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5917026518096798035</id><published>2010-11-29T23:08:00.004+01:00</published><updated>2010-11-29T23:24:36.411+01:00</updated><title type='text'>Zagadka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wczoraj, kiedy nie mogłam zasnąć, czytałam sobie książkę z zagadkami historycznymi. Takimi ciekawostkami, niekoniecznie wyjaśnionymi, ale w każdym razie są w tej książce fajne zagadnienia.&lt;br /&gt;Czytałam o posągach na Wyspach Wielkanocnych, które nie wiadomo kto i jak stawiał (a mają ich coś koło tysiąca na wyspie), każdy je zna ze zdjęć:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_gdiWK7xzItQ/TPQlA6e-4zI/AAAAAAAAFEw/asre91J-JyY/s1600/Moai.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 214px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_gdiWK7xzItQ/TPQlA6e-4zI/AAAAAAAAFEw/asre91J-JyY/s320/Moai.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5545097738829357874" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I o Rosvell, gdzie nie wiadomo co spadło i czy coś spadło, ale myślą wszyscy, że było to UFO.&lt;br /&gt;I o bombach jądrowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki. I to mnie najbardziej zastanawia.&lt;br /&gt;USA zrzuciło bomby na Japonię, bo Japonia nie chciała skapitulować w II wojnie światowej. &lt;br /&gt;Nęka mnie teraz pytanie: dlaczego Japonia nie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;chciała skapitulować?&lt;br /&gt;Wszyscy się poddawali. Japończycy ponosili same klęski, nie mogli już wygrać wojny, mało tego - nie mogli już nic zwojować. Ale z jakimś szaleńczym uporem walczyli dalej i szli w zaparte, pomimo, że nie mieli widoków na wygraną, albo na wywalczenie czegokolwiek. Co ich motywowało?&lt;br /&gt;Muszę to zgłębić. Ja rozumiem, ze Japończycy mieli swoich kamikadze, że potrafią umierać dla idei, a przyświeca im wizja pójścia prosto do ichniego Nieba... Wiem, że nie trudno im zrekrutować żołnierzy, którzy umrą na zawołanie... Ale jaki jest sens wojować, kiedy zostaje się samym na polu walki i wróg ma niekwestionowaną przewagę? Jacy przywódcy ich tak wodzili za nos?&lt;br /&gt;To nie było fajne. Jakby się poddali w sensownym momencie, to by nie zrzucili im bomb na dwie wyspy.&lt;br /&gt;Nie to, aby było to jakieś usprawiedliwienie dla USA, które postanowiło wypróbować swoją nową broń jądrową jakkolwiek, bo ich ręce swędziały. Ale fakt faktem, ze Japonia padła ofiarą tej wojny, bo nie chciała jej zakończyć.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5917026518096798035?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5917026518096798035/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5917026518096798035' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5917026518096798035'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5917026518096798035'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/zagadka.html' title='Zagadka'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_gdiWK7xzItQ/TPQlA6e-4zI/AAAAAAAAFEw/asre91J-JyY/s72-c/Moai.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5777437903972623819</id><published>2010-11-29T22:43:00.002+01:00</published><updated>2010-11-29T23:07:28.134+01:00</updated><title type='text'>Kiepskawo</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To nie był dobry poniedziałek. Miewałam lepsze.&lt;br /&gt;Ten poniedziałek był beznadziejny i nic z niego nie wynikło.&lt;br /&gt;Zaplanowałam sobie, że rano nie będę zrywała się z łóżka, bo i tak w niedzielę nigdy nie mogę zasnąć. Oczywiście mój mózg przestawia się w niedzielne wieczory na tryb pracowy i jak tylko przyłożę głowę do poduszki, bez względu na to, jak bardzo jestem zmęczona - od razu zaczynam obmyślać: co jest do zrobienia następnego dnia, o czym trzeba pamiętać, co jak zrobić... Bla bla... Nigdy w niedziele się nie wysypiam. Mało tego - ledwo śpię. Wczoraj zasnęłam coś koło 3ciej nocy.&lt;br /&gt;Rano więc miałam się nie spieszyć i pojechać do pracy na 9.30. Cały czas łudzę się, że pewnego pięknego dnia zacznę odbierać wszystkie te nadpracowane godziny za ostatnie 3 miesiące... Każdy kolejny dzień okazuje się nie tym, którego mogę zacząć odbieranie.&lt;br /&gt;Pierwsze co zobaczyłam po otworzeniu oczu były tony białego śniegu za oknem. Napdało przez noc tyle, że od rana wszyscy biegali z szuflami, przedzierali się przez zaspy i walczyli z buksującymi samochodami.&lt;br /&gt;Dzisiaj rano moja służbowa komórka zadzwoniła o 8.20. Akurat robiłam sobie makeup. Malowanie się i gadanie na temat: co trzeba komu zgłosić w trybie pilnym nie szły ze sobą w parze. Tak mnie to zniechęciło, że do końca dnia chodziłam z niepomalowanymi rzęsami i prawie mi to było obojętne. Zawsze, kiedy zaplanuję sobie spokojny poranek, mój wspaniały telefon musi zacząć dzwonić o jakiejś niestworzonej porze...&lt;br /&gt;Wyszłam z domu i okazało się, że na szosach jest tyle śniegu, że jazda samochodem jest wręcz odstraszająca. A już nawet odśnieżyłam sobie auto, ale zmieniłam zdanie, bo doszłam do wniosku, że bez sensu jest jechać taki kawałeczek, a potem nie wiadomo w jakich warunkach wracać. Może napada śniegu po szyję do wieczora?&lt;br /&gt;Poszłam na przystanek, na który nic nie podjeżdżało przez jakieś 10 minut. Nic. W drugą stronę jechały te głupie 26 na Węglin jedna po drugiej. 3 pod rząd! A na Paderewskiego ani jeden. W końcu brakło mi cierpliwości. Jakoś nie czułam się na siłach, aby tak sterczeć z ludźmi na tym przystanku. Ruszyłam na piechotę. I właśnie, kiedy byłam między dwoma przystankami, nadjechało to głupie 26 w stronę Paderewskiego. W samą porę! Wiatr zacinał lodowym śniegiem, jak igłami, momentami trudno było patrzeć, na chodnikach śniegu po kostki, pogoda w sam raz na wędrówkę. Pomyślałam, że w życiu nie zdążę dolecieć przez ten śnieg, z laptopem w ręce na kolejny przystanek, zanim autobus zawinie na zatoczce.&lt;br /&gt;Co ciekawe - zdążyłam. Ostatnie kilkadziesiąt metrów biegiem, ale wsiadłam do tego przebrzydłego autobusu i byłam tak zmęczona, że znienawidziłam 26 na zawsze!&lt;br /&gt;W pracy byłam na 10tą. Nie ważne.&lt;br /&gt;Oczywiście w pracy od pierwszej minuty było takie tempo, że ocknęłam się dopiero po 4h - mocno zdumiona, że dochodzi 14ta, co wyjaśniało, dlaczego byłam taka głodna.&lt;br /&gt;Słowo daję, wariatkowo.&lt;br /&gt;Jakoś dobrnęłam do końca dnia, ledwo zipiąc.&lt;br /&gt;Podobno najciemniej jest pod latarnią. Jesteśmy najwyraźniej pod jakąś latarnią, bo ja już nie mam siły i jestem tym tempem i stresem wykończona. Podobno doczekaliśmy się końca tej niepewności i wszystko się układa i wyjaśnia. Zapanowuje porządek w naszym wariatkowie.&lt;br /&gt;Słowo daję - w ostatniej chwili. Albo już ledwo żyję, bo doszłam do kresu sił, albo już mnie to oczekiwanie na koniec stresów osłabiło i opadają mi emocje, skoro już zaczyna się wszystko klarować.&lt;br /&gt;Mój miernik zmęczenia i stresu dzisiaj wskazał dzisiaj maksimum.&lt;br /&gt;Wyszłam z pracy o 17.30. Z odbierania godzin nici. Mogę się pocieszyć marnym pół godziny.&lt;br /&gt;Jutro też nic nie odbiorę, bo jedziemy do pracy razem z Łukaszem.&lt;br /&gt;Ale jutro wpadną do nas Jola i Paweł i ich dzieciaki i będzie wesołe popołudnie przynajmniej. No chyba, że nie przebiją się przez zasypane śniegiem szosy. Z Chodla mają niezły kawałek do Lublina... Mam nadzieję, że dotrą do nas. Na zachętę mamy zaplanowane gofry, mała Ola podobno bardzo gofry lubi.&lt;br /&gt;Idę spać. Łukasz przyszedł z pracy, jest już późno. Może dzisiaj będę spała, zamiast przewracać się z boku na bok i myśleć o jakiś głupotach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5777437903972623819?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5777437903972623819/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5777437903972623819' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5777437903972623819'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5777437903972623819'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/kiepskawo.html' title='Kiepskawo'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3083735594429351784</id><published>2010-11-28T17:45:00.002+01:00</published><updated>2010-11-28T18:01:46.237+01:00</updated><title type='text'>Wbrew planom</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Łukasz przekonał się po raz kolejny, że życie i nasze plany najczęściej nie idą ze sobą w parze.&lt;br /&gt;Krąży po świecie taki bardzo popularny cytat Johna Lennona na ten temat:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Życie to jest to, co przytrafia ci się, gdy zajęty jesteś robieniem innych planów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Life is what happens to you while you're busy making other plans.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;John Lennon, "Beautiful Boy"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakie to prawdziwe, nieprawdaż?&lt;br /&gt;Ja w tym roku przekonałam się, że swoje plany można sobie między bajki włożyć. Życie toczy się swoim torem i pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, przyspieszyć, zrobić po swojemu. Nie zawsze się nam to podoba, ale zazwyczaj jest w tym szaleństwie jakaś metoda. Ukryta strategia. Nie może być tak, jak chcemy, bo ma być inaczej i nasze plany kolidują z tym masterplanem. OK. Jeśli czegoś nie da się zmienić, trzeba to zaakceptować.&lt;br /&gt;Jest też takie inne powiedzenie, bardzo prawdziwe: uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać. W domyśle: i może nie wyjść ci to na dobre. Clou tego wszystkiego jest takie, że najlepiej jest płynąć z prądem. Na wszystko w życiu przychodzi czas, a jeśli się wyrwie z czymś za szybko, to cała para pójdzie w gwizdek i nic się nie zdziała.&lt;br /&gt;Ale w oderwaniu od tych głęboko filozoficznych rozważań, opowiem, jak to Łukaszowi życie spłatało psikusa.&lt;br /&gt;Organizują w pracy Mikołajki. To taka tradycja wydziału Łukasza, że co roku jest lista chętnych na Mikołajki, potem jest losowanie, kupowanie prezentów i wręczanie ich przez Świętego Mikołaja. W zeszłym roku to nawet Łukasz był Świętym Mikołajem. Jakoś wyleciało mi to z pamięci i dopiero Rafał ostatnio mi przypomniał, że przecież mam zdjęcie sprzed roku u Mikołaja na kolanach. Ano mam!&lt;br /&gt;W tym roku Łukasz umyślił sobie, że do prezentu, który kupi tej osobie, jaką wylosuje, dołoży miniszamponiki. Mamy takie miniszampony i można je faktycznie wykorzystać, jako dodatek do prezentu.  Łukasz więc postanowił, że dołoży je do prezentu, bez względu na to, czy to będzie prezent dla dziewczyny, czy dla chłopaka. A że wiadomo - dziewczynie łatwiej jest coś kupić, więc liczył, że wylosuje jakąś koleżankę i&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; już miał listę potencjalnych prezentów dla płci pięknej&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;.&lt;br /&gt;No i pech! Łukasz wylosował chłopaka.&lt;br /&gt;Cały więc biznes plan na prezent diabli wzięli (może ci sami diabli z Czarciej łapy!?)!&lt;br /&gt;Ale mało tego! Nie dość, że jest to chłopak i teraz nie wiadomo, co mu sprezentować, to w dodatku jest to jedyna osoba, której nie można do prezentu dołożyć miniszamponików! Bo ten chłopak nie ma włosów, jest całkiem łysy.&lt;br /&gt;Stwierdziłam, że skoro Łukasz chce, może mu na upartego te miniszamponiki dać. Najwyżej kolega się obrazi, a szampony zużyje na pranie w nich skarpetek. Ale był to tylko żart.&lt;br /&gt;Nie mniej jednak cała ta sytuacja jest komiczna. I brutalnie udowadnia, że Lennon miał rację - życie przydarza się nam na przekór naszym planom. Lepiej więc nie planować, tylko płynąć z prądem... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3083735594429351784?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3083735594429351784/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3083735594429351784' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3083735594429351784'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3083735594429351784'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/wbrew-planom.html' title='Wbrew planom'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7565052939786451688</id><published>2010-11-28T16:58:00.002+01:00</published><updated>2010-11-28T17:30:08.773+01:00</updated><title type='text'>Wspaniała porada</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest taka osobniczka Magda Gesler. Nie wiem czy przez jedno czy przez dwa s, mniejsza z tym.&lt;br /&gt;Taka pulcułowata blondyna, która lubi wszystkich rozstawiać po kątach i wymądrzać się, co i jak powinno być ugotowane, a przy tym i: jak podane, i ogólnie wszystko wie najlepiej.&lt;br /&gt;Na marginesie ostatnio pewna osobniczka opowiadała, jak to wybrali się ze znajomymi do restauracji owej Magdy i jak to wyszli stamtąd głodni, ale lżejsi o ciężkie pieniądze. Bo za mikroskopijne porcyjki ładnie zaserwowanych dań, w restauracji trzeba było słono zapłacić. Standard. Takie snobistyczne miejsce do nabijania portfela właścicielce.&lt;br /&gt;Magda Gesler w osotanim swoim telewizyjnym programie przyjechała do Lublina do Czarciej łapy. Program był w ten łikend w TVi wczoraj widziałam jego fragment u rodziców. Akcja w ogóle odbyła się tak, że wujek Rysio wysłał Tacie z Katowic SMSa, aby Tata włączył sobie TVN czy inny jakiś kanał. Tata włączył, a tam lubelska restauracja.&lt;br /&gt;Dzisiaj ten odcinek był szeroko komentowany w pracy, akurat Łukasz miał okazję usłyszeć co, kto myśli na ten temat.&lt;br /&gt;Otóż Magda G. błysnęła rewelacyjną kreatywnością i wywróciła Czarcią Łapę do góry nogami. Albo może - wyniosła ją z czeluści piekieł w anielskie niebiosa i pewnie oczekuje, że będzie jej za to chwała?&lt;br /&gt;Oznajmiła, że po pierwsze nazwa Czarcia łapa nie podoba się jej i trzeba ją zmienić na jakąś tam anielską kuchnię. A po drugie, to nie podoba się jej wystrój wnętrz, bo na ścianach są sceny z czartami. I co? Trzeba te malowidła przykryć scenami z aniołkami!!&lt;br /&gt;Jak na mój gust, to powinna poprzestać na krytykowaniu jedzenia, bo na tym - może i się zna. Ale krytykowanie wystroju wnętrz i folkloru miejscowego niech sobie odpuści, bo dzięki swoim pomysłom pozbawiła to miejsce tej charakterystycznej malowniczości, jaka wiązała się z nazwą Czarcia łapa i wszystkim, co się za tą nazwą kryło. Lublin ma od dziesięcioleci &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.magiczny-lublin.pl/legendy/legenda-o-czarciej-lapie.php"&gt;legendę o Czarciej łapie&lt;/a&gt;, odbitej na sędziowskim stole.&lt;br /&gt;Teraz ta restauracja ma się przerobić na jakąś kuchnię anielską. Nie żartuję, taki rewelacyjnie odkrywczy pomysł miała Magda G., która najwyraźniej wszystko przerabia na jedną modełkę.&lt;br /&gt;Szczerze mówiąc, to mnie to wkurzyło.&lt;br /&gt;Pochodzę z Lublina i Czarcia łapa była zawsze obecna na Starówce, nierozerwalnie związana z miastem, Starówką i historią Lublina. I po jakiego pierona trzeba robić z niej knajpę na modłę włoską?&lt;br /&gt;Jak ktoś chce mieć włoską knajpę, to zakłada włoską knajpę, a nie kupuje Czarcią łapę.&lt;br /&gt;Właściciele ten restauracji nie wykazali się siłą charakteru, bo podobno już koło nazwy Czarcia łapa na knajpie wisi szyld z anielską nazwą. Rewelacja...&lt;br /&gt;Proponuję, aby nic w Polsce nie zachowało typowo folklorystycznego charakteru. Po co? Miejmy same takie sieciowe i zagraniczne knajpy. Będzie tak wspaniale! Same włoskie, albo egipskie, albo Geslerowe. Jakiekolwiek, aby tylko nie bodły nas naszą własną kulturą.&lt;br /&gt;Może Magda Gesler bała się, że jakiś diabeł zejdzie z fresku i kujnie ją w dupkę widłami za jej niekonstruktywną krytykę? Należało by się jej.&lt;br /&gt;Mam nadzieję za to, że te anioły na ścianach będą grubymi cherubinami, z oponkami na nogach i brzuchu i że od patrzenia na nie człowiekowi będzie odbierało apetyt.&lt;br /&gt;Osobiście uważam, że to jest upadek Czarciej łapy. Byliśmy tam jakiś czas temu, kiedy nowi właściciele zmienili wystrój i wymalowali na ścianach czarty. W restauracji dominowały piekielne kolory - czerwone siedzenia, ciemne ściany, szary i czarny. Bardzo było klimatycznie. To przemawiało do wyobraźni. Czuło się tą legendę wszechobecną w tym lokalu i bardzo mi się to podobało.&lt;br /&gt;Skoro tak potulnie posłuchali rady Magdy Gesler i zamieniają się w anioły, to ja tam więcej się nie wybieram. Aniołów jest wszędzie pełno. Teraz już jest czas przedświąteczny i przez najbliższy miesiąc aniołów i Świętych Mikołajów będzie wszędzie na pęczki. Wielka mi oryginalność...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7565052939786451688?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7565052939786451688/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7565052939786451688' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7565052939786451688'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7565052939786451688'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/wspaniaa-porada.html' title='Wspaniała porada'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6346013435960949168</id><published>2010-11-28T16:40:00.002+01:00</published><updated>2010-11-28T16:58:29.500+01:00</updated><title type='text'>Gdzie ja mieszkam...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Każdy chyba zna takie opowieści, jak to się człowiekowi pomyliło, które drzwi do mieszkania w bloku są jego. To dosyć powszechne zjawisko.&lt;br /&gt;Koleżanka z pracy opowiadała mi kiedyś, że ona regularnie włamuje się do drzwi sąsiadki mieszkającej piętro wyżej. Co zabawne, sąsiadka podobnie - regularnie próbuje sforsować drzwi do mieszkania owej koleżanki - dla odmiany drzwi o piętro za nisko. Drzwi w całej klatce mają jednakowe, jeśli idą zamyślone, to sąsiadka skręca o jedno piętro za wcześnie, a koleżanka, młoda osoba, pędzi o jedno piętro za wysoko, zupełnie nie licząc, ile już minęła pięterek. Żadna z nich nie ma pretensji do tej drugiej za nieautoryzowane próby sforsowania zamka w drzwiach. Śmieją się z tego i zawsze żegnają ze śmiechem, odgrażając się, że niedługo druga z nich znów się pomyli i będą przez chwilę kwita.&lt;br /&gt;Kiedy przeprowadzaliśmy się na Porębę, Tata opowiedział nam, jak jego koleżka kilkanaście lat temu pomylił mieszkania w bloku na sąsiednim osiedlu. Na Widoku. Blok był ustandaryzowany, drzwi były wszędzie takie same, białe, wcale nie antywłamaniowe. Bez numerów mieszkań. Zamki miały takiego samego typu. Taki typowy blok z czasów post-komunistycznych.&lt;br /&gt;Koleżka kiedyś wrócił do domu po popijawie i był mocno wstawiony. W mieszkaniu była jego żona i najwyraźniej nie chciała go wpuścić do środka, bo pomimo dzwonienia i stukania - nie otwierała. Klucz mu też jakoś nie pasował, a złość w nim rosła. Facet tak się nakręcił tym dobijaniem do własnego mieszkania, że wkurzył się nie na żarty. Jak to on nie może dostać się do swojego domu?? Niewiele myśląc, a w tym stanie szybkością myślenia też nie grzeszył, postanowił pokonać te drzwiczki za wszelką cenę. Rąbnął więc w nie raz i drugi porządnie, z bara. I wywalił je razem z futryną. padł z tymi drzwiami do środka, rozejrzał się i... właśnie wtedy uświadomił sobie, że to nie jest jego mieszkanie.&lt;br /&gt;Co się działo potem - nie wiem, poza tym, że facio składał się w pół i musiał odkupywać drzwi, futrynę i naprawiać szkody. Ale opowieść jest pierwszorzędna i ku przestrodze dla potomnych, co by po pijaku raczej spali na wycieraczce, zamiast przenikać przez zamknięte drzwi.&lt;br /&gt;W czwartek spotkaliśmy się ze znajomymi. Wieczór był super, po jakiejś godzinie już, od śmiania bolały nas policzki, a znajomych jakieś bliżej niesprecyzowane coś za uszami.&lt;br /&gt;Na koniec właśnie zeszło się na takie opowieści o zabłąkanych duszach w stanie wskazującym.&lt;br /&gt;Andrzej opowiedział, jak jego kolega po pijaku pomylił domy. Normalnie już nie tylko drzwi, ale cały dom mu się pomylił i poszedł włamywać się do sąsiadów, bo się kolesiowi umaniło, że ten po prawej to jego dom, a nie - jak do tej pory - ten po lewej. Podobno był z tego niezły dym. :)&lt;br /&gt;U nas w bloku mieszkania mają wszystkie identyczne drzwi. Na każdych drzwiach jest jednak nalepka z numerem mieszkania. Amelka, kiedy do nas idzie - nie patrzy na numer, tylko na... wycieraczkę. Nasza jest duża, charakterystyczna, słomiana, ładna z resztą. Nikt inny takiej nie ma. Więc dziecko trafia do nas po wycieraczce. To też jest jakiś sposób. :)&lt;br /&gt;Mama zapamiętała nasz numer mieszkania, bo jest taki sam, jak numer jej przedszkola. Cóż - każdy sposób dobry. Kama  B. do tej pory nie pamięta, pod jakim numerem mieszkamy i pomimo, że była u nas już wiele razy, zawsze zanim przyjdzie, anonsuje się telefonem z pytaniem, jaki numer mieszkania, bo nie wie, co wybrać na domofonie. Czasem odbieram od niej telefon i mówię od razu numer, bo nie opłaca się mówić długiego "cześć, co tam" itp na wstępie, skoro obie wiemy, o co chodzi. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6346013435960949168?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6346013435960949168/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6346013435960949168' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6346013435960949168'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6346013435960949168'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/gdzie-ja-mieszkam.html' title='Gdzie ja mieszkam...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-2724198011983541469</id><published>2010-11-28T16:09:00.003+01:00</published><updated>2010-11-28T16:40:37.347+01:00</updated><title type='text'>Przypadki - wpadki</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To, że ja miewam różne głupie przypadki, to wiadomo. Łukasz się zawsze z nich śmieje potem dłuuugie tygodnie. I wypomina mi moje mądrości przy każdej okazji. Przyznaję, czasem niechcący palnę jakąś gafę i faktycznie śmiesznie to wychodzi. Ale to nie jest wyłącznie moja domena i każdy potrafi tak dać czadu od czasu do czasu.&lt;br /&gt;Więc teraz będzie o takich przypadkach. Niekoniecznie moich. Za to takich, które są bardzo zabawne i z których się można dłuuuugo śmiać.&lt;br /&gt;Oboje z Łukaszem mamy komórki służbowe. Łukasz ma przekierowanie rozmów przychodzących ze swojej służbowej komórki na swoją prywatną. Kiedy dzwonię do niego, zawsze więc odbiera telefon prywatny. Dzwoni do mnie przeważnie też z prywatnego. Ma w nim zapisane te nasze służbowe numery tak: jego służbowy widnieje jako "Służbowy", a mój jako "Justynka służbowy". Dzisiaj koło południa pojechałyśmy z Kamisio do sklepu w poszukiwaniu butów idealnych na zimowe mrozy. Łukasz w tym czasie skoczył do pracy, aby coś tam szybko załatwić. Łukasz oczywiście skończył szybciej, niż dwie baby mierzące dziesiątki butów, chciał więc zadzwonić do mnie i zapytać czy po nas przyjść. Dzwonił wiec na służbowy, który mam zawsze ustawiony wystarczająco głośno, aby go słyszeć. Raz zadzwonił - zajęte. Drugi raz - zajęte. Na prywatny więc spróbował, ale prywatnego to ja przeważnie nie słyszę, więc nie odebrałam. Co było robić, ruszył Łukasz do nas do sklepu. Spotkaliśmy się przy wyjściu. Na powitanie Łukasz oznajmił, że mam coś nie tak z komórką służbową, bo jest cały czas zajęta i nawet na pocztę głosową nie wpadł.&lt;br /&gt;Ok, przyjęłam do wiadomości, ale nie przejęłam się tym.&lt;br /&gt;Jakąś godzinę później przypomniało się to Łukaszowi przy obiedzie. Akurat mówiłam, że w jednym telefonie psuje mi się chyba bateria. Łukasz zapytał, czy sprawdzałam, co jest nie tak z tą służbową komórką, ale ponieważ nie miałam żadnych nieodebranych połączeń, żadnego info, że ktoś chciał się do mnie dodzwonić - co dziwne - więc zaczęłam wydzwaniać na nią z prywatnej. Wszystko działało.&lt;br /&gt;Nagle Łukasz zmarszczył brwi, pomyślał, po czym zrobił zakłopotaną minę i poleciał po swój telefon.&lt;br /&gt;Okazało się, że wydzwaniał na swoją służbową komórkę, a że dzwonił z prywatnej, na którą są przekierowane rozmowy, więc miał ciągle zajęte.&lt;br /&gt;Brawo! Oficjalnie straciłam status jedynej zakręconej osoby w tej rodzinie. :)&lt;br /&gt;Scenka II - nasza ulubiona Blondynka.&lt;br /&gt;Blondynka miała tajny schowek na laptopa. Kiedy wybywała z domu na dłużej, chowała laptopa do szuflady pod kuchenką. Do tej szuflady, która mieści się pod piekarnikiem kuchenki. Laptop leżał tam zawsze grzecznie i bezpiecznie do jej powrotu. Blondynka wracała do domu, wyjmowała lapka z szuflady i wszystko grało.&lt;br /&gt;Pewnego razu, po powrocie z dalekiej podróży Blondynka miała zaplanowane pieczenie ciastek. Albo czegokolwiek innego, nie pamiętam już co to było, w każdym razie wymagało to użycia gorącego piekarnika. Ciastka udały się świetnie, piekły się w wysokiej temperaturze w najlepsze, kiedy to Blondynce zaświtało, że przecież... Gdzie jest laptop?! Ano w szufladzie pod piekarnikiem. Aktualnie mocno rozgrzanym...&lt;br /&gt;Na Blondynkę padł blady strach, poleciała ratować lapka, albo cokolwiek z niego zostało.&lt;br /&gt;Ku jej uldze szuflada wcale się nie nagrzała od piekarnika, widocznie producent kuchenek przewidział, że trzeba ją dobrze zaizolować, bo może być wykorzystywana do przechowywania materiałów mało odpornych na ciepło. Lapek działa, nic mu nie jest, ale schowek został przekreślony raz na zawsze, jako miejsce niosące ze sobą potencjalne zagrożenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-2724198011983541469?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/2724198011983541469/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=2724198011983541469' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2724198011983541469'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2724198011983541469'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/przypadki-wpadki.html' title='Przypadki - wpadki'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3316716163904915948</id><published>2010-11-23T19:23:00.004+01:00</published><updated>2010-11-27T00:00:48.327+01:00</updated><title type='text'>Skutki uboczne</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A więc: od dłuższego czasu ciężko harowaliśmy.&lt;br /&gt;Wiadomo: nadmiar pracy może doprowadzić do... ciekawych przypadków.&lt;br /&gt;Po trudach i znojach, ciężkiej pracy, nadgodzinach, setkach odebranych telefonów -  końcu nadszedł dzień, kiedy zaczęliśmy spuszczać powietrze z siebie, bo już nasze przejęcie sprawą doszło do granic wytrzymałości. Niestety tego dnia trzeba było przyjść do pracy na 7 rano. Trochę wcześniej, niż zazwyczaj.&lt;br /&gt;Tego pięknego ranka, mój budzik zadzwonił o 5.30. Używam budzika w komórce. Budzik zadzwonił, a ja szybko sięgnęłam po komórkę, nacisnęłam guzik i... przyłożyłam ją do ucha, aby odebrać. Już nabierałam powietrza w płuca, aby powiedzieć "Słucham", kiedy uświadomiłam sobie, że nie odebrałam połączenia, tylko wyłączyłam budzik... Ja już zaczynam, jak ten pies Pawłowa, reagować na dzwonek odruchowo.&lt;br /&gt;To mi się skojarzyło z tym człowiekiem, który dostał nagrodę Darwina - to są nagrody przyznawane za najgłupszy sposób na śmierć. Pewnemu człowiekowi zadzwonił rano telefon. Pech chciał, że na nocnym stoliku trzymał on pistolet. I gość pomyłkowo wziął pistolet, zamiast telefonu, przyłożył do ucha, aby odebrać i... wypalił sobie w głowę.&lt;br /&gt;Oto, co może stać się z człowiekiem, kiedy nie jest do końca przytomny.&lt;br /&gt;Opowiedziałam o swoim poranku w pracy, na co Maciek pocieszył mnie, że jemu też już odbija, bo w nocy gada o karcie kredytowej. Dopiero po jakimś czasie pochwalił się, co dokładnie mówił, a mianowicie: "Moja ty karto kredytowa...". Nic dziwnego, że żona mu to wypomniała rano... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3316716163904915948?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3316716163904915948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3316716163904915948' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3316716163904915948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3316716163904915948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/skutki-uboczne.html' title='Skutki uboczne'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-8380388559309755055</id><published>2010-11-21T20:24:00.002+01:00</published><updated>2010-11-21T20:48:24.960+01:00</updated><title type='text'>Ciepło-zimno</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Był u nas Rafał, przyjaciel Łukasza.&lt;br /&gt;Rałał i Łukasz i jeszcze Jarek do kompletu i jeszcze jeden muszkieter - mieszkali razem na studiach. Wynajmowali razem mieszkanie i mieli taką kawalerską kwaterę. Od tego czasu wszyscy dorośli i trzej z nich się już pożenili, z czego dwóch już się odzieciło, a na polu walki pozostał tylko Rafał, który i tak już skapitulował i już się oświadczył. Wiosną będzie wesele.&lt;br /&gt;Rafał odwiedza nas co roku. Średnio raz na rok, przyjeżdża na kilka dni. Czasem sam, czasem z Anetą, swoją narzeczoną. Tym razem był sam.&lt;br /&gt;Przyjechał w piątek tydzień temu, niestety już dawno pojechał i od środy znów zostaliśmy z Łukaszkiem sami.&lt;br /&gt;Było zabawnie i wesoło przez te kilka dni. Wynieśliśmy z tej wizyty kilka ciekawych kwiatków.&lt;br /&gt;Między innymi ten:&lt;br /&gt;siedzimy z Rafałem w pokoju, nagle wchodzi Łukasz, idzie prosto do witryny i czegoś szuka. Szuka i szuka, brzęczy naczyniami (zastawa rodowa), przekłada jakieś pudełka, w końcu zainteresowałam się, czego on tak szuka zaciekle i zapytałam. Łukasz na to, że szuka kieliszków do wódki.&lt;br /&gt;Ja: Zapytaj mnie, to ci powiem, gdzie są. (nikt w rodzinie nie che mnie pytać gdzie jest coś, czego szuka, bo dyżurną odpowiedzią, jaką mamy na to pytanie Tata i ja jest: Żyd na kiju niósł. Nie mniej jednak często wiem, gdzie co leży)&lt;br /&gt;Łukasz: A gdzie są?&lt;br /&gt;Rafał na to: Powiedz mu „ciepło – zimno”. (miał na myśli zabawę w &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„ciepło – zimno”. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Każdy wie, jak się bawi w &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„ciepło – zimno”, prawda? Jak ktoś mówi "zimno", to jest się daleko od tego, czego się szuka itp.)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ja na to: o to, zimno, zimno…&lt;br /&gt;A Łukasz odwraca się zdumiony i pyta (całkiem serio): W lodówce????!!&lt;br /&gt;Ale się śmialiśmy!&lt;br /&gt;Do dzisiaj mnie to śmieszy za każdym razem, kiedy sobie przypomnę. Słodkie to było!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-8380388559309755055?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/8380388559309755055/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=8380388559309755055' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8380388559309755055'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/8380388559309755055'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/ciepo-zimno.html' title='Ciepło-zimno'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6175136466777674679</id><published>2010-11-21T19:44:00.002+01:00</published><updated>2010-11-21T20:05:48.881+01:00</updated><title type='text'>Trochę autoreklamy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A teraz będzie trochę o pracy.&lt;br /&gt;Inteligo wyszło z jaskini, w której ukrywało się ostatnimi laty i rozpoczęło chwalenie się swoimi nowymi produktami. Ponieważ na te nowe produkty poświęciłam mnóstwo sił i czasu, czemu więc nie pochwalić się nimi na blogu.&lt;br /&gt;Mamy więc kampanię reklamową i wychodzimy na rynek i do ludzi z otwartymi ramionami.&lt;br /&gt;W ofercie pojawiła się karta kredytowa, o którą upominali się klienci i potencjalni klienci przez bardzo długi czas. Chcieliście? Proszę bardzo - oto karta. I to nie byle jaka.&lt;br /&gt;Nawet sama się na nią skusiłam, chociaż broniłam się przed kartą kredytową dotąd rękami i nogami. Ale kiedy już ją dostałam, wypróbowałam, okazała się zupełnie fajna i z niej korzystam. I póki co pozostanę jej wierna. Nie na darmo się nad nią napracowaliśmy, jest czym się pochwalić.&lt;br /&gt;Teraz więc "zacytuję" nasze spoty reklamowe.&lt;br /&gt;Ladies and gentelmen - I give You: Peszek i Smolik and Inteligo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/MUU24HFQNPI?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/MUU24HFQNPI?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/b-t56M9Lipg?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/b-t56M9Lipg?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, tak - on długo się rozkręca w tej reklamie, nie popsuły się wam głośniki. :))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6175136466777674679?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6175136466777674679/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6175136466777674679' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6175136466777674679'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6175136466777674679'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/troche-autoreklamy.html' title='Trochę autoreklamy'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5714308966621274406</id><published>2010-11-21T19:32:00.002+01:00</published><updated>2010-11-21T19:43:46.574+01:00</updated><title type='text'>Głosowanie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Poszliśmy na wybory. Zagłosować trzeba, pytanie na kogo?&lt;br /&gt;Nie mam swojego ulubieńca. Jak zwykle, bo polityka mnie strasznie odstrasza i tych wszystkich ludzi ze świata politycznego przepędziła bym kijem. W obietnice przedwyborcze i programy na ich przebudowę świata, jeśli wygrają - nie wierzę. Nic potem z tego nie wynika. Obiecanki cacanki vel kiełbasa wyborcza.&lt;br /&gt;Ale na wybory chodzę. Czasem Łukasz mi zdaje relację z kampanii przedwyborczych i mówi, kto miał fajne pomysły na zmiany, a czasem Łukasz sam nie wie, kto z tego towarzystwa narobi po wyborach najmniej szkód.&lt;br /&gt;Na wybory więc poszliśmy.&lt;br /&gt;Siedliśmy przed tymi płachtami z nazwiskami kandydatów do tego i do owego i... ja osobiście poza kandydatem na prezydenta miasta, nie wiedziałam, na kogo chcę głosować. Coś jednak trzeba było zaznaczyć. Za radą Łukasza poczytałam nazwiska, sprawdzając czy kogoś znam. Nie znam. Widocznie moi znajomi byli do tej pory rozsądnymi ludźmi, których polityka nie skusiła.&lt;br /&gt;No więc zastosowałam inne kryterium - najpierw ominęłam szerokim łukiem partie, których nie poprę nigdy, bo ich członkowie zachowują się skandalicznie i nie do końca normalnie, a potem przejrzałam pozostałe listy pod kątem takich imion i nazwisk, które do mnie przemówią. Nowoczesnych. Przyjaznych oku.&lt;br /&gt;Przemówiły jakieś tam. W przypadku obu pozostałych arkuszy zwyciężczyniami okazały się dwie kobiety, które fajnie się nazywały.&lt;br /&gt;Taką miałam metodę głosowania. Proszę bardzo - można sobie teraz do woli poużywać na temat mojej ignorancji politycznej i lunatykowatego sposobu głosowania. Wszystko mi jedno.&lt;br /&gt;Co roku płaczą w mediach, że statystyki są kiepskie, więc chodzę na wybory i głosuję. A że czasem nie mam na kogo, to głosuję na kogoś. Tak czy owak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5714308966621274406?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5714308966621274406/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5714308966621274406' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5714308966621274406'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5714308966621274406'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/gosowanie.html' title='Głosowanie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6146062270524893571</id><published>2010-11-21T19:10:00.002+01:00</published><updated>2010-11-21T19:32:21.057+01:00</updated><title type='text'>Warszawo nadchodzę!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ależ mi się nie chce... Dwa dni w stolicy. Na mini szkoleniu. Dwa dni tarabanienia się w pociągu lub busie, targania laptopa, torby z zestawem noclegowicza i torebki... Obijanie się po Wawie i z powrotem. A pogoda ma się popsuć i od wczoraj Amelka i Łukasz na zmianę mi powtarzają, że we wtorek będzie padał śnieg.&lt;br /&gt;We wtorek?! W połowie listopada we wtorek!&lt;br /&gt;A na początku października wszyscy trąbili, że śnieg będzie padał w połowie października i pomimo, że bardzo na ten śnieg czekałam, nie spadł ani jeden płatek. A ja tak pragnęłam zobaczyć to pandemonium, kiedy całe miasto zostanie sparaliżowane i utknie w jednym wielkim korku, bo połowie kierowców zabraknie benzyny w autach, a drugiej połowie koła będą się kręcić na lodzie, bo nie zdążyli zmienić opon. Co roku są takie fajne akcje, kiedy śnieg spada niespodziewanie, a w tym roku się tego widowiska nie doczekałam! :)&lt;br /&gt;Zamiast śniegu mieliśmy od miesiąca iście wiosenną pogodę - ciepło i ładnie. Dopiero mgły ostatnimi dniami trochę burzą ten idealny obrazek.&lt;br /&gt;Ma więc być śnieg w tym tygodniu, ale trochę mi to niej jest na rękę, skoro w tym tygodniu zostaję podróżnikiem.&lt;br /&gt;Na całe nasze szczęście mamy nocleg zaklepany w centrum Warszawy, więc nie będzie trzeba wieczorem w poniedziałek jechać na koniec miasta, a we wtorek rana wracać z tego wygnajewa.&lt;br /&gt;Ostatnio byłam w Wawie na trzy tygodnie temu. Też z noclegiem. Drugiego dnia rano jechaliśmy przez całe miasto, przy czym większość trasy metrem. A na wyjściu z metra okazało się, że jakiejś pani malutki piesek sfajdał wielką i koszmarnie śmierdzącą kupę na samym środku schodów wyjściowych z metra. Koszmar jakiś. O godzinie 8 rano, po śniadaniu takie zapachy i widoki są zabójcze. Pomyślałam wtedy, że Bogu dzięki w Lublinie nie mamy metra i nie musimy czuć się zakopani żywcem pod ziemią i totalnie ubezwłasnowolnieni. Wiem, że metro to super środek lokomocji, ale jakoś niespecjalnie mi się ten środek zareklamował...&lt;br /&gt;Dwa dni w delegacji to są dwa dni odpoczynku od rutyny. Dwa dni wyrwania z codziennego kieratu i dwa dni robienia czegoś innego. To jest super perspektywa i to mnie mocno zachęca do tego wyjazdu. Zawsze wracam z delegacji odświeżona psychicznie, chociaż fizycznie raczej zmęczona.&lt;br /&gt;Teraz pewnie będzie podobnie. Jest to niewątpliwa korzyść z przemieszczenia się do innej lokalizacji.&lt;br /&gt;Ludzie podobno są z natury wędrowcami. Potrzebują drogi, aby nabrać dystansu do swojego życia. Czytałam o tym coś kiedyś, artykuł, może nawet książkę - nie pamiętam. Pamiętam jednak, że trzeba podróżować, aby zachować odpowiednie podejście do świata. I pamiętam, że nowoczesne środki lokomocji rujnują misję wyprawy, bo za szybko się przemieszczamy i nie mamy czasu na myślenie... Coś w tym jest.&lt;br /&gt;Zanim kupiłam auto, jeździłam do pracy od rodziców autobusami. Droga do pracy zajmowała mi prawie godzinę, z pracy - drugie tyle. I w tym czasie myślałam. Były to czasu sprzed ery audiobooków i MP3-jek. Miałam walkmana i mogłam sobie słuchać co najwyżej muzyki, co nie absorbowało myśli bez reszty. I faktycznie w tym czasie myślałam o wielu rzeczach i odreagowywałam wiele stresów, porządkowałam sobie swój światopogląd. Dużo mi to dawało, ale uświadomiłam to sobie dopiero po kupieniu auta, kiedy zaczęłam nim jeździć i droga do i z pracy skróciła się do 20 minut max w jedną stronę. Nagle okazało się, że nie mam tej przerwy na rozskupienie się przed i po pracy. Nie mam tej chwili na rozprężenie myśli. Wstaję rano, wsiadam w auto i w pełni zmobilizowana, skoncentrowana na prowadzeniu docieram do pracy w kilkanaście minut. A po pracy wsiadam w auto i znów skupiona na jechaniu wracam do domu, czy docieram do innego miejsca w ciągu chwili. I gdzie się podział ten moment na rozprężenie?? Na niemyślenie o niczym? Na swobodne spadanie myśli?&lt;br /&gt;Jakoś to przeżyłam i jakoś sobie z tą stratą poradziłam. Do komfortu można się łatwo przyzwyczaić, więc z auta nie zrezygnowałam. Teraz mam z resztą rzut beretem z domu do pracy - dwa i pół kilometra, więc czasem wolę wrócić do domu piechotą, lub autobusem, aby ochłonąć trochę po pracy.&lt;br /&gt;Jutro będę miała dwie i pół godziny w podróży do Wawrszawy, aby sobie przemyśleć cokolwiek mi się pomyśli. Znając życie, będę spała. Wyjazd o 5.45 z LU, więc o tej porze nie spodziewam się, aby mi się nie chciało spać. To by było tyle na temat korzyści z podróżowania. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6146062270524893571?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6146062270524893571/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6146062270524893571' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6146062270524893571'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6146062270524893571'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/warszawo-nadchodze.html' title='Warszawo nadchodzę!'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4887500304090387556</id><published>2010-11-21T01:16:00.003+01:00</published><updated>2010-11-21T01:46:20.980+01:00</updated><title type='text'>Jakby to było...</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jakby to było mieć pracę, w której nie trzeba zapamiętywać setek rzeczy każdego dnia? W której nie trzeba by było gimnastykować mózgu i zmuszać go do wysiłku każdego dnia?&lt;br /&gt;Mogło by być pięknie... I trochę... nudno??&lt;br /&gt;W pracy codziennie wsiąkam mnóstwo informacji. Przydatnych później, czy nie - muszę zapamiętywać, przetwarzać i szufladkować sobie w głowie do wyciągnięcia później. Kiedy później - nigdy nie wiadomo, może za tydzień, a może za rok. Nie ważne kiedy - informacja musi być pod ręką w razie konieczności. Musi trafić do właściwej szufladki i z niej wyskoczyć, kiedy będzie potrzebna. Muszę też przetwarzać informacje - dostaję pojedyncze newsy i nie tylko muszę je skompletować, aby były przydatne do wykorzystania, ale też muszę je poskładać, przetworzyć i wyciągnąć z nich wnioski.&lt;br /&gt;Codziennie moją głowę zalewa rzeka śmieciowych informacji, które są przydatne tylko tu i teraz i nie są wcale przydatne w życiu na dłuższą metę.&lt;br /&gt;Ostatnio (mam tu na myśli ostatnie 3 miesiące) tempo pracy było u nas szalone. Może powinnam powiedzieć, że było szalone dla mnie. Nie dla wszystkich w pracy, ale dla mnie zwłaszcza. No cóż... ciekawe doświadczenie.&lt;br /&gt;Mój służbowy telefon dzwonił po pińdziesiąt razy dziennie i w bardzo niesłużbowych godzinach. Czułam się jak bohaterka "Diabeł ubiera się u Prady". Widzieliście ten film? Tak na marginesie to ja go bardzo lubię, ale jest tam taka jedna scena, kiedy zaraz po zatrudnieniu w Runwayu telefon Angie dzwoni o bladym świcie i okazuje się, że powinna być już dawno na nogach, myśląca, gotowa do pracy i w zasadzie to już powinna być w pracy. Na budziku była 6.15 rano. Albo te sceny, kiedy Angie siedzi w pracy wieczorem, chociaż już dawno powinna być w domu... Nom, właśnie tak było - w filmie i w moim życiu.&lt;br /&gt;Zadziwiające to nawet było - planowałam na przykład zacząć pracę o 9 rano, o 8.15 byłam jeszcze w domu, w bieliźnie, zmierzając do deski do prasowania. I co? rozlegała się moja komórka w tym momencie i okazywało się, że trzeba zrobić coś, co jest absolutnie niewykonalne, będąc w domu. Albo scena nr II: idę do auta rano, spokojnie, bo oczywiście jest rano i pracę dopiero mam zacząć. I co? Dzwoni mój telefon! Odbieram, a tu news, który podnosi mi ciśnienie sto razy skuteczniej, niż kawa.&lt;br /&gt;Albo scena nr III: godzina dwudziesta pierwsza. Jest wieczór i normalni ludzie spędzają go, żyjąc swoim prywatnym życiem. A ja siedzę w pracy. Po raz trzeci w ciągu tygodnia. Od 8mej do 21ej mija wiele godzin. Wiele, wiele godzin spędzonym na maksymalnym skupieniu i produkowaniu z siebie twórczych działań. O godzinie 21ej już jestem mocno odjechana ze zmęczenia i dzień kończy się... słuchaniem ckliwej piosenki Krzysztofa Krawczyka o tym, co dał nam los czy coś w tym stylu, którą grali na dwóch weselach, na których byliśmy w październiku. Normalnie nie słucham takiej muzyki, ale tego wieczora miałam nieodpartą ochotę wyskoczenia z siebie i stanięcia obok, aby przez chwilę się wyluzować.&lt;br /&gt;Po 3 miesiącach pracy na najwyższych obrotach, mój mózg się przegrzewa. Nie mam ochoty siadać przed kompem w domu, nie mam ochoty pisać maili do znajomych, nawet pisanie SMSów mnie boli... Nie piszę nic na blogu, bo... nie piszę nic w ogóle. Poza specyfikacjami i mailami służbowymi.&lt;br /&gt;Wypalił mi się mózg. Dosłownie.&lt;br /&gt;W pracy potrafię wyprodukować z siebie wszystko, co potrzebne, bez zastanawiania się, czy potrafię, czy nie. Cokolwiek mam do zrobienia, robię bez wahania, nie ważne czy łatwe, czy trudne. Maksymalna mobilizacja. Biorę i robię, bo mam tyle do zrobienia, że każda chwila spędzona na zastanawianiu się jest bezcenna.&lt;br /&gt;Siedzę w pracy, myślę o pracy. Wychodzę z pracy, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;myślę o pracy. Biorę prysznic, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;myślę o pracy. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zasypiam, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;myślę o pracy. Budzę się, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;myślę o pracy. Śpię, śni mi się o pracy.&lt;br /&gt;Praca, praca, praca...&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że tempo w pracy wraca do normalności, bo nie mam już siły na takie szaleństwo.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Muszę wrócić do równowagi pomiędzy pracą (1/3 dnia), a życiem prywatnym (2/3) życia. I do pisania czegokolwiek innego niż piszę w pracy.&lt;br /&gt;Byłoby miło...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4887500304090387556?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4887500304090387556/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4887500304090387556' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4887500304090387556'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4887500304090387556'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/11/jakby-to-byo.html' title='Jakby to było...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3078744454198242442</id><published>2010-09-22T20:51:00.002+02:00</published><updated>2010-09-22T21:22:34.009+02:00</updated><title type='text'>Ostatnia noc... Irvinga</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W księgarniach jest od kilku miesięcy nowa książka Johna Irvinga - "Ostatnia noc w Twisted River".&lt;br /&gt;Wydali ją tak ogólnie już pewnie z rok temu, ale do Polski trafiła w maju. Tuż po moich urodzinach. Łukasz kupił mi ją, jako prezent urodzinowy, bo tak ogólnie to Irvinga uwielbiam.&lt;br /&gt;Taa... Poza tą książką, to ogólnie Irvinga uwielbiam.&lt;br /&gt;Ale po przeczytaniu "Ostatnia noc w Twisted River" stwierdzam, że chyba facet oszalał, aby wydawać takiego gniota!&lt;br /&gt;Chyba się postarzał. Zaczął ględzić, gubić wątek, pleść trzy po trzy i pisać na zmianę o przysłowiowej dupie Maryni, albo o jednym i tym samym.&lt;br /&gt;Tego się nie da czytać. Słowo daję. Dostałam tą książkę już ponad 2 miesiące temu, po tym, jak czekaliśmy, czy Prószyński i Sp. wydadzą ją w twardej oprawie. Nie wydali. Łukasz nawet zadzwonił do wydawnictwa i pytał o to, ale powiedzieli mu, że szanse są nikłe i raczej nie planują. Kupił mi więc taką w miękkiej oprawie, a ja zabrałam się za czytanie... No... i tak ją sobie poczytuję do dzisiaj.&lt;br /&gt;Ten gniot ma coś koło 600 stron! 600 stron wypocin i bzdur!&lt;br /&gt;Ja nie wiem, albo recenzenci postradali rozumy, albo tego zwyczajnie nie czytali. Za co ta książka ma takie rewelacyjne opinie?? ZA COOOO???&lt;br /&gt;W skrócie warsztat pisarski w tym anydziele wygląda tak: Irving zaczyna opowieść w punkcie zero, cofa się pincet razy do czasów minus ileś tam (momentami cofa się o kilka lat, a momentami o kilka pokoleń) po czym przechodzi do punktu powiedzmy +10 i zaczyna swój taniec - raz krok do tyłu, raz krok do przodu. Cofa się, wybiega w przód. Trwa to w nieskończoność, nie ma żadnej szansy na zapamiętanie, że ten rozdział rozpoczął się od tego wątku i że wątek się jeszcze nie skończył. I nie ma żadnej szansy na śledzenie wątku, bo po pińdziesięciu dygresjach, które czyta się przez jakieś 80m stron, wątek się zwyczajnie gubi. Zdania są tak poskładane w paragraf, że momentami muszę wracać na początek akapitu, bo zdanie ciągnie się przez dwadzieścia linijek i ma tyle wtrętów kompletnie od czapy, że zapomina się, co autor miał na myśli.&lt;br /&gt;Czytanie tej książki to jest tortura! To jest makabra i mówię to zupełnie poważnie, a zważywszy na to, że uwielbiam twórczość Irvinga - łatwo się do niego bym nie zraziła. Tą książką rozczarowałam się naprawdę mocno.&lt;br /&gt;Po przeczytaniu 400 stron doszłam do przekonania, że przyzwyczaiłam się do tej książki. Czytam ją co wieczór, ale zacięcia wystarcza mi raptem na kilka stron maksymalnie. I idę spać totalnie powalona przez to, jak można skiepścić prozę...&lt;br /&gt;I czy Irving nie ma redaktora?? Czy nikt tej książki nie czytał przed jej wydaniem? A może nikt nie śmie poprawiać mistrza?? Widocznie mistrz staje się starym gadułą, który zbacza z tematu i gubi cel podróży, bo wcześniej jego ksiażki czytało się bardzo dobrze. Nieporównanie lepiej.&lt;br /&gt;Jak można było nie poprawić tych mega-długich zdań, które zdają się nie mieć końca w równym stopniu, co sensu?&lt;br /&gt;W dodatku tłumaczka na polski była też kiepska i chyba jeszcze pogorszyła tej książce. Mimo całego domniemanego geniuszu twórcy, nie wszystko da się przełożyć z angielskiego na polski w proporcjach jeden do jednego. Czasem trzeba coś dostosować do specyfiki naszego języka i zredagować tak, aby po polsku też dało się czytać. Niestety, laska poległa na całej linii.&lt;br /&gt;W dodatku są takie zdania, które są zwyczajnie źle przetłumaczone. Kiedy wiadomo, jak coś brzmi po angielsku, to wiadomo, że nie zawsze tłumaczy się dosłownie. A tymczasem w tej książce zdarzają się takie wtopy... Nie jestem wielką znawczynią angielskiego, ale jeśli oglądam seriale w oryginalnej wersji językowej, to wyłapuję takie haczyki. Widać niektórzy się na nie łapią.&lt;br /&gt;Naprawdę męczy mnie czytanie tej książki. I smuci.&lt;br /&gt;Tak mi przykro, że Irving, który był moim ukochanym pisarzem, upadł z hukiem z piedestału geniusza literackiego.&lt;br /&gt;Dlaczego wydali mu takie nie-wiadomo-co??&lt;br /&gt;I jak można pisać takie dobre recenzje??&lt;br /&gt;To już jest zwyczajne kłamstwo, jak na mój gust. Taka zwyczajna komercja. Jak masz już nazwisko, zdobyłeś Oscara za scenariusz, to zawsze dadzą ci doskonałą recenzję, bez względu na to, co napiszesz. Masz już renomę i do końca życia będziesz zarabiał na siebie swoim nazwiskiem, które zapewni ci sukces bez względu na to, czy stworzysz coś wartościowego czy zwyczajnie wyrzeźbisz gniota.&lt;br /&gt;Doczytam "Ostatnią noc w Twisted River", bo skoro już zaczęłam i skoro jest to moja kołysanka do snu przez ostatnie miesiące, to już ją zmogę. Ale radości z czytania nie mam żadnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3078744454198242442?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3078744454198242442/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3078744454198242442' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3078744454198242442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3078744454198242442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/ostatnia-noc-irvinga.html' title='Ostatnia noc... Irvinga'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7065804823421961838</id><published>2010-09-22T20:18:00.002+02:00</published><updated>2010-09-22T20:49:08.672+02:00</updated><title type='text'>Ciasto na pdniesienie ciśnienia</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Słowo daję, że ja nie będę oglądała tych głupich programów kulinarnych, które mnie inspirują do kulinarnych nowości i potem doprowadzają tymi nowościami do białej gorączki.&lt;br /&gt;Jest taki program "Gotuj i chudnij" czy coś w tym stylu. Bardzo go lubię. Oglądam go raz na miesiąc, albo rzadziej, ale jak trafię na niego to zawsze patrzę z ciekawością, jak też te prowadzące zamieniają tuczące składniki potraw na ich lżejsze odpowiedniki. Przepisy mają w tych programach dosyć pospolite i łatwe do zrobienia, więc od czasu do czasu coś zaczerpnę. Kwestia odchudzania w tym programie jest trochę - powiedziałabym: sporna. Prowadzące same wyglądają, jak kluski, wiec nie powinny czepiać się kobiet, które są od nich o jeden raptem rozmiar grubsze... No ale pomijając dietetyczną stronę programu - coś można z niego wynieść.&lt;br /&gt;Kiedyś zrobiłam ciasto czekoladowe z burakiem wg ich przepisu. O, to było legendarne pieczenie!&lt;br /&gt;Ciasto piekło się wieki całe i wyglądało, jakby miało zakalca. Nie wiadomo dlaczego, ale naprawdę tak wyglądało. W efekcie trochę je przypiekłam za bardzo i wierzch mu się lekko podpalił.&lt;br /&gt;Byłam wtedy chyba zmęczona, albo to ciasto mnie wykończyło. I było już późnawo. To było wiosną przed naszym wyjazdem do Krakowa, bo pamiętam, że to ciasto pojechało wtedy do Krakowa razem z nami i zachwycała się nim Tusia. Chyba jako jedyna, bo ja już się zdążyłam do niego zrazić bezpowrotnie.&lt;br /&gt;Kiedy spojrzałam do piekarnika po godzinie pieczenia i stwierdziłam, że niechybnie to jest zakalec puściłam przed tym piekarnikiem małą wiązankę, na co Łukasz prawie się popłakał ze śmiechu.&lt;br /&gt;Trochę, jak ten Miś Przekliniak, którego wtedy jeszcze nie znałam. Łukasz potem mnie przedrzeźniał i przypominał mi moją wyliczankę wiele razy, zabawę z tego ma do dzisiaj.&lt;br /&gt;Ciasto, co dziwne, wcale zakalcowate nie było, smakowało faktycznie żywą czekoladą i gdyby nie to, że straciłam do niego serce całkiem, może bym je z raz jeszcze upiekła...&lt;br /&gt;W niedzielę zamarzyłam sobie, że zrobię ciasto cytrynowe.&lt;br /&gt;Przygotowałam migdały sproszkowane, wymieszałam jaja i cukier, zrobiłam puree z gotowanych cytryn, wymieszałam z mąką i proszkiem do pieczenia, wylałam na blachę wyłożoną papierem i wstawiłam do gorącego piekarnika. Zabrałam się za sprzątanie kuchni i wtedy zorientowałam się, że nie dałam tych sproszkowanych migdałów!&lt;br /&gt;No to dawaj! Wyciągnęłam ciasto z piekarnika, ale było już ciepłe, więc niechybnie po wymieszaniu z migdałami już nie urośnie... Zawahałam się chwilkę, ale dosypałam papkę migdałową i zaczęłam to mieszać mikserem w blaszce. Łukasz poradził mi, abym to przelała z powrotem do miski, ale blaszka była gorąca, a mi się nie chciało ciapać. I co?&lt;br /&gt;W chwili nieuwagi papier wciągnął mi się w widełki miksera. Bryzgneło ciastem po szafkach, mikser stanął. A ja zbaraniałam.&lt;br /&gt;Tak, tym razem przedstawiałam inny gatunek niemądrego zwierzątka.&lt;br /&gt;Łukasz za to wybuchnął takimśmiechem, że nie mógł przestać się śmiać.&lt;br /&gt;Został więc wypędzony z kuchni.&lt;br /&gt;Powstrzymałam się od wyrażenia swoich emocji, bo nic cenzuralnego by nie wyszło z moich ust, a poza tym nie miałam już nawet siły się złościć. Wyjęłam papier z widełek, wymieszałam migdały i wstawiłam kandydata na konkursowego zakalca do piekarnika.&lt;br /&gt;O dziwo, pomimo, że placek słabo urósł - ze zrozumiałych powodów - to zakalec z niego była średniawy. Prawie żaden. Smakował dobrze, tylko był mało puchaty.&lt;br /&gt;Chyba jednak nie ma szans, abym powtórzyła ten przepis, a przynajmniej nie w najbliższej przyszłości, bo jakoś mnie ten placek do siebie zraził.&lt;br /&gt;Przypomniało mi to, z zastraszającą jasnością, jak moja Babcia kiedyś robiła babkę czekoladową. Ta Babcia lubelska. Była to swego czasu prędka kobieta, która latała, jak fryga i robiła wszystko z prędkością światła. Kiedy mieszkaliśmy na jednym piętrze z Dziadkami, przed rozbudową domu, co niedziela rano budziły nas hałasy w kuchni. Babcia gotowała. Niedziela zaczynała się od mszy na 8 rano, po czym Babcia wracała do domu i gotowała obiad, taka łikendowa rutyna. Przy tym gotowaniu tak trzaskała pokrywkami i szczelękała garnkami, że o 9.30 wszyscy już byliśmy na nogach. A przynajmniej nikt nie spał, taka to była skuteczna pobudka.&lt;br /&gt;Kiedyś Babcia w swoim pędzie piekła tą nieszczęsną babkę. Na koniec do ciasta dolewało się rozpuszczoną margarynę. I co - Babcia rozpuściła margarynę w garczku i zapomniała o niej. Wymieszała ciasto, wsadziła do duchówki -  i to takiej w piecu kaflowym w dodatku - i kiedy zaczęła sprzątać zorientowała się, że nie dodała margaryny! Szybko wyciągnęła ciasto z piekarnika, foremka już była gorąca, to pamiętam, dodała margarynę, wymieszała (żaden papier się jej w mikser nie wkręcił jednak, pewnie nie wyłożyła brytfanki papierem, bo to były czasy, kiedy jeszcze w kuchni nie było tylu udogodnień i zachodniej cywilizacji) i wsadziła ciasto z powrotem do piekarnika.&lt;br /&gt;Ja byłam wtedy mała, Babcia dużo mówiła i raczej głośno, więc cała ta operacja z wyjmowaniem ciasta z gorącego piekarnika mnie dosyć przestraszyła. Wrażenie było niezapomniane.&lt;br /&gt;Nie pamiętam tylko czy ta babka czekoladowa miała po tym wyciąganiu z piekarnika zakalca... Ona ogólnie często się nie udawała i miewała zakalce, wiec może i wtedy też, ale nie pamiętam.&lt;br /&gt;Chociaż - znając szczęście Babci - obstawiałabym, że placek wyszedł udany.&lt;br /&gt;No cóż, zestawiając te dwa sklerotyczne wyczyny w kuchni mogę rzecz tylko jedno: zawsze mi rodzina powtarzała, ze jestem do Babci podobna. Widocznie jestem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7065804823421961838?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7065804823421961838/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7065804823421961838' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7065804823421961838'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7065804823421961838'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/ciasto-na-pdniesienie-cisnienia.html' title='Ciasto na pdniesienie ciśnienia'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-688514078739018682</id><published>2010-09-13T23:49:00.002+02:00</published><updated>2010-09-22T20:18:37.176+02:00</updated><title type='text'>Osioł na Krupówkach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W Zakpanem jest taki mały sklepik z gospodarstwem domowym. Sklepik jest gdzieś na przedłużeniu Krupówek, trzeba od Krupówek przejść kawałek w górę ulicy i po prawej stronie wypatrzyć niewielką witrynę z jakimiś przyborami kuchennymi czy czymś w tym stylu.&lt;br /&gt;Szczerze mówiąc nie do końca wiem, co w tym sklepiku się sprzedaje, oprócz magnesów. Są w nim bowiem takie śliczne figurki na magnesach. Ulepione z modeliny, kolorowe, śliczne. Urzekły nas półtora roku temu i w tym roku też po nie poszliśmy.&lt;br /&gt;Figurki są przeróżne - są owieczki, baca, Baba Jaga, krowy, konie, myszki i inne zwierzaczki.&lt;br /&gt;Weszliśmy do sklepu, podeszliśmy do magnesów i zaczęliśmy wybierać.&lt;br /&gt; - Popatrz, są koniki! - powiedziałam do Łukasza - Kupimy Kamie!&lt;br /&gt;Wzięłam do ręki brązowego uśmiechniętego konika i odłożyłam na bok.&lt;br /&gt; - O a tu jest jeszcze szary! - powiedziałam na widok drugiego&lt;br /&gt;Pani za ladą się uśmiechnęła nieśmiało i powiedziała delikatnie:&lt;br /&gt; - To jest osiołek...&lt;br /&gt;Obejrzałam rzeczonego osiołka dokładniej, no faktycznie, miał inne uszy. Kolor jakoś mi nic nie powiedział. A Łukasz, którego drugie imię brzmi: Złośliwiec, rzucił:&lt;br /&gt; - O, to osiołek może być dla ciebie...&lt;br /&gt;Pani za ladą zachichotała cichutko...&lt;br /&gt;A ja zabrałam osiołka ze sobą. Coby mu już nie było smutno, ze go mylą z konikiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-688514078739018682?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/688514078739018682/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=688514078739018682' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/688514078739018682'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/688514078739018682'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/osio-na-krupowkach.html' title='Osioł na Krupówkach'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1112208157069084631</id><published>2010-09-13T23:47:00.003+02:00</published><updated>2010-09-22T20:11:12.287+02:00</updated><title type='text'>Nic w przyrodzie...</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: georgia; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Podobno w przyrodzie nic nie ginie. Nie wiem, jak to jest z przyrodą, ale okazuje się, że mi niektóre rzeczy jednak nie giną. A przynajmniej nie na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Zgubiłam najpierw bransoletkę. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Taką śliczną, "napetłaną" - czyli ze zwisających elementów. Bransoletkę zrobiła mi mocno utalentowana siostra Agaty. Miałam całą garść koralików, które do niczego mi się nie przydawały, więc poprosiłam Agatę, żeby jej siostra zmajstrowała mi z nich biżuterię. Dostałam kolczyki i bransoletkę, komplet. Do tego było jeszcze kilka innych rzeczy, bo koralików miałam różne rodzaje, ale chodzi mi o tę najfajniejszą, najpiękniejszą, napetłaną. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Nazywałam ją "napetłana", bo koraliki z których była zrobiona, były płaskie i siostra Agaty musiała je poprzyczepiać do łancuszka bransoletki. Wyglądały, jak te charmsy, takie dyndające. Bransoletka była naprawdę piękna i uwielbiałam ją!&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Wszyscy się nią zachwycali i mi jej zazdrościli.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Długo się nią jednak nie pocieszyłam, a na wieść, że mi bransoletka zaginęła - wszyscy zazdrośnicy zrobili przeciągłe: "Oooo!" I tak się temat bransoletki zakończył.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Bransoletkę pamiętam, że zdjęłam gdzieś, jakby u rodziców w domu czy gdzieś indziej, gdzie nie mieszkam - i schowałam, aby mi nie zginęła. Albo mi się to przyśniło, albo pamiętam, jak starannie odkładałam ją gdzieś - w bliżej niesprecyzowane miejsce, gdzie miała być bezpieczna.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;I od wtedy słuch po niej zaginął.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Ani nie pamiętam kiedy, ani gdzie to było, ani tym bardziej gdzie tak troskliwie położyłam bransoletkę. Dość, że jej nie ma i nie mogę się jej doszukać. Zostały mi tylko kolczyki, ale od kilku miesięcy przerzuciłam się na delikatne perełki, które noszę non stop, więc chwilowo kolczyki nie mają u mnie wzięcia i leżą bezpieczne w szkatułce, razem ze stadem innych kolczyków. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Krótko po bransoletce zgubiłam pendraka. Miałam taki pendrive Kingstona, nie za wielki, bo tylko 2gb ale dawał rady, na moje potrzeby. Używałam go często, bo wiadomo, pendraki to bardzo podręczna rzecz. I miał się mój pendrak doskonale aż do pewnego dnia, kiedy uświadomiłam sobie, że ja już go nie mam. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Poszukiwania nic nie dały. Nie ma pendraka i koniec. Pamiętałam, że miałam go ostatni raz w piątek wieczorem, u rodziców w domu, kiedy to drukowałyśmy z Mamą z zacięciem dokumenty. Cała impreza była pyszna, bo drukarka rodziców drukuje tylko jednostronnie. Standard dla drukarek domowych. Sama mam w mieszkaniu identyczną, obie dostałyśmy te drukarki od mojego Brata, ale moja stoi nieużywana, a rodzicom służy doskonale. Nie wiem dlaczego wtedy pojechałam drukować do Mamy. Może dlatego, że oni mają drukarkę, która działa. Ja swoją podłączyłam po ponad roku kilka dni temu do prądu i okazało się, że nie mogę znaleźć kabla, którym podłącza się ją do komputera. A może Mama miała papier do drukarki, a ja nie? A może po prostu u Rodziców w domu była Mama, a u mnie nie? Z Mamą takie karkołomne przedsięwzięcia są zawsze dobrą zabawą. Wtedy wieczorem kminiłyśmy, jak wydrukować 400 stron, aby były zadrukowane kartki z obydwu stron, po dwie strony dokumentu na jednej stronie kartki. Uśmiałyśmy się, jak wariatki, zrobiłyśmy kilka kombinacji, które nijak nam nie wyszły, po czym okazało się, że trzeba by kartka po kartce przekładać w drukarce i puszczać po 2 strony na raz... i tak 200 puszczeń, sto przełożeń... Jakaś masakra! Toteż po tym, jak uśmiałyśmy się do rozpuku z naszych eksperymentów, po tym, jak kilka kartek nadawało się tylko do wyrzucenia - poszłyśmy po najmniejszej linii oporu i wydrukowałyśmy połowę dokumentu, przełożyłyśmy hurtem sto kartek w drukarce na drugą stronę i puściłyśmy dalszą część dokumentu. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Drukowanie się nam udało, chociaż potem okazało się, że nie ma i tak niektórych stron. Za to zabawa wieczorem była znakomita, a my z Mamą miałyśmy dawkę śmiechu na cały łikend.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Tyle, że efektem tego drukowania było zaginięcie mojego pendraka, na którym zawiozłam dokument do drukowania... &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Obszukałam wszędzie! I u mnie i u rodziców, we wszystkich torebkach, kieszeniach. No nie ma. Diabeł ogonem nakrył, amba pożarła - pendrak zapadł się pod ziemię. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;W czasie urlopu pojechaliśmy do Mielca i wieczorem któregoś dnia siedzimy sobie z Tusią, a ona mówi, że jej jeden pendrak zginął i nie może znaleźć. Ale będzie szukać. Na co ja zażartowałam: &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt; - To może znajdziesz przy okazji mojego pendraka, bo ja zgubiłam już dawno temu i też nie mogę się go doszukać?&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Tusia powiedziała, że nie ma sprawy, oczywiście wszystko to były żarty, ale wynik ich był zaskakujący.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Następnego wieczoru, idąc spać, zdjęłam spodnie i składając je poczułam coś twardego w kieszeni. Wyjmuję, a to mój pendrak zaginiony! Ależ byłam zdumiona!&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;A co ciekawe, to że ja od tego pamiętnego wieczoru, kiedy drukowałyśmy z Mamą dokument, nie miałam ich na sobie! Pewnie z pół roku, a może i dłużej. Fakt, w tych jeansach ostatnio bardzo rzadko chodzę. Ale na szczęście też ich nie prałam! Jakbym pochodziła w nich jeszcze kilka razy, niechybnie wylądowały by w pralce. I wtedy to dopiero prawdziwy szlag by mi pendraka trafił, bo tkwił on w bocznej kieszonce, do której nic nie wkładam i której bym raczej nie sprawdziła. Te spodnie mają takie kieszenie z boku, w okolicach łydek. Kto wkłada coś do kieszeni tak nisko?? Najwyraźniej schowałam do tej kieszeni pendrive, aby go nie zapomnieć, tyle, ze zapomniałam, gdzie go schowałam.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;Najlepsze było to, że kolejnego dnia po cudownym objawieniu mojego pendraka, Łukasz sprzątał swój gazetowy majdan w pokoju i znalazł pendraka Tusi.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;I tym sposobem urlop przyniósł takie zaskakujące znaleziska! :) &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1112208157069084631?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1112208157069084631/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1112208157069084631' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1112208157069084631'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1112208157069084631'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/nic-w-przyrodzie.html' title='Nic w przyrodzie...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-247483750760209878</id><published>2010-09-03T22:46:00.003+02:00</published><updated>2010-09-03T23:07:19.925+02:00</updated><title type='text'>Smak wody</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dostałam do testowania &lt;a href="http://www.zywiec-zdroj.pl/#/1X1X"&gt;wody smakowe Żywiec&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;Niespecjalnie przepadałam za wodami smakowymi. Soków i oranżad nie pijam i zupełnie nie lubię. A wód smakowych próbowałam do tej pory tylko dwóch czy trzech i zupełnie mi nie posmakowały. Były takie... niezdecydowane. Ni to woda, ni oranżada. Ni to słodkie, ni nie słodkie.&lt;br /&gt;A tu &lt;a href="http://www.streetcom.pl/Default.aspx"&gt;streetcom &lt;/a&gt;mi przysłał całą gamę wód Żywiec o przeróżnych smakach.&lt;br /&gt;Wymyślili chyba z pięć różnych smaków - jabłkowy, truskawkowy, cytrynowy, pomarańczowy i ... yyy... zapomniałam. :)&lt;br /&gt;No zaraz - wychodzi mi ich 4 smaki... No tak, jednak 4.&lt;br /&gt;Kurier przytachał te wody w wielkiej paczce, nie wiem czy klął po drodze, ale jeśli tak, to jest to całkiem zrozumiałe. Jeszcze nie dostałam nic równie wielkiego ze streetcomu. Ciekawe czy kurierom płacą za dźwiganie ciężarów - szczerze mówiąc, mam nadzieję, ze tak.&lt;br /&gt;Odebrał paczkę Łukasz, ja wtedy byłam w podróży. Jak pisał Capote "Panna Golightly w podróży". Nie panna i nie Golightly, ale byłam w podróży.&lt;br /&gt;Najpierw otworzyliśmy jabłkową wodę.&lt;br /&gt;No... wodą to ona nie smakuje, a wiem, bo piję wody bardzo dużo i mam wyczulony smak. :) Tu nie trzeba mieć żadnego wrażliwego podniebienia, te wody są pyszne. To takie niegazowane i nie za słodkie oranżady.&lt;br /&gt;Zastanawiałam się, co w nich jest, bo nie można przestać ich pić.&lt;br /&gt;Jabłkową wypiłam ciurkiem w jeden wieczór - 1.5 l.&lt;br /&gt;Potem rozprawiliśmy się z truskawkową. Była tak samo pyszna.&lt;br /&gt;Złych opinii na temat tych wód smakowych nie zebrałam, wszystkim smakują. Naprawdę im się udały. Jak ktoś nie lubi gazowanych napojów, w sam raz taka woda.&lt;br /&gt;Ja raczej nie zostanę ich namiętną pijaczką, bo nic mi nie zastąpi wody i jednak tylko od wody się uzależniłam, ale już klika osób zasmakowało w nich.&lt;br /&gt;Takie coś można testować, nie dość, że to dla mnie nowość, to jeszcze bardzo udany produkt. Poza tym Żywiec to moja bezwzględnie ulubiona marka wody. to trochę dziwacznie brzmi, nie? Marka wody.&lt;br /&gt;Ale tak jest i Żywiec mnie uwiódł i smakiem - mają najpyszniejszą wodę na rynku - i butelką - uwielbiam tą ich kwadratową butelkę. Miła odmiana od wszystkich okrągłych, a poza tym jest ładna.&lt;br /&gt;Smakowe wody też zrobili w tych ładnych kwadratowych butelkach. Udały się im, trzeba przyznać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-247483750760209878?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/247483750760209878/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=247483750760209878' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/247483750760209878'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/247483750760209878'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/smak-wody.html' title='Smak wody'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5101000553381333468</id><published>2010-09-03T22:38:00.003+02:00</published><updated>2010-09-03T22:44:40.476+02:00</updated><title type='text'>Muzycznie</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wpadło mi w ucho. Refren jest genialny.&lt;br /&gt;Łukasz nie może tego ścierpieć. Albo może samego Timbalanda?? Nie wiem, ja go chyba po raz pierwszy słucham aktywnie z własnej woli, bo mi się coś spodobało.&lt;br /&gt;No, tak żeśmy się dobrali z Łukaszkiem - ja nie przepadam za jego ulubioną muzyką (to JEST eufemizm) a on nie znosi mojej ulubionej muzyki (i to też JEST eufemizm, może nawet jeszcze większy) :))&lt;br /&gt;Ale co tam, jakbyśmy byli taką parą xero, to by było nam nudno. Nie było by z czego się ponabijać i  czym podrażnić. A tak mamy wesoło.  :)&lt;br /&gt;Dzisiaj wieczór pod znakiem Timbaland vs. Katy Perry i białego słodkiego wina. Bardzo radośnie. I dzięki Bogu, że kazał komuś wynaleźć słuchawki!!! :))&lt;br /&gt;Nagram to sobie na składankę na drogę w nasze tournee po Polsce. Ciekawe czy Łukasz wysiądzie z krzykiem, jak włączę... :)))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/KDKva-s_khY?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/KDKva-s_khY?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5101000553381333468?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5101000553381333468/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5101000553381333468' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5101000553381333468'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5101000553381333468'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/muzycznie.html' title='Muzycznie'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-7517349570496574921</id><published>2010-09-03T21:51:00.002+02:00</published><updated>2010-09-03T22:36:58.425+02:00</updated><title type='text'>Pani Frał i Miś Przekliniak</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z Włatców móch (może powinnam to odmienić: Włatcuff móch?) najbardziej lubię Panią Frał i Misia Przekliniaka.&lt;br /&gt;Ona tak pięknie wrzeszczy na te dzieciaki! A on tak zabawnie przeklina co drugie słowo!&lt;br /&gt;Panią Frał jest, wypisz wymaluj, dokładną kopią mojej biologiczki z podstawówki, tylko tamta tak nie zaciągała po wschodniemu.&lt;br /&gt;Pani Od Biologii była super! Z perspektywy czasu sądzę, że byłam jedną z nielicznych osób, które ją naprawdę bardzo lubiły, pomimo tego, że złościła się zawsze i wszędzie, krzyczała i wyzywała uczniów zupełnie, jak Pani Frał, a cierpliwości nie miała za nic. Właśnie dlatego niektóre dzieci jej nie lubiły, wiadomo, nikt nie lubi, kiedy się na niego krzyczy. Ale niektórzy ludzie krzyczą dla zasady, tak w oderwaniu od obiektu, na którym się te krzyki skupiają. Niektórzy bardziej krzyczą "do" kogoś, niż "na" kogoś. Zawsze miałam wrażenie, że Pani Od Biologii krzyczała ot tak sobie, bo miała taką potrzebę. A potrzebę miała, oj miała!!&lt;br /&gt;Była taka zabawna!&lt;br /&gt;I też taka chuda, jak Pani Frał. Nawet czesała się podobnie, tylko miała ciemne włosy, nie siwe.&lt;br /&gt;Biologiczka żyje nadal, piszę o niej w czasie przeszłym, bo w czasie przeszłym mnie uczyła. Teraz - o ile wiem - używa życia na emeryturze i bawi wnuki. Mam nadzieję, że ma do nich więcej cierpliwości, niż do swoich uczniów.&lt;br /&gt;Możliwe, że nie bałam się wrzasków Pani Od Biologii, bo wytrenowała mnie Babcia, która krzyki miała "na podorędziu", jak to mawiała. No Babcia za swoich najlepszych dni była mega-krzykaczką. Po kilku latach z nią pod jednym dachem, darciu kotów i licytowaniem się w dyskusjach, miałam już niezłą wprawę w obchodzeniu się z krzykaczami.&lt;br /&gt;Pani Frał jest więc takim wspomnieniem z dzieciństwa.&lt;br /&gt;Jak dorośliśmy, to już ludzie nie krzyczą tak sobie wszem i wobec, są o wiele bardziej subtelni. A szkoda, bo było zabawniej, kiedy pani w szkole sobie pokrzykiwała i dawała upust swoim frustracjom. :)&lt;br /&gt;Teraz upust frustracjom daje Puczo, który - kiedy się zdenerwuje - przeklina niewybrednie, na czym świat stoi! To jest zabawne, a już na pewno spontaniczne. On przynajmniej nie stosuje przekleństw, jako przerywników w rynsztokowym stylu, ale uprawia swoją swoją filozofię wyładowania stresu i złości w nieszkodliwy sposób.&lt;br /&gt;Co to w ogóle jest z tym przeklinaniem??&lt;br /&gt;Dawno temu ludzie wymyślili sobie jakieś słowa, które teraz są w złym stylu, ale nikt nie myśli o tym, dlaczego one zostały zanegowane. Są brzydkie i już. Lepiej ich nie używać.&lt;br /&gt;Ludzie dzielą się na dwie kategorie, jeśli chodzi o przeklinanie - takich, którzy potrafią to wykorzystać i takich, których to kuje w uszy i którzy na najdrobniejsze przekleństwo krzywią się, jakby ich bolały zęby.&lt;br /&gt;Miś Przekliniak tam klnie ile wlezie! W MTV wypikują mu co drugie słowo! Na Comedy Central puszczają bez cenzury, a my się śmiejemy z Łukaszem do rozpuku. :))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-7517349570496574921?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/7517349570496574921/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=7517349570496574921' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7517349570496574921'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/7517349570496574921'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/pani-fra-i-mis-przekliniak.html' title='Pani Frał i Miś Przekliniak'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1455686019522641475</id><published>2010-09-03T21:46:00.002+02:00</published><updated>2010-09-03T21:51:05.362+02:00</updated><title type='text'>Postępujące coś</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W pracy też zapanowała jakaś moda na wstawanie rano. Kiedy w tym  tygodniu przychodziłam na 8-mą, nasz zespół był już w komplecie. Trzech  facetów siedziało już za swoimi biureczkami, przed swoimi komputerkami i  klepało zaciekle w klawiaturki. A ja codziennie rano wchodziłam i  otwierałam oczy ze zdumienia, co jest?&lt;br /&gt;Mi osobiście wstawanie rano w   tym tygodniu przychodziło wyjątkowo ciężko, bo lekko mnie coś  rozkładało. Zaliczyłam nawet wizytę u lekarza, bo męczył mnie kaszel.  Męczył mnie już od kilku tygodni i może bym go dalej lekceważyła, ale  się pogorszył. Pewnego dnia oświadczyłam Łukaszowi, że mam postępujące  zapalenie oskrzeli, albo coś innego, co postępuje, ale na to  oświadczenie zabił mnie śmiechem. :))&lt;br /&gt;Lekarka stwierdziła, że mam coś postępującego, ale z krtanią i aby mi oszczędzić  antybiotyku dała mi Eurespal. No to jest okropny lek. Okropny. Skuteczny, owszem, ale po nim czuję się dramatycznie i w czwartek rano myślałam że dosłownie zemdleję w windzie wiozącej mnie na nasze piętro w pracy. O dziwo w czwartek wieczorem byłam, jak nowo narodzona. Nie wyleczona, ale pełna sił i werwy i dzisiaj już wstawało mi się zupełnie dobrze.&lt;br /&gt;Tym optymistycznym akcentem rozpoczynam urlop z mocnym postanowieniem, że odeśpię zaległości....&lt;br /&gt;Zawsze tak sobie obiecuję, a już drugiego dnia urlopu okazuje się, że wcale mi się nie chce długo spać i że szkoda mi marnować dnia, wiec wstaję chętnie i pełna energii wcześnie rano.&lt;br /&gt;Coś mi mówi, że ten urlop nie będzie wyjątkiem pod tym względem. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-1455686019522641475?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/1455686019522641475/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=1455686019522641475' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1455686019522641475'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/1455686019522641475'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/postepujace-cos.html' title='Postępujące coś'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-2979757716561907208</id><published>2010-09-03T21:37:00.002+02:00</published><updated>2010-09-03T21:46:20.476+02:00</updated><title type='text'>Tłumik</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Znów trzeba reperować tłumik w aucie. Tym razem dwa tłumiki i rurę i ogólnie cały układ wydechowy czy wydalniczy, jakikolwiek samochód ma.&lt;br /&gt;Przy okazji dowiedziałam się, że w aucie ma dwa tłumiki. Jakby jeszcze zużywających się i psujących części było za mało!&lt;br /&gt;Jutro z rana jedziemy wymieniać tłumik. Na szczęście mój Tata potrafi wszystko i sami z Łukaszem to zrobią. Dzięki temu nie musimy oddawać auta do żadnego warsztatu, zostawać bez samochodu i płacić za robociznę.&lt;br /&gt;Jutro mamy dosyć napięty plan dnia, chociaż przyznam, że nie do końca określony. Na pewno priorytetem jest tłumik, a potem wycieczka do pracy. A na koniec dnia wielkie pakowanie.&lt;br /&gt;Coś czuję, że trzeba by ten dzień zacząć bladym świtem, aby nam czasu na wszystko wystarczyło.&lt;br /&gt;To by na pewno ucieszyło Tatę, którego dewizą życiową jest wstawanie rano. Gwarantowane jest, że jak się z Tatą na coś umawia, to propozycja będzie zawsze niezmienna:&lt;br /&gt; - Rano!&lt;br /&gt;Jak rano?&lt;br /&gt;Jak najwcześniej rano, najlepiej to gdzieś w okolicach środka nocy. :)&lt;br /&gt;Jutro ten plan by się zdecydowanie sprawdził. Może trzeba go przemyśleć? :))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-2979757716561907208?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/2979757716561907208/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=2979757716561907208' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2979757716561907208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/2979757716561907208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/tumik.html' title='Tłumik'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4980587368539184699</id><published>2010-09-03T21:30:00.003+02:00</published><updated>2010-09-03T21:37:03.099+02:00</updated><title type='text'>Urlop (prawie) rozpoczęty</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jedną nogą jestem na urlopie. Tą oficjalną nogą, tkwiącą w papierach, gdzie mam przyklepane, że od poniedziałku nie pracuję. Tą drugą, nieoficjalną nogą jestem daleko w lesie i jutro zdaje mi się pójdę popracować.&lt;br /&gt;Dzisiaj tłukłam te przebrzydłe specyfikacje od rana. Oczywiście w pracy jest system "albo... albo" - albo pogrążasz się w jednym zadaniu, albo śledzisz wszystko na bieżąco. Pogodzić tego się nijak nie da. Dzisiaj robiłam to albo pogrążone w pracy i przez to zostawiłam w skrzynce coś koło 200 nieprzeczytanych maili. I oczywiście wypadłam z obiegu, nie wiem jakie dzisiaj objawiły się błędy, co zostało poprawione i jakie ustalenia padły. Przez cały tydzień pracowałam tym drugim albo i starałam się być na bieżąco, przez co specyfikacje przyrastały ledwo zauważalnie. I tym sposobem dzisiaj musiałam się im oddać bez reszty.&lt;br /&gt;Reszta będzie jutro.&lt;br /&gt;Klepanie pewnego pasjonującego zestawienia, czyszczenie poczty, która - mogę się założyć, że się zawiesi przez moją nieobecność. Chyba, że sobie wyeksportuję kilka katalogów do pliku.&lt;br /&gt;Wizja tego, co zastanę za dwa tygodnie po powrocie z urlopu mnie przeraża.&lt;br /&gt;Ale nasze plany skutecznie zapobiegną temu, abym leciała co kilka dni do pracy nadrobić zaległości.&lt;br /&gt;Planujemy tournee objazdowe i już mamy na to biznes plan dosyć jasno sprecyzowany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4980587368539184699?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4980587368539184699/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4980587368539184699' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4980587368539184699'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4980587368539184699'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/urlop-prawie-rozpoczety.html' title='Urlop (prawie) rozpoczęty'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4192723504385436577</id><published>2010-09-02T21:05:00.004+02:00</published><updated>2010-09-02T23:38:38.892+02:00</updated><title type='text'>Konieczko i spółka</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Łukasz oglądał sobie "Włatcy móch" od dawna. Kiedy to leciało w TV zaśmiewał się do łez. A mi &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wydawało &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się to głupawą bajeczką i na początku omijałam TV z daleka, kiedy biegały po nim te koślawe ludziki.&lt;br /&gt;Siłą rzeczy jednak dialogi z &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Włatcy móch" wpadały mi w ucho. I zapadały w pamięci.&lt;br /&gt;W którymś momencie w pracy Puczo coś tam rzucił na temat Konieczki z &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Włatcy móch", a ja mu odpowiedziałam, jak Pani Frał "Konieczko! Za drzwi!".&lt;br /&gt;I tak zaczęłam się wciągać w tą niby-bajkę&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;.&lt;br /&gt;A kiedy ją obejrzałam dokładniej i lepiej się jej przyjrzałam, okazało się, że jest bardzo fajna i równie bardzo mi się podoba.&lt;br /&gt;I tak sobie w pracy pogadywaliśmy z Puczem, on do mnie coś po konieczkowemu, a ja do  niego po panifrałowemu.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jakiś tydzień temu wybraliśmy się z Łukaszem do Leclerca na zakupy. A miałam wtedy wyjątkową wenę na oglądanie towaru na półkach, co mi się rzadko zdarza, bo niecierpię robić zakupów.&lt;br /&gt;I w Leclercu znalazłam kubki z bohaterami &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Włatcy móch". &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kubki chyba były na jakiejś &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wyprzedaży, bo miały etykietki z Empiku, a  &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;stały w markecie na dziale z gospodarstwem domowym.&lt;br /&gt;Postanowiłam sobie kupić kubek z Panią Frau, i pomyślałam, że można by Puczowi sprawić też taki, ale pytanie z kim? Był kubek z Konieczko, Anusiakiem, Czesiem i Angeliką. Oczywiście mi się wszyscy ci chłopcy mylą i o ile znam ich z nazwiska, to "z twarzy" ich nie rozpoznaję.&lt;br /&gt;Łukasz mi więc powiedział, kto jest na kubkach, powtórzył dla pewności drugi raz, a ja wyjęłam telefon i dzwonię do Pucza, aby zapytać kogo najbardziej lubi.&lt;br /&gt;Puczo, akurat jechał samochodem i nie mógł rozmawiać.&lt;br /&gt;Puczo odebrał, a ja... zaniemówiłam i wydukałam w końcu:&lt;br /&gt;  - Zapomniałam...&lt;br /&gt;A Puczo na to:&lt;br /&gt;- Justynka, ale mów szybko, bo ja jadę i nie mogę gadać.&lt;br /&gt;Więc ja zawolałam szybko Łukasza, który już zaszedł dwie półki dalej:&lt;br /&gt;- Łukasz, jak oni się nazywają?? - Łukasz mi powtórzył od nowa, po raz trzeci - raptem dwa nazwiska bohaterów,  a ja podalam dalej do Pucza:&lt;br /&gt;  - Anusiak czy Konieczko?&lt;br /&gt;Puczo na to cokolwiek zbił się z tropu:&lt;br /&gt;- COOO??? - zapytał, dosyć niefrasobliwie, jak na kogoś, kto mnie minutę wcześniej poganiał, abym się streszczała, bo nie ma czasu gadać, jak prowadzi.&lt;br /&gt;No to uprzejmie mu powtórzyłam pytanie jeszcze raz.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Anusiak czy Konieczko?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; - Konieczko - powiedział na to Puczo zdezorientowany i chyba tak tylko mechanicznie, bo brzmiał jakby ewidentnie nie wiedział, o co chodzi.&lt;br /&gt;Na co ja grzecznie podziękowałam i się rozłączyłam.&lt;br /&gt;Kupiłam mu więc Konieczkę.&lt;br /&gt;Następnego dnia rano zaniosłam nasze kubeczki do pracy, zapakowane w ozdobne (ale trochę przykurzone) kartoniki. Puczo na widok kubka otworzył szeroko oczy i się zdziwił. Ale nasza rozmowa z dnia poprzedniego nabrała wtedy dla niego sensu. Śmiał się z tego cały dzień, ale kubek mu się bardzo spodobał.&lt;br /&gt;Od razu rano poszliśmy do kuchni, aby je umyć, zrobiliśmy sobie w nich kawę i herbatę i teraz codziennie zerkają na nas za laptopów Konieczko i Pani Frał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;     &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4192723504385436577?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4192723504385436577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4192723504385436577' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4192723504385436577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4192723504385436577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/konieczko-i-spoka.html' title='Konieczko i spółka'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6296250128994961965</id><published>2010-09-02T20:55:00.003+02:00</published><updated>2010-09-02T20:58:13.634+02:00</updated><title type='text'>Więcej ofiar</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;O, a teraz się Łukasz tą przebrzydłą szybą skaleczył.&lt;br /&gt;Liczba ofiar rośnie w zastraszającym tempie!!&lt;br /&gt;Łukasz się na szczęście tylko drapnął rogiem, ale krew leciała i woda i plasterek poszły w ruch...&lt;br /&gt;Ale szyba wymieniona. Wygląda, jak gdyby nigdy nic. Jakby ofiar w ludziach nie było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6296250128994961965?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6296250128994961965/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6296250128994961965' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6296250128994961965'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6296250128994961965'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/wiecej-ofiar.html' title='Więcej ofiar'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-4357900026293658172</id><published>2010-09-02T20:38:00.003+02:00</published><updated>2010-09-03T21:29:58.696+02:00</updated><title type='text'>Jak ci się spieszy....</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;...to sobie usiądź! - mawiała moja Babcia, która swego czasu była "prędką" kobietą i latała, jak fryga.&lt;br /&gt;A moja Mama mówi, że jak masz dużo pracy, to sobie dołóż jeszcze więcej, szybciej się obrobisz.&lt;br /&gt;A Żydowi z przypowieści Rabin kazał wstawić do domu kozę, bo Żyd narzekał, że miał mało miejsca...&lt;br /&gt;Nom. A w polskim alfabecie jest dużo literek, które wymagają naciskania jakiegoś dodatkowego klawisza prawym kciukiem.&lt;br /&gt;A ja sobie właśnie tego kciuka przecięłam. I mam go całkiem sporo rozciętego,  bo tak gorliwie chciałam pomóc &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Łukaszowi &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przy wymianie szyby w drzwiach.&lt;br /&gt;Szybę zbił nam przeciąg pewnego ranka. Łukasz kupił nową i właśnie stuka gwoździe młotkiem, aby przybić ramkę mocującą tą szybę, a ja już mam wolne od pomagania, a na palcu mam kuku zawinięte plasterkiem.&lt;br /&gt;A dlaczego tak cytuję te powiedzonka i przypowieści?&lt;br /&gt;Bo od poniedziałku idę na urlop. A zanim na niego pójdę, mam jeszcze tak masakryczną ilość rzeczy do zrobienia, że chyba się nie wyrobię. Mam do napisania dwie specyfikacje, które są "w trakcie pisania" czyli rozdłubane i weny mi ciągle do nich brakuje. Mam do opędzenia mega zestawienie, które wymaga klikania myszką i robienia "kopiuj -&gt; wklej". I ogólnie to mam pracę polegająca albo na klepaniu w klawiaturę (po polsku czyli używając kciuka), albo na klikaniu myszką.&lt;br /&gt;No więc ślicznie się urządziłam.&lt;br /&gt;Trochę mnie ten palec boli, tak szczypie w zasadzie. Ale nic mi nie pomoże na te specyfikacje...&lt;br /&gt;No, więc właśnie tak mi się skojarzyło, że jakbym miała za mało do zrobienia przed urlopem, to mam jeszcze taki spowalniacz na dodatek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-4357900026293658172?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/4357900026293658172/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=4357900026293658172' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4357900026293658172'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/4357900026293658172'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/09/jak-ci-sie-spieszy.html' title='Jak ci się spieszy....'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3710576267006749823</id><published>2010-08-23T18:44:00.002+02:00</published><updated>2010-08-23T18:54:39.852+02:00</updated><title type='text'>Jak to Plus się przejął...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tak, ten tytuł to JEST ironia.&lt;br /&gt;Zadzwoniłam do Plusa koło południa, skarżąc się, że dostaję SMSy z cytatami z Biblii z jakiś numerów z Dalekiego i Bliskiego Wschodu.&lt;br /&gt;Koleś na infolinii posprawdzał co mógł, a raczej co nie mógł, bo nic na temat podobnego problemu w ichnich zgłoszeniach nie znalazł, po czym przyjął zgłoszenie, z komentarzem, że sprawdzą i mnie poinformują.&lt;br /&gt;Spoko.&lt;br /&gt;Czekam.&lt;br /&gt;I co? Długo czekać nie musiałam.&lt;br /&gt;Koło 17tej dostałam dwa SMSy jeden po drugim.&lt;br /&gt;W pierwszym bardzo uprzejmie Plus poinformował mnie, że zarejestrowano moje zgłoszenie o numerze jakimś sześciocyfrowym zaczynającym się na 6.&lt;br /&gt;A w drugim SMSie poinformowali mnie, że owo zgłoszenie zostało zamknięte, a po informacje powinnam zadzwonić na infolinię Plusa.&lt;br /&gt;I to jest to ich "poinformujemy panią"??&lt;br /&gt;No jeśli tak, to mnie podkurzyli, bo ichnia infolinia jest płatna i to chyba z 2 PLN za rozmowę. To skoro ja zgłaszam im problem, a oni mają to sprawdzić i mnie poinformować, to chyba powinni się pofatygować i zadzwonić z jakąś wiadomością na ten temat. Jakakolwiek by ona nie była.&lt;br /&gt;Bo ten SMS od Plusa nie wnosił nic, poza poczuciem, że oto Plus mnie olał najwyraźniej, bo stwierdzenie "zgłoszenie zamknięte" jest bardzo jednoznaczne i równie niekonkretne.&lt;br /&gt;Już lepsze te Biblijne cytaty, mają w sobie więcej treści...&lt;br /&gt;Nie wiem czy mój Biblijny spam wydał im się tak niejednostkowym i niepoważnym problemem?? Czy co?&lt;br /&gt;Na razie poczekam jeszcze z dzień, może oddzwonią do mnie i coś mi powiedzą.&lt;br /&gt;A jak nie to ja zadzwonię z pytaniem, co to miało znaczyć i jaki jest wynik ich sprawdzania skąd te SMSy.&lt;br /&gt;Może się trochę czepiam, ale z racji mojej pracy miałam sporo do czynienia z customer care i naprawdę taki sposób zamykania sobie zgłoszeń i spuszczania klienta na drzewo mnie nie satysfakcjonuje.&lt;br /&gt;Póki co idę jeść leczo cukiniowe...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3710576267006749823?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3710576267006749823/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3710576267006749823' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3710576267006749823'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3710576267006749823'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/08/jak-to-plus-sie-przeja.html' title='Jak to Plus się przejął...'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-3062435658245617215</id><published>2010-08-23T18:31:00.004+02:00</published><updated>2010-08-23T22:48:07.882+02:00</updated><title type='text'>Śledztwo SMSowe</title><content type='html'>&lt;div  style="text-align: justify;font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W sobotę dostałam drugiego SMSa z cytatem z Biblii w języku angielskim. Tym razem SMS był z numeru: +919842566409 - wygląda na to, że kierunkowy jest na Indie.&lt;br /&gt;Treść SMSa brzmiała:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;For she had said unto the servant, What man is this that walketh in the field to meet us? And the servant had said, it is my master: therefore she took a vail.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Księga Rodzaju 24:65&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cytat według wersji: King James Bible.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod poprzednim &lt;a href="http://nutmego.blogspot.com/2010/08/poranny-sms.html"&gt;postem na temat pierwszego SMSa&lt;/a&gt; z Biblijnym cytatem namnożyło się stado komentarzy. Okazuje się, że ta plaga spamu SMSowego padła na  mnóstwo ludzi! Nieźle mnie to zdziwiło.&lt;br /&gt;Uśmiałam się po przeczytaniu proroctwa, że spędzą nas na arkę dla odbudowania ludzkości. :)) Chociaż to było bardzo konstruktywne podejście do problemu i w dodatku bardzo... no powiedzmy bardzo nas doceniło.&lt;br /&gt;Jakkolwiek - taka wizja namnażania się dla ponownego zaludnienia ziemi średnio mi się wydaje kusząca. :)&lt;br /&gt;Postanowiłam więc zasięgnąć informacji u źródła.&lt;br /&gt;Najbardziej zastanawiające jest to, że te wszystkie SMSy przychodzą na komórki w Plusie. Teoria kiepskiej blokady Plusa na spam wydaje mi się najbardziej prawdopodobna.&lt;br /&gt;Zadzwoniłam do Plusa.&lt;br /&gt;Połączyło mnie z bardzo miłym i konkretnym chłopaczkiem, który zanotował sobie numerki, z których dostałam SMSy i  przełączył mnie na holda, aby sprawdzić czy mają już na ten temat jakieś zgłoszenia.&lt;br /&gt;Nie mieli.&lt;br /&gt;Nie zdziwiło mnie to, co nie omieszkałam mu powiedzieć, bo moim zdaniem te SMSy są z netu. Jakiś generator wpisuje sobie numerki nadawcy i wcale niekoniecznie muszą się one powtarzać.&lt;br /&gt;Napisała mi jedna dziewczyna, również ofiara takiego żartu SMSowego, że próbowała oddzwonić na ten numer, z którego przyszedł SMS, ale miała taki sygnał, jakby numer nie był dostępny, czy w ogóle nie istniał. A ci, którzy odpisali SMS na numer nadawcy - wszyscy zgodnie stwierdzili, że SMSów od nich nie doręczono.&lt;br /&gt;Więc jaki można inny wniosek wysnuć?&lt;br /&gt;Ma ktoś pewnie jakiś złośliwy programik, który wysyła sobie takie spamy, a Plus zamiast to wyłapywać, tkwi w błogiej nieświadomości.&lt;br /&gt;Konsultant z Plusa zgodził, że to może być taka forma spamu z netu. Zgłoszenie przyjął, a technicy Plusowi mają to sprawdzić, ustalić i dać mi znać. Czekam z niecierpliwością.&lt;br /&gt;Sądzę, że jeśli dostajecie takie SMSy, to też możecie zgłosić to do Plusa. Niech wiedzą, że mają jakiś problem i niech w tym pogrzebią. Na razie nic mi na ten temat nie umieli powiedzieć, wręcz konsultant wypowiedział się w tonie: pierwsze słyszę. najwyraźniej więc nie mieli takich zgłoszeń, a jeśli już to jakieś nieliczne i nic z tego nie wynikło.&lt;br /&gt;Poza tym usilnie dopytywał mnie o te numery nadawcy i treść. Numery podałam mu tylko dwa, treści nie cytowałam, bo jak tak dalej pójdzie, to za kilka tygodni okaże się, że będzie można im zgłosić, ze łącznie dostaliśmy w tych SMSach całą księgę rodzaju, albo i nawet więcej ksiąg z Biblii.&lt;br /&gt;Ale tu nasuwa mi się jeszcze jeden komentarz; treść tego spamu SMSowego jest bardzo... powiedziałabym... nietrafiona. To trochę tak, jakby woził drewno do lasu. W bardzo katolickiej Polsce to chyba nie trzeba nikogo nawracać cytatami z Biblii, bo nie dość, że chyba z 90% społeczeństwa jest katolikami, to w dodatku każdy mniej lub bardziej Biblię zna. Jak by nie patrzeć to bardzo ciekawa lektura, a obowiązkowe lekcje religii nas w tej dziedzinie dosyć wyedukowały.&lt;br /&gt;Aczkolwiek teorie spiskowe są bardzo różnorodne, a odzew w tym temacie mnie zdumiał. To jest pocieszające, że nie tylko moim kosztem ktoś się zabawił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-3062435658245617215?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/3062435658245617215/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=3062435658245617215' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3062435658245617215'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/3062435658245617215'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/08/sledztwo-smsowe.html' title='Śledztwo SMSowe'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-5052237445506267035</id><published>2010-08-22T19:39:00.000+02:00</published><updated>2010-08-22T19:42:39.610+02:00</updated><title type='text'>Żałośni złodzieje</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest takie powiedzenie: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Każdy zna, wiadomo o co chodzi.&lt;br /&gt;A czy jest jakieś powiedzenie w stylu: gdzie ludzi kilkoro, tam złodziei sporo?&lt;br /&gt;Nie ma? Więc ja właśnie takie wymyśliłam.&lt;br /&gt;Dlaczego?&lt;br /&gt;Dlatego, że u nas w pracy nie ma aż tak wiele ludzi, abyśmy byli anonimowym tłumem, a mimo wszystko jest pełno złodziei. Albo jest kilku złodziei prężnie działających.&lt;br /&gt;I to jakiego kalibru złodziei! Takich miernot, których rasowi złodzieje by się powstydzili.&lt;br /&gt;Złodzieje u nas w pracy kradną głównie jedzenie z lodówki i szafek.&lt;br /&gt;Kiedyś było takie przekonanie, że jedzenie można ukraść bez grzechu. Bo to taka walka o byt, konieczność do przeżycia, komuś się źle wiedzie, albo nie wiedzie wcale i musi kraść kapustę z czyjegoś pola, aby przeżyć. Ok. Jeśli była bida z nyndzą a kraju i plebs nie miał co do ust włożyć, albo jeśli po świecie błąkały się sieroty bez matki i musiały jakoś sobie radzić - ok. WTEDY kradnięcie jedzenia nie było grzechem. I można było na to przymknąć oko. Od jednej kapusty mniej na zagonie pan nie zbiedniał.&lt;br /&gt;Ale jeśli przychodzi się do pracy, gdzie WSZYSCY przychodzą, aby pracować i zarobić pieniądze i gdzie WSZYSCY zarabiają, to nie ma usprawiedliwienia dla złodziejstwa.&lt;br /&gt;Bez przesady!&lt;br /&gt;Każdy wie, dlaczego z kuchni jedzenie znika. Nie dlatego, że ktoś przymiera głodem. Dlatego, że jest leniwy i nie chce mu się zadbać o to, aby przynieść sobie do pracy kanapki, albo mleko.&lt;br /&gt;Albo dlatego, że nie ma wstydu i wyciąga komuś z pudełek herbatę, bo mu się nie chce zajść do sklepu i kupić sobie swojej.&lt;br /&gt;Albo dlatego, że jest totalnym dupkiem i kradnie komuś nieotwartą puszkę pepsi.&lt;br /&gt;Tak - jakieś trzy tygodnie temu, kiedy były wielkie upały, zamówiliśmy sobie jedzenie z KFC. W zestawie mieliśmy puszkę pepsi. Była tak ciepła, kiedy przyjechała, że nie było mowy o jej wypiciu ze smakiem. Więc schowałam ją do lodówki. Leżała tam max 2 h. Włożyłam ją koło 14tej, a po 16tej wychodziłam do domu. Lubię pepsi. Zapłaciłam za nią. Miałam na nią więc ochotę, tym bardziej, że rzadko piję takie gazowane słodkości i od czasu do czasu nabieram smaka. Wizja zimnej pepsi prosto z lodówki była kusząca. I co? Poszłam do lodówki tylko po to, aby się przekonać, że ktoś się już nią uraczył.&lt;br /&gt;Nie widzę żadnych okoliczności łagodzących dla zwinięcia komuś z lodówki puszki pepsi. Tym się nie najesz, do picia masz cały dystrybutor wody obok, wiec draniu nic cię nie usprawiedliwia.&lt;br /&gt;Drań mi tą pepsi ukradł.&lt;br /&gt;Wczoraj w lodówce zostawiłam mleko. Świeżo-otwarte, 3/4 litra mleka. W lodówce zawsze jest moje mleko. Przynoszę do pracy co kilka dni, piję do kawy, czasem pijemy obie z Kariną. I co? Dzisiaj Karina chciała sobie mleka dolać do kawy. A mleka nie ma. Nie ma wcale! Nie to, że ktoś sobie trochę go odlał. Ktoś wypił trzy szklanki mleka i wyrzucił kartonik.&lt;br /&gt;Marek w tym wszystkim znalazł pozytyw: dobrze, że złodziej wyrzucił kartonik, bo jakby zostawił pusty, to by było dopiero bezczelne.&lt;br /&gt;Może.  Ale ja zaglądając do lodówki w poszukiwaniu mleka czułam się przez chwilę, jakbym traciła rozum i miała jakieś złudzenia, że dzień wcześniej zostawiłam w lodówce ledwo otwarte mleko. Dobrze, że inni to widzieli, bo możliwe, ze doszłabym do przekonania, że coś mi się pomyliło.&lt;br /&gt;Nie pomyliło mi się nic. Ktoś mi mleko wypił.&lt;br /&gt;Nie tylko mi znika coś z lodówki. CO chwila pojawiają się maile ze skargami na to i apelami, aby ludziom nie wyjadać / nie wypijać z lodówki tego, co sobie tam zostawią, bo nie po to tam zostawiają.&lt;br /&gt;Słowo daję, jak trzeba nie mieć honoru i godności, aby tak sie czyimś regularnie częstować??&lt;br /&gt;W ramach zemsty myślę, że w przyszłym tygodniu będę miała problemy z jelitami, albo coś i będę potrzebowała środków przeczyszczających, które sobie zostawię w lodówce rozpuszczone w mleku albo w pepsi. Raz dwa się wyda, kto to wypija.&lt;br /&gt;Złapie się dupek na gorącym uczynku. A raczej na sedesie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-5052237445506267035?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/5052237445506267035/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=5052237445506267035' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5052237445506267035'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/5052237445506267035'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/08/zaosni-zodzieje.html' title='Żałośni złodzieje'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-6919239222516104043</id><published>2010-08-17T22:16:00.002+02:00</published><updated>2010-08-17T22:40:33.606+02:00</updated><title type='text'>Feralny poniedziałek</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wczoraj rozgrywały się jakieś dramaty w Lublinie.&lt;br /&gt;W Głusku ukradli pół kilometra kabli telekomunikacyjnych.&lt;br /&gt;Nie wiem czyje to były kable, ale przypuszczam, że TP SA. Nie wiem też jakiego rodzaju to były kable, przypuszczam, że oprócz Tepsy wiedzą to bardzo dobrze złodzieje, skoro wykroili sobie taką udaną akcję.&lt;br /&gt;Naprawdę, brawo za genialne pomysły! Nie ma to jak wleźć do studzienki i wypruć pińcet metrów kabla. To naprawdę jest skok stulecia! Jak dla mnie to na miarę tych drobnych pijaczków, obijających się od sklepu do sklepu, którzy nie mają na kolejną flaszkę taniego winiacza. Nie można powiedzieć, aby złodzieje popisali się inwencją twórczą.&lt;br /&gt;Swoją drogą - ile można zgarnąć za pół kilometra kabli? Może zależy jakich? Światłowodowych? Czy to daje taki majątek czy tylko kilka flaszek jabcoka?&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że wkrótce zgarną ich za ten wybryk.&lt;br /&gt;Jeśli sprzedali na złom te kable, to powinni przy okazji zawinąć do pudła jeszcze skupujących takie rzeczy. Bo chyba nikt normalny nie sprzedaje znienacka na złom TAKICH kabli w TAKICH  ilościach. To musiało wyglądać podejrzanie. Czy złomiarze nie raportują takich podejrzanych transakcji na policji? Ogólnie to społeczeństwo polskie nie bardzo ma zaufanie do policji i chyba nikt sam z siebie chętnie po policję nie leci, no ale w takiej sytuacji to już powinni.&lt;br /&gt;Ludzie w Głusku i okolicach rano obudzili się niczego nie świadomi, aby wkrótce przekonać się, że nie mieli kontaktu ze światem. Dokładnie mówiąc to nie mieli telefonii stacjonarnej i internetu. Telefon stacjonarny, to jak cię mogę, można bez niego się obejść, w dzisiejszych czasach chyba już 99% społeczeństwa ma telefony komórkowe. Ale internet to przecież okno na świat i bez tego ani rusz dzisiaj. Więc to trochę świństwo pozbawić ludzi kontaktu ze światem i tak tak od rana. Bardzo niehumanitarne.&lt;br /&gt;No ale, nie takie rzeczy już kradli.&lt;br /&gt;W dodatku kiedy pracownicy okradzionej firmy kładli te kable z powrotem i przywracali ludziom nasłuch na linii - zrobiły się jakieś przepięcia i Mama co chwila odbierała telefon tylko po to, aby posłuchać, jak na drugiej linii ktoś z kimś rozprawia o pączkach, parkowaniu, wyjazdach i innych takich tam. Zupełnie jak w tym filmie "Lekarstwo na miłość" czy jak to tam się on nazywał.&lt;br /&gt;A w drugim dodatku - aby było jeszcze śmiesznej - to jak już się tak dogadali trójstronnie przez te sprzężone telefony, to się okazało, że się z Mamą znają.&lt;br /&gt;Przez ten brak kontaktu ze światem, Mama nawet nie słyszała o wczorajszym pożarze. Dzisiaj więc się wymieniłyśmy informacjami, Mama mi powiedziała o ukradzionych kablach, a ja jej o tym, jak to wczoraj przed południem zjarała się klinika dermatologii.&lt;br /&gt;Ogień buchał  na metry wysoko, gasili pożar długie godziny, kilku strażaków podtruło  się dymem i wylądowali w szpitalu. Na szczęście tylko na chwilę i  wypuścili ich tego samego dnia.&lt;br /&gt;Ale z kliniki nic nie zostało. No chyba tylko mury, bo strat jest na mniej więcej 8 mln.&lt;br /&gt;Jakby nasza służba zdrowia była za bogata!&lt;br /&gt;Klinika spłonęła od remontu tak naprawdę. Ogień podobno zaprószyli  remontujący dach, którzy rozgrzewali papę czy coś. Podobno palnikami  gazowymi.&lt;br /&gt;Nie chcę nawet myśleć, jakie to ma konsekwencje dla firmy remontującej i  mam tylko nadzieję, że mieli jakieś dobre OC wykupione.&lt;br /&gt;Z dwojga złego lepszy ten psikus złodziei, mniej szkodliwy, jak by nie patrzeć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7422547542059431298-6919239222516104043?l=nutmego.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nutmego.blogspot.com/feeds/6919239222516104043/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7422547542059431298&amp;postID=6919239222516104043' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6919239222516104043'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7422547542059431298/posts/default/6919239222516104043'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nutmego.blogspot.com/2010/08/feralny-poniedziaek.html' title='Feralny poniedziałek'/><author><name>Justee</name><uri>http://www.blogger.com/profile/07741124139431673727</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='22' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-5yxKbaDpRgU/TnkFHS4RB2I/AAAAAAAAFIE/ITaj0PQ2KdA/s220/Justyna_Sowul.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7422547542059431298.post-1528312617878478028</id><published>2010-08-16T21:45:00.003+02:00</published><updated>2010-08-16T22:01:35.529+02:00</updated><title type='text'>Tajemnicza przesyłka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W piątek znalazłam w skrzynce na listy przesyłkę z zeszytem w twardej oprawie 160 kartkowym z kotem na okładce i dmuchanym materacem do zabawy w wodzie. Zupełnie niespodziewana przesyłka i tylko po adresie zidentyfikowałam, że to od sprzedawcy z allegro, u którego kupiłam ostatnio gry. Sprzedawała to pani z Jędrzejowa, zapamiętałam sobie adres tylko dlatego, że to rodzinne strony mojej Mamy i tak trochę nostalgicznie zawsze to zapada mi w pamięć.&lt;br /&gt;W kopercie nie było słowa wyjaśnienia.&lt;br /&gt;W opisie aukcji ten użytkownik miał napisane, że w ramach gratisu dodaje dmuchane piłki plażowe. Aukcje zlicytowałam dwie. Powinny być dwa gratisy w sumie.&lt;br /&gt;Piłki nie dostałam żadnej. Nie przejęłam się tym jednak. W paczce były za to małe puzzle - uznałam, że sprzedawca nie miał już piłek, więc dał za to te puzzle.&lt;br /&gt;Ok. Nie na gratisie mi zależało, więc nawet się nie zainteresowałam tym.&lt;br /&gt;W piątek przemknęło mi przez myśl, że to pewnie w ramach tego obiecanego gratisu. Ale nie byłam pewna. Nie było jednak czasu się dłużej nad tym zastanawiać, bo pakowaliśmy manatki i jechaliśmy do Mielca.&lt;br /&gt;Moja wyobraźnia jednak uporała się z tą zagadką i w piątek w nocy przyśniło mi się wyjaśnienie; co to za przesyłka.&lt;br /&gt;Śniło mi się, że w zeszycie znalazłam list. Trochę po niemiecku, trochę po polsku pisany. W tym liście nadawca - dziewczyna - pisała do chłopaka, który pochodził z Niemiec i jakiś czas mieszkał gdzieś w pobliżu niej, że coś tam bla bla... Treści listu nie pamiętam w większości, chociaż pamiętam, jak go w tym śnie czytałam. Stało się jasne, że ta przesyłka nie miała trafić do mnie, tylko do tego chłopaka.&lt;br /&gt;Najlepsze było jednak na końcu tego listu. W bardzo dyplomatyczny sposób ta dziewczyna poinformowała chłopaka, że... jest z nim w ciąży.&lt;br /&gt;Hmm... Zawartość tej paczki wydała mi się trochę dziwną amortyzacją tej - jakże szokującej - wieści. Może ta dmuchana deseczka na wodę to tak na wszelki wypadek, gdyby na tą wieść chłopakowi zachciało się spróbować utopić, czy co??&lt;br /&gt;A zeszyt to już kompletnie od czapy prezent. No ale co tam. We śnie list był głównym elementem przesyłki.&lt;br /&gt;W tym momencie mój sen przeszedł do jakiegoś innego wątku - aczkolwiek o pływaniu i to na całkiem głębokiej wodzie, tyle że bez dmuchanej deseczki. O liście i tym newsie myślałam jeszcze przez długich kilka snów dalej, ale nic z tego nie wynikło.&lt;br /&gt;Na wszelki wypadek napisałam do sprzedawcy z pytaniem, czy ta paczka to ten gratis, o którym była mowa w opisie aukcji. Tak dla świętego sumie
